Spotkanie z kangurami

Spotkanie z kangurami

W końcu udało mi się znaleźć trochę czasu, żeby opisać co działo się już jakiś czas temu w Australii ;) Mam nadzieję, że wszyscy mi wybaczą posuchę na naszej stronie, ale po wszystkich jak na razie odwiedzonych miejscach to Australia okazała się dla mnie miejscem numer 1 na ziemi! Trudno było się zmotywować, żeby nie iść na miasto, na trekking, czy po prostu poleniuchować w naturze. Dodatkowo spędzanie czasu w camperze i na campingach nie za bardzo sprzyja ładowaniu urządzeń i dostępowi do Internetu ;) Ale udało się, a więc zapraszam do lektury…

Po niezapomnianej ostatniej nocy u Oli i Niemena, a później męczącej podróży do Hong Kongu czekał nas lot do Sydney. Już na samym początku troszkę zmęczeni, stwierdziliśmy, że lot Airbusem A380 będzie należał do tych przyjemniejszych. Wygodne fotele, najnowsze filmy, dobre jedzenie i do tego alkohol za darmo ;) Od razu więc wzięliśmy się do roboty zamawiając po buteleczce australijskiego wina. Jedna szklaneczka, kolejna i jeszcze jedna miała pomóc nam szybciej zasnąć. Mi i Maćkowi się to udało. Gorzej z Polly i Piotrkiem, którzy mieli problemy z zaśnięciem, a do tego wszystkiego dochodziła zmiana czasu (niestety na naszą niekorzyść) i summa summarum spali tylko 2-3 godziny.

Kiedy wylądowaliśmy w Sydney okazało się, że nadal nie mamy informacji gdzie mieszka Paul, który zaprosił nas do siebie na jedną noc. Po dobrych dwóch godzinach spędzonych na lotnisku, w trakcie których próbowaliśmy skontaktować się z nim, na szczęście odpisał ;) australia_part1_023Paul okazał się wyluzowanym Amerykaninem, spędzającym w Sydney swoje ostatnie dni przed przeprowadzką do Cairns, gdzie miał próbować załapać się do pracy przy połowie krewetek (już wiemy, że mu się to udało!). Kolejnego dnia, znowu trochę niewyspani z powodu małej imprezki u Paula, z niewielkim opóźnieniem odebraliśmy samochód. Naszym jeżdżącym domkiem z namiotem na dachu okazała się Toyota Hiace pomalowana w kolorowe hipisowskie kwiatki i napis Peace and Love ;)

Pierwszym dłuższym przystankiem na trasie było Seal Rocks, małe miasteczko położone w okolicy bardzo ładnej plaży otoczonej skałami. Podczas dojazdu na miejsce Polly zauważyła niezidentyfikowany obiekt w trawie obok trasy. Zainteresowani, cofnęliśmy się więc kilkadziesiąt metrów. Chwilę później naszym oczom ukazał się jedzący trawę kangur rudy ;) Ja i Polly wyskoczyłyśmy z samochodu zrobić pamiątkowe zdjęcie. Zwierzak okazał się dość mocno płochliwy i zaczął uciekać przed nami w podskokach. Na szczęście dałyśmy radę zrobić fotkę telefonem. Wszyscy z bananem na twarzy, szczęśliwi, że zobaczyliśmy tego legendarnego zwierza pojechaliśmy dalej szukać miejsca do spania. Samochód zaparkowaliśmy na małym parkingu przed wejściem do parku narodowego, zjedliśmy szybki obiad i poszliśmy na krótki spacer obejrzeć pobliską plażę. Usiedliśmy wygodnie na ławce podziwiając piękne widoki. Nagle Polly oglądając wodę i skały przez lornetkę dostrzegła kilka dzikich delfinów pływających i wyskakujących nad wodę :D Mieliśmy również okazję zobaczyć polującego na ryby orła ;) Wszyscy byliśmy zachwyceni! Po zmroku oraz zjedzeniu dobrej kolacji zaczęliśmy oglądać film. Otoczeni drzewami, siedząc na stołeczkach i wpatrując się w ekran monitora usłyszeliśmy dziwne dźwięki za nami… Trochę zdenerwowani co to, zapaliliśmy latarki. Przed nami ukazały się dwie pary oczu świecące jak dwuzłotówki wpatrzone w nas jak w obrazek. Te dwa stwory to przechodzące obok naszego obozowiska lisy. No i nasza czwórka znowu była przeszczęśliwa. Pierwsze dni w Australii i już widzieliśmy żyjące na wolności: kangura, delfiny, lisy, a po drodze jeszcze jaszczury. Nic tylko iść spać i czekać na to co nas spotka w kolejnych dniach ;) A było na co czekać. Podczas śniadania towarzyszyły nam australijskie ptaki zwane kookaburra (po polsku nazywane chichotkami). A dlaczego chichotkami? Ponieważ odgłosy, jakie wydają przypominają śmiech szaleńca. Ja za każdym razem jak je słyszałam miałam uśmiech od ucha do ucha ;) W Seal Rocks warta odwiedzenia jest również latarnia morska, do której prowadzi krótka trasa przez las. Na szczycie podziwiać można piękne widoki rozciągające się na dwie strony. Tego wieczoru również widzieliśmy delfiny ;)

Po dwóch dniach spędzonych w Seal Rocks udaliśmy się na płatny kamping w Byron Bay. Zaraz po przyjeździe, podczas gdy chłopaki rozkładali namiot, ja wspólnie z Polly poszłam pod prysznic. Poznałyśmy tam Ewelinę – Polkę, która mieszka w Niemczech, a wtedy razem z mężem Marko i dwójką małych szkrabów zwiedzali Australię. Rozmowa była na tyle przyjemna, że wieczorem byliśmy umówieni na wspólne wino do kolacji. Szklaneczka wina zamieniła się w imprezę przy naszym namiocie. Marko podjechał swoim samochodem, puścił minimal trance, przyprowadził dwójkę znajomych. Po kilkudziesięciu minutach przyszedł kolejny gość – James, australia_part1_004któremu spodobała się muzyka i postanowił się z nami zaprzyjaźnić. Impreza skończyła się mocno po godzinie pierwszej. Następnego dnia ja z Panorem musieliśmy wstać dość wcześnie, bo mieliśmy umówione nurkowanie. Na nasze szczęście tego dnia nurki zostały odwołane z powodu zbyt silnego wiatru. Dlatego też praktycznie cały dzień cała nasza czwórka razem z nowo poznanym Jamesem spędziła na plaży, uciekając przed palącym słońcem i próbując swoich sił na desce surfingowej Jamesa. Po kilkudziesięciu nieudanych próbach poddaliśmy się. Deska Jamesa była już tą dla profesjonalnych surferów, a nie dla nas nowicjuszy ;( Dodatkowo siła z jaką woda ciągnęła nas raz w jedną raz w drugą stronę była tak duża, że trudno było w ogóle ustać bez deski, a co dopiero na niej. Było to strasznie męczące. Wieczorem rozpracowaliśmy kolejne małe winko przy naszym namiocie w niezmienionym gronie. Tym razem jednak poszliśmy spać wcześniej, ponieważ następnego dnia wyjeżdżaliśmy z Byron Bay, a do tego ja i Panor mieliśmy drugie podejście do nurkowania, tym razem na szczęście nie odwołane ;)

Nurkowaliśmy przy Julian Rocks, położonej około 2,5 km od Byron Bay – jednego z bardziej popularnych miejsc nurkowych w Australii. Do wysepki płynie się zaledwie pięć minut szybką łódką przypominającą ponton. Zazwyczaj fale są duże i nawet te kilka minut wystarczy, żeby odczuć chorobę morską (jeśli ktoś na nią cierpi); często mają z nią problem również osoby, które do tej pory jej nie miały. Warto przed nurkiem połknąć niezbędne tabletki, żeby nie zwymiotować na łódce albo podczas nurkowania; pod wodą również dość mocno buja przez fale rozbijające się na skałach.

W Julian Rocks mieliśmy okazję zobaczyć zróżnicowane życie wodne, które skupione jest wokół pobliskich skał. Miła dla oka rafa koralowa. Bardzo ładne formacje skalne, między którymi bądź pod którymi można przepływać. Do tego pełno leopard sharków, których niekiedy nie mogliśmy dostrzec z Piotrkiem, bo  mocno kamuflowały się przy dnie leżąc w grupach. Udało nam się zobaczyć niezwykle duże manty przepływając obok nas oraz pokaźne ławice dużych ryb. Ja dostrzegłam jeszcze kilka krewetek ukrytych między skałkami oraz dwa skorpion fishe. Obowiązkowo były również zawsze mile widziane żółwie skubiące korale albo lewitujące w wodzie ;) Nurkowanie w Julian Rocks zaliczam do tych udanych mimo zimnej wody, która jest dla mnie utrapieniem… brrrrr.

Przygodę z Brisbane – kolejnym punktem na naszej mapie – zaczęliśmy nietypowo. Znaleźliśmy się w centrum miasta przy parku Captain Burke (Kangaroo Point). W necie przeczytaliśmy, że można się tam zatrzymać na noc i nikt nie powinien się do tego przyczepić. Mimo wszystko zostaliśmy tam czekając, aż się ściemni i wszyscy biegacze, chodziarze i ludzie wychodzący z psami pójdą spać. Zaparkowaliśmy samochód i rozłożyliśmy namiot, w miejscu które wydawało nam się najlepsze, gdzie najmniej „przeszkadzalibyśmy” ludziom – pod mostem – i ułożyliśmy się do snu.

Wieczorem nic nie zapowiadało nocnej burzy, która przechodziła nad Brisbane. Niestety deszcz obudził całą naszą czwórkę i zmusił do szybkiego przeparkowania samochodu wraz z namiotem kilka metrów dalej, tam gdzie było sucho… bardziej pod mostem. Zadowoleni wróciliśmy smacznie spać. Po około trzech godzinach potok deszczu ponownie nas obudził. Tym razem padało tak mocno na namiot, że woda wdarła się do środka przez okienko i zamoczyła ¼ materaca. Wyszliśmy więc prędko z namiotu i zobaczyliśmy, że zaparkowaliśmy naszym hipisowskim wózkiem centralnie pod odpływem wody z mostu, a zatem cała jej masa spłynęła dokładnie na nas. Po raz kolejny przestawiliśmy samochód w miejsce gdzie mniej padało i wykończeni rozpoczęliśmy kolejną „drzemkę”. Dlaczego drzemkę? A to dlatego, że mieliśmy niecałe dwie godziny do pobudki. Musieliśmy wcześnie wstać – ok. 7 rano, żeby w godzinę się umyć, złożyć namiot i zjeść śniadanie, bo od 8:00 parking był płatny, a płacić za niego nie chcieliśmy. Chwilę po tym, jak ja z Piotrkiem poszłam do łazienki odwiedziło nasz samochód City Council – służba, która ostrzega, bądź od razu daje wysokie mandaty za np.: spanie w niedozwolonych miejscach. Okazało się, że ktoś z pobliskich mieszkańców zadzwonił ze skargą, że śpimy pod ich „ekskluzywnym” apartamentowcem i zakłócamy porządek. Było to oczywiście wielką ściemą, bo jedyne co robiliśmy to spaliśmy, albo bardzo po cichu przestawialiśmy samochód i to w dodatku w miarę z dala od bloku. Na szczęście mundurowi byli na tyle wyrozumiali i dali nam jedynie ostrzeżenie, że jeśli drugi raz w Brisbane złapią nas na spaniu w mieście to dostaniemy karę 500$. Ufff… udało się tym razem. Prawdopodobnie napis Peace & Love na samochodzie poskutkował ;)

Szczęśliwi i bez mandatu wyruszyliśmy zwiedzić centrum Brisbane, które jest połączeniem starych budynków z tymi nowoczesnymi. Architektura miasta jest ciekawa. Co mi się spodobało to to, że miasto ma dojście do rzeki, ale ludzie się w niej nie kąpią; specjalnie nad nią wybudowane są ogólnodostępne, darmowe baseny, które mieliśmy okazję odwiedzić. Super sprawa dla turystów, czyli dla nas, ale i dla osób tam mieszkających. Widzieliśmy wiele osób, które w strojach służbowych przychodziły, przebierały się w szorty czy bikini i odpoczywały po ciężkim dniu pracy. Spędziliśmy też dobre dwie godziny na relaksie w ogrodzie botanicznym, podziwiając ptaki, roślinność, wszędzie chodzące jaszczury, a nawet ludzi ćwiczący tai chi.

Podczas pobytu w Brisbane mieliśmy przyjemność odwiedzić poznaną wcześniej przez Olę i Niemena (www.pojechana.pl) blogerkę Julię i jej chłopaka Sama (www.whereisjuli.com). Julia i Sam przyjęli nas u siebie tak dobrze, że poczuliśmy się trochę jak w domu. Wcześniej przed przyjazdem zrobiliśmy niezbędne zakupy, żeby wieczorem przygotować mielone, ziemniaki i dwie sałatki ;) Jedliśmy, piliśmy, rozmawialiśmy. My opowiadaliśmy o sobie, naszej podróży, a Julia i Sam o sobie i życiu w Australii oraz przygodach jakie ich spotkały. Dosłownie o wszystkim. Tak dobrze nam się gadało, że nie zwróciliśmy uwagi, że była już prawie 1:00 w nocy. Wspólnie zdecydowaliśmy, że to pora spać.

Następnego dnia odwiedziliśmy pobliskie sanktuarium misi koala. australia_part1_095Sanktuarium to miejsce, w którym prócz wcześniej wspomnianych misi można zobaczyć zwierzęta zamieszkujące tylko Australię. Niektóre z nich są niestety zamknięte w klatkach, ale spora część ma wolne wybiegi. Wszędzie latają najróżniejsze papugi, można pogłaskać i nakarmić odpoczywające kangury, zobaczyć owce, no i co najważniejsze za drobną opłatą wziąć misia koalę na ręce i zrobić sobie pamiątkową fotkę. My tą opcję od razu kupiliśmy. Misiaki są trochę na „haju” bo wcinają cały czas liście eukaliptusa działające na nie mocno odurzająco. Przytulanie misi było bardzo miłym doświadczeniem, które zapamiętam do końca życia. Może trochę komercyjne, bo za pieniądze i w ogóle, ale było warto.

Jak wspomniałam wcześniej Australia stała się top 1 na mojej liście. Prawdopodobnie przez ogrom zwierząt jaki napotkałam na swojej drodze. Do tego piękna roślinność oraz bardzo mili i uśmiechnięci ludzie. Ponadto udało nam się poczuć przez chwilę trochę Polski będąc u Julii i Sama. Jeść polskie potrawy i rozmawiać w polskim języku. Dzięki Olu i Tomku, za polecenie, a Julce i Samowi za miłą gościnę i wiele rad udzielonych podczas pobytu.

 

5 comments

  1. Sheepy Marzec 27, 2014

    Wow! Koalę miec na rączkach to jest cos! Teeezzzz chceeemmmm!!! No i wombata tez :-) A moze przynajmniej pluszowego mi kupicie hahahahahaha Zazdroszcze, piekne zdjecia (czuje ze sie powtarzam) Pozdrawiam!

    Odpowiedz
  2. CiotkaA Marzec 21, 2014

    Cudne zdjęcia i relacja :-)
    Dzięki :-)

    Odpowiedz
  3. Siostra Marzec 21, 2014

    A jak się nazywają te duże chomiki, bo ciągle mi nazwa z głowy wypada…?

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress