Zauroczeni Laosem

Zauroczeni Laosem

Laos, po kilku nieprzyjemnych momentach w Wietnamie, od samego początku nas zauroczył. Dzień po przekroczeniu granicy trafiliśmy do niedużego miasteczka Luang Nam Tha, które określane jest jako doskonała baza wypadowa na trekkingi po okolicznych górach. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy doskonały guest house Zuella. Nie dość, że tani, z klimatycznym góralskim wnętrzem, to jeszcze dodatkowo z najlepszą w mieście restauracją i przemiłą obsługą (zwłaszcza gościu sprzedający wycieczki) ;)  Ja, Polly i Panor zdecydowaliśmy się pójść na dwudniowy trekking, żeby zobaczyć wioskę tamtejszej ludności oraz spędzić z nimi trochę czasu. Maciek wybrał jednodniową opcję, ponieważ obawiał się „zamarznięcia w nocy” ;] Dowiedzieliśmy się, że nocleg będziemy mieć zapewniony w wioskowej chacie z bambusa. Ponieważ perspektywa spania w takim domku nie należała do najprzyjemniejszych (temperatura w nocy spadała do ok. 3 stopni), odwiedziliśmy wcześniej miejscowy bazar i kupiłyśmy parę ciepłych dresów oraz grube rękawiczki, żeby nie zamarznąć wieczorem oraz podczas snu ;)

Naszym przewodnikiem okazał się młodszy od nas chłopak, w dzieciństwie mieszkający w wiosce podobnej do tej, którą mieliśmy odwiedzić. Udało mu się pójść na studia i dość dobrze nauczyć angielskiego, dzięki czemu teraz zajmuje się oprowadzaniem turystów. zauroczeni_008Punktualnie o 9:00 pojechaliśmy na market kupić wszystkie niezbędne produkty na posiłki na kolejne dwa dni. Po zakupieniu warzyw, owoców, mięsa, ryżu, jaj i przypraw i przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów do parku, wyruszyliśmy na kilkugodzinną przechadzkę. Las, którym szliśmy, był bardzo podobny do tego w Chiang Mai w Tajlandii. W tym czasie przewodnik opowiedział nam o zwyczajach, jedzeniu i kulturze Laotańczyków, a także parę słów o sobie. Około godziny 12:30 zatrzymaliśmy się, żeby zjeść lunch i chwilę odetchnąć. Nasz przewodnik i jego pomocnik szybko przygotowali nam miejsce do siedzenia… Stołem były duże liście bananowca, a ławką grubsze gałęzie ;) Do jedzenia każdy dostał po kuli sticky rice (laotański specjał – kleisty ryż), który jedliśmy maczając w sosie z kurczakiem, papą z warzyw, bądź bardzo ostrą sałatką z drzewa rattanowego (mój faworyt). Na deser podali ulubione danie Polly – banana ;) Najedzeni, wypoczęci i obładowani całym dobytkiem żwawo rozpoczęliśmy dalszy marsz.

Jak tylko dotarliśmy do wioski zostaliśmy mocno wzięci na języki przez starszych, a jeszcze bardziej przez śmiejące się, ale i trochę wstydliwe dzieciaki. Osada okazała się naprawdę prymitywna. Każda z rodzin miała ciasną ale własną chatę z bambusa, swoje świnie, kury, koty, psy, a jedna nawet dwie kaczki. W każdej chacie było miejsce do spania, i co najważniejsze – palenisko. Najmłodsze dzieciaki, dawno nie widziały kąpieli, a ubrania jakie nosiły były bardzo mocno zużyte. Wyglądało to jakby jedna bluza czy spodnie były noszone codziennie przez kilka pokoleń dzieciaków. Dziurawe ciuchy bądź ich brak nie robiły na nikim wrażenia. Za to my, po zachodzie słońca ubrani w pełne buty, ciepłe ciuchy i rękawiczki, nie mogliśmy uwierzyć, że dzieciaki biegają boso, a niektóre na golasa.

Zaraz po przybyciu do wioski przewodnik poinstruował nas, gdzie znajduje się wychodek pokazując ręką na drzewa przed naszą chatą. Po krótkiej chwili stwierdził jednak, żebyśmy chodzili raczej w lewą stronę, ponieważ po prawej niedawno kogoś pochowali. Ostrzegł nas również, żebyśmy zabierali ze sobą dłuższy kij. Spytaliśmy dlaczego, a on na to, że kij przyda nam się do odpędzania świń i kurczaków, które czyhają w krzakach i czekają na wyżerę… :P Rada z kijem przydała się mi i Polly. Panor dopiero dzień później zrozumiał, że chodziło o siuśki i kupy, które lubią słodziutkie prosiaczki ;)

Do zachodu słońca i kolacji szwendaliśmy się po wiosce, podpatrywaliśmy czym zajmują się ludzie oraz ganialiśmy się z dzieciakami. zauroczeni_021Kilkoro z nich przekomarzając się z nami powtarzało polskie słowa, a niektóre nawet całe zdania! Po zmroku zostaliśmy zawołani na jedzenie – kolacja była przepyszna. Panor, który nie przepada za warzywami, uznał, że była to jedna z lepszych kolacji jakie jadł… a przeważały w niej właśnie potrawy z warzyw. Standardowo dostaliśmy sticky rice, który maczaliśmy w najróżniejszych słodkich i ostrych sosach, zagryzając wszystko fasolką szparagową. Zostaliśmy poczęstowani również tamtejszym winem ryżowym w kolorze polskiego płynu do mycia naczyń Ludwik ;) Wg mnie była to raczej zwykła wóda, a nie wino. Trunek dość szybko nas rozgrzał, a i atmosfera zrobiła się od razu weselsza!

Po pysznej kolacji (niektórzy też po kilku dokładkach) zostaliśmy zaproszeni do chaty najstarszego mieszkańca wioski, który liczył sobie 75 lat. Cała rodzina zbierała się codziennie wokół paleniska i rozmawiała na najróżniejsze tematy, piła, jadła oraz paliła tytoń z wielkiej fajki. Jednym z tematów jakie poruszyliśmy był wiek poszczególnych osób. W związku z tym, że nie mają tam ani zegara, ani nawet kalendarza, obliczanie ile kto ma lat zajęło nadspodziewanie dużo czasu. Było to dla nas nie do pomyślenia ;) Okazało się, że najmłodszy syn ma zaledwie 5 lat. Różnica wieku między ojcem i synem to bagatela 70 lat!!! Zapewne dzięki temu wyczynowi starszy pan ma ksywę Superman ;) Po wypiciu kilku łyków herbaty i pogawędkach wróciliśmy do siebie aby przygotować się do snu. Ubrani we wszystko co mieliśmy: skarpety, dwie pary spodnzauroczeni_038i, koszulki, bluzy, rękawiczki, w śpiworze i przykryci jeszcze kolejnymi dwoma śpiworami i kocem spokojnie w okolicach godziny 20:30 zasnęliśmy. Kolejnego dnia obudziliśmy się i stwierdziliśmy, że było nam ciepło i nawet dobrze się spało. Gorzej przygotowani byli nasi przewodnicy, którzy mieli jedynie jeden śpiwór. W nocy któryś z nich wstał i rozpalił ognisko w chacie, żeby było cieplej, bo jak mówił obudził się w nocy dygocząc z zimna.

Po śniadaniu rozpoczęliśmy drugi dzień trekkingu. Pokonując kolejne kilometry podziwialiśmy piękne widoki gór i pól ryżowych, a w przerwie zjedliśmy kolejny naprawdę przepyszny obiad przygotowany przez naszych super przewodników. Największym i przesmacznym zaskoczeniem był gotowany kwiat bananowca. Prócz samego obiadu zrobili oni własnoręcznie bambusowy garnek, wazę do zupy i łyżki. Aż żal było się żegnać po tak miło spędzonych dwóch dniach.

Następnego dnia cała nasza czwórka wybrała się na przejażdżkę motorami po okolicznych wioskach. Jako punkt docelowy obraliśmy granicę laotańsko-chińską, do której zadziwiająco szybko zdołaliśmy dotrzeć. Górzysta, dobrej jakości droga była tą wymarzoną dla podróżujących motorami – czyli dla nas. Wspominaliśmy wtedy nasz niedoszły trip motorowy po Wietnamie, który ze względów bezpieczeństwa porzuciliśmy. Niedaleko od granicy zrobiliśmy sobie przystanek na małą przegryzkę. Przeszliśmy przez wioskę, w której mimo otwartych domów nie było nikogo. Trochę zdziwieni brakiem mieszkańców zjedliśmy co mieliśmy i wróciliśmy do naszych niebieskich strzał. Ja z Polly zaproponowałyśmy, żeby przejechać się w stronę dobiegającej muzyki. Pomyślałyśmy, że to może jakiś festyn – stąd pusta wioseczka. Gdy dojechaliśmy na miejsce nie mogliśmy uwierzyć – laotańskie wesele! zauroczeni_051Wszyscy wystrojeni, a my w ciuchach na motor. Przyglądaliśmy się kilka chwil całej uroczystości zza płotu, aż tu nagle grupka podpitych miłych panów zaprosiła nas do środka, żebyśmy wspólnie z nimi się bawili, jedli i pili za zdrowie państwa młodych. Oczywiście nie odmówiliśmy :) No i zaczęło się… Lao Beer raz, Lao Beer dwa, trzy, cztery…. kolejna szklaneczka napełniona. Ciepełko, w głowie już huczy, laotańska muzyka gra, my najedzeni, mnie i Polly rwie do tańca… no to idziemy… i tak to popełniłyśmy ten błąd. Wspólnie z innymi gośćmi tańczymy przy rytmach laotańskiej, zupełnie nowej ale miłej dla ucha muzyki (na nasze nieszczęście Panor miał przy sobie kamerkę GoPro… mam nadzieję, że nigdy ani mnie ani Polly nie zaszantażuje wrzuceniem tego filmu do sieci). Kolejnym namowom, żebyśmy jedli i pili jeszcze więcej, musieliśmy zacząć uprzejmie odmawiać. Chcieliśmy wrócić do domu za dnia, a czekało nas jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do przejechania górską drogą.

Następnym przystankiem było Luang Prabang, dawna stolica Laosu, położona w północnej części kraju nad Mekongiem. Przyzwyczajeni do cen jakie były w Luang Nam Tha, spędziliśmy sporo czasu szukając taniego i dobrego noclegu. Niestety nie udało nam się znaleźć nic w niskiej cenie. Najtańszy nocleg był za 46 PLN za noc, co jak dla nas było dość wygórowaną kwotą, niemniej jednak nie mieliśmy innej opcji. Zmęczeni podróżą szybko położyliśmy się spać. Rankiem, punkt 8:20 obudziły nas dźwięki walenia młotem i piły elektrycznej. Okazało się, że okno wychodzi wprost na budowę nowego domu, czego dzień wcześniej nie widzieliśmy. Stwierdziliśmy więc, że po śniadaniu przejdziemy się po miasteczku i wejdziemy do kilku guest house’ów zapytać o wolne pokoje i cenę. Po blisko dwóch godzinach chodzenia znaleźliśmy miejscówkę za 30 PLN i tam się przenieśliśmy.

Luang Prabang jest bardzo urokliwą, małą mieściną, w której wieczorem główna ulica jest zamykana i przemienia się w ciągnący się w nieskończoność targ z najróżniejszymi rzeczami: pamiątkami, koszulkami, torebusiami, spodniami, szkatułkami itp. Nie można przejść obok nie zwracając uwagi na te wszystkie kolorowe ciuchy i gadżety. Nawet kiedy nie miałam zamiaru nic kupić, moje oczy wędrowały po straganach i szukały czegoś dla mnie ;) Natrafiliśmy też na kolejną niesamowitą ulicę – z jedzeniem! Za niecałe 4 PLN dostaliśmy pusty talerz, na który mogliśmy nałożyć ile się nam zmieści jedzenia. Ze swoją porcją poszliśmy do obsługi, a oni podgrzali wszystko na woku. Stragany oferują potrawy bez mięsa, z mięsem, warzywa, ryby, wszystko czego dusza zapragnie. Jedzenie tam jest naprawdę dobre i świeże. Oprócz tej ulicy jest jeszcze sporo dobrych kawiarni i knajp ze smacznym jedzeniem. Ja w żadnej nie trafiłam na nic złego.

Podczas pobytu w Luang Prabang jeden dzień poświęciliśmy na długi spacer, żeby zobaczyć pobliskie świątynie, a jest ich sporo. zauroczeni_067Wartą zobaczenia atrakcją jest wzgórze Phou Si, znajdujące się w centrum miasta, na którym można podziwiać bardzo ładne posągi Buddy. Dodatkowo wybraliśmy się tam dwa razy – w ciągu dnia oraz pod wieczór. Ze szczytu rozpościerają się bardzo ładne widoki, zwłaszcza podczas zachodu słońca, wtedy jednak trzeba być tam w miarę wcześnie, żeby zająć dobre miejsce do robienia zdjęć, ponieważ zbiera się sporo ludzi polujących na dobrą fotkę zachodu.

Poza zwiedzaniem świątyń zdecydowaliśmy się skorzystać z atrakcji, które oferują okoliczne biura. Jednego dnia wypożyczyliśmy miejskie rowery, żeby zwiedzić dalsze zakątki miasta i okolic, a kolejnego dnia dobiliśmy targu i za rozsądną cenę wykupiliśmy spływ Mekongiem wraz z wizytą w dwóch jaskiniach i małej wioseczce. Spływ zaczynał się dość wcześnie, bo odbierali nas o 8:30. Trochę niewyspani i zziębnięci ruszyliśmy małą łódką w stronę jaskiń. Dopłynięcie na miejsce trwało prawie dwie godziny, a podróż była dość monotonna – Maciek nawet strzelił sobie drzemkę ;) W końcu dotarliśmy na miejsce. Wejście do jaskiń nie było wliczone w cenę, więc trzeba było za nie dodatkowo zapłacić. Pak Ou Caves mocno nas rozczarowały. Są małe, trochę zaniedbane i bez większego wyrazu. W jednej znajduje się podobno 1000 posągów Buddy, ale jakoś nawet to mnie nie zachwyciło. Spędziliśmy tam ok. 30 minut i wróciliśmy na łódkę. W drodze do miasta poświęciliśmy jeszcze chwilę na wizytę w wiosce whiskey, gdzie zaopatrzyliśmy się w miejscową malinową nalewkę, którą zaczęliśmy rozpracowywać już na łódce z poznanymi w trakcie wycieczki Australijczykiem Alanem i Japończykiem, którego imienia nie pamiętam ;)

W trakcie pobytu w Luang Prabang cała nasza czwórka po raz pierwszy miała okazję spędzić Wigilię oraz Święta Bożego Narodzenia poza domem. Atmosferę świąt można było odczuć jedynie w kilku restauracjach ze świątecznymi dekoracjami bądź spotykając osoby w czapach mikołaja. W wieczór wigilijny wybraliśmy się na kolację, ale nie posmakowaliśmy tradycyjnych potraw. Ja zjadłam ryż smażony z kurczakiem, Piotrek zupę, Polly i Maciek kurczaka curry ;) Podróż dookoła świata to super sprawa, niemniej jednak zdecydowanie milej by było chociaż te kilka dni świąt spędzić razem z rodziną, a nie tylko rozmawiać przez Skype.

Zaraz po świętach i leniwych dniach w Luang Prabang udaliśmy się w stronę niegdyś imprezowego Vang Vieng. Planowaliśmy tam spędzić sylwestra i spotkać się z długo niewidzianym kolegą Sebastianem, który aktualnie mieszka w Tajlandii ;)

 

2 comments

  1. Pojechana Luty 9, 2014

    Chcę tam! Natychmiast!

    Odpowiedz
  2. CiotkaA Styczeń 16, 2014

    Opowieść jak zwykle wspaniała no i te zdjęcia :-)
    Super !!!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress