Zachodnia Jawa, czyli indonezyjskie początki

Zachodnia Jawa, czyli indonezyjskie początki

Większość osób przyjeżdżających na Jawę odwiedza trzy najbardziej znane miejsca. Standardowa trasa zaczyna się w Jakarcie, następnie turyści udają się w kierunku Yogyakarty, aby odwiedzić znane świątynie; kolejnym przystankiem jest wulkan Bromo i ewentualnie kawałek dalej na wschód bardzo znane kopalnie siarki. Początkowo również mieliśmy podobny plan. Nie do końca wiedząc, czego się spodziewać i gdzie jechać dalej rozważaliśmy różne scenariusze – może pojechać w kierunku Komodo, czy może na bardziej dzikie i niezbadane Sulawesi (Celebes). Tak naprawdę jeszcze nie do końca wiemy co zrobimy, ale z całą pewnością zostajemy chwilę dłużej na Jawie. Będąc na tak dużej wyspie, stwierdziliśmy, że bez sensu przelatywać wszystko na wariata w jeden tydzień.

Nasz samolot lądował w Jakarcie. Słysząc niezbyt pochlebne opinie o mieście, postanowiliśmy spędzić tam tylko dwie noce. Pierwsze wrażenie było jednak dość pozytywne. Miasto wyglądało na w miarę czyste, a w autobusie z lotniska było dostępne WiFi. Po 1,5 h dotarliśmy do couchsurfera u którego mieliśmy nocować. Jak się później okazało, wylądowaliśmy w stosunkowo ładnej dzielnicy domków jednorodzinnych, a dom w którym spaliśmy miał powierzchnię kilkuset metrów. Kolejnego dnia ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. zachodnia_jawa_17Czytając przewodniki i przeglądając strony internetowe zorientowaliśmy się, że w Jakarcie nie ma za wielu rzeczy do oglądania. Przemieszczając się po metropolii faktycznie okazało się, że praktycznie wszystko można „załatwić” w jeden dzień. Ku naszemu zdziwieniu wszystko wydawało się stosunkowo czyste – do czasu ;) Pod koniec wycieczki, postanowiliśmy udać się w trochę bardziej odległe rejony i skierowaliśmy swoje kroki w stronę starego portu. Wtedy tak naprawdę mieliśmy okazję zobaczyć to, o czym wiele osób wspomina. Ilość motorów, skuterów i samochodów poruszających się po ulicach była po prostu przytłaczająca. Wszechobecny dźwięk silników, zapach spalin spowodował, że po kilkunastu minutach wszystkich rozbolała głowa. Po raz pierwszy zrozumieliśmy, czemu tak dużo osób używa maseczek – w pewnym momencie sami zastanawialiśmy się, czy sobie ich nie kupić. Dodatkowo ilość śmieci i smród wydobywający się z nich był czasem tak okropny, że bez zatykania twarzy nie dało się w niektórych miejscach przejść. Wszystko to było bardzo męczące i nie było sposobu aby się gdzieś schować i odpocząć. To co jednak zostaje najbardziej w pamięci, to ludzie których spotykaliśmy w tych miejscach. Mimo całego „bałaganu” wszyscy zawsze uśmiechnięci, chętni do robienia zdjęć (sami często nawet podchodzili i prosili aby zrobić im fotkę) – jednym słowem pozytywni. Po całym dniu chodzenia, do domu wróciliśmy bardzo zmęczeni, z czarnymi od brudu stopami, ale mimo to w jakiś sposób dość dobrze nastawieni dzięki niezliczonym uśmiechom które tego dnia zostały skierowane w naszą stronę.

Poszukując interesujących kierunków po stolicy natrafiliśmy na Bandung. Jest to jedno z większych miast na wyspie, które samo w sobie nie jest zbyt interesujące. Bardzo ciekawe są natomiast okolice. Bandung postanowiliśmy potraktować jako bazę wypadową do pobliskich atrakcji. Do miasta dostaliśmy się pociągiem, który z Jakarty jechał 3 h. W pociągu miła niespodzianka – czysto, schludnie, dostępne kontakty, klimatyzacja, a nawet telewizor LCD z filmem umilającym drogę, a w trakcie podróży przekąski, obiady, napoje (oczywiście dodatkowo płatne). Jedynym minusem jest prędkość – zwykle nie przekracza 50 km/h, co wynika z dość górzystych terenów i dużej ilości wiaduktów. Na miejscu kolejna niespodzianka. Po raz pierwszy mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Miejsca, które odwiedziliśmy były albo bardzo drogie (w okolicach 50 PLN na głowę), albo nie miały wolnych pokoi. Dodatkowo Lonely Planet ostatnią edycję przewodnika po Indonezji wydało w 2010, przez co po kilometrowym spacerze z plecakami do hostelu okazało się, że od dawna już nie funkcjonuje. W pewnym momencie byliśmy już bliscy wybrania 4-osobowego pokoju w bardzo ładnym hotelu (zaznalibyśmy odrobiny luksusu), gdzie po długich negocjacjach pan z recepcji obniżył nam cenę z 300 do 180 PLN za pokój. Rozsądek jednak zwyciężył i po ponad 2 h poszukiwań w końcu udało nam się znaleźć w miarę schludny i naprawdę tani nocleg.

Następne 2 dni postanowiliśmy spędzić na zwiedzaniu okolic miasta. Pierwszego dnia wynajęliśmy busa z przewodnikiem i wybraliśmy się na południe. Całość można oczywiście zrealizować we własnym zakresie korzystając z transportu publicznego, jednak ilość miejsc do obejrzenia jest tak duża, że trzeba by na to poświęcić kilka dni – albo z czegoś zrezygnować. Wystartowaliśmy już o 7 rano i jak się później okazało, nie było to wcale za wcześnie, gdyż wycieczkę zakończyliśmy po godzinie 20. zachodnia_jawa_30Przewodnik okazał się bardzo pozytywnym i interesującym człowiekiem, który jako swoją misję życiową przyjął szerzenie kultury i historii swojego kraju. Przez cały czas opowiadał o Indonezji, historii, zwyczajach, jedzeniu. Jeśli chodzi o jedzenie, to tego dnia mieliśmy okazję spróbować masy lokalnych przysmaków. Gdy tylko wspominaliśmy o czymś do jedzenia, to przewodnik wynajdywał jakiś przydrożny „bar” i doradzał czego spróbować – np. wieczorem mieliśmy zjeść gołębie, ale niestety już się skończyły. W drodze do pierwszego głównego punktu, którym jest Kawah Putih, odwiedziliśmy lokalną wioskę, zobaczyliśmy uprawy ryżu oraz lokalnych rolników pracujących na polach, przeszliśmy się też po kilku bardzo starych mostach zbudowanych przez Holendrów (jeden z 1800 roku). Mieliśmy też okazję ponownie zobaczyć pola herbaciane. Muszę powiedzieć, że zrobiły one na nas o wiele większe wrażenie niż te, które widzieliśmy w Malezji. Uprawy herbaty zajmowały wszystkie wzgórza w promieniu kilku, jeśli nie kilkunastu kilometrów. Przeróżne odcienie zieleni mieniące się na szczytach wyglądały cudownie. W końcu dotarliśmy do Kawah Putih, który jest wulkanicznym kraterem z przepięknym turkusowym jeziorem. zachodnia_jawa_50Spędziliśmy tam grubo ponad godzinę, spacerując w okolicach jeziora, wdychając opary siarki i uczestnicząc w dziesiątkach sesji fotograficznych z lokalnymi turystami, którzy, jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, uwielbiają robić sobie zdjęcia z białasami – szczególnie z damską częścią wyprawy ;)

Po przepysznym obiedzie w lokalnej knajpie (danie główne, chrupki, herbata, a na deser banany – 6 PLN) ruszyliśmy w kierunku aktywnego krateru Kawah Rengganis. Wystarczyło przejść  1 km w górę od głównej drogi aby natrafić na kolejne magiczne miejsce. Cała okolica pokryta dymem, wszechogarniający zapach zgniłych jajek, bulgocząca woda, sycząca ziemia, dynamicznie przemieszczająca się mgła. Dodatkowo możliwość wejścia w każdy zakamarek albo kąpieli w gorącej wodzie sprawia, że naprawdę warto tam przyjechać. Następnym planowanym przystankiem było jezioro Situ Patengan, które nie było już tak imponujące. Możliwe, że stało się tak za sprawą olbrzymiej mgły, która pokrywała prawie całą okolicę, chociaż były momenty kiedy widoczność się poprawiała i przez moment mogliśmy zobaczyć większa część krajobrazu. Ładnie, ale nic nadzwyczajnego ;)

W drodze powrotnej zauważyliśmy uprawy kawy. Gdy przewodnik usłyszał, że nigdy wcześniej ich nie widzieliśmy, od razu postanowił zatrzymać się przy jednej i opowiedzieć o sposobie ich uprawiania. Jak się szybko okazało w okolicy jest też wytwarzana znana kawa z odchodów lisa. Pojechaliśmy i tam ;) Widok był dość smutny, gdyż lisy zamknięte są w malutkich klatkach i jedyne co robią to jedzą i wydalają kawę, aby można ją było potem oczyścić i drogo sprzedać. Spróbowaliśmy po jednej filiżance. Nie jestem jakimś miłośnikiem czy znawcą, dlatego jak dla mnie nie różniła się zbytnio od tego co pija się normalnie ;) Po dopiciu kawki (która nie posiada kofeiny) pojechaliśmy jeszcze zobaczyć jak wytwarza się materiały na tradycyjne domy z bambusa.

Kolejnego dnia udaliśmy się na północ, aby zobaczyć znany wulkan Tangkuban Prahu. Mając na uwadze, że jedziemy tylko w jedno miejsce tym razem wybraliśmy się transportem publicznym. Małe i niewygodne busiki, mieszczące około 14 osób są stosunkowo tanie, ale bardzo męczące. Nawet przy naszym wzroście, a jak większość wie nie jestem zbyt rosłym mężczyzną, nie ma możliwości wygodnego ułożenia. zachodnia_jawa_65Dodatkowo bus bardzo często czeka, aż ktoś się napatoczy, bo przecież nie będzie jeździł pusty. Przystanków nie ma, po prostu jedzie i zbiera pasażerów – musisz wyglądać na zainteresowanego, albo musisz zareagować na trąbienie, wtedy z pewnością się zatrzyma. Po 1,5 h jazdy i jednej przesiadce dotarliśmy do bramy wejściowej. Chcąc zaoszczędzić 6 PLN postanowiliśmy przejść ostatnie 4,5 km w górę. Było warto, gdyż po drodze spotkaliśmy wcześniej niewidziany endemiczny gatunek czarnych małp. Wulkan jest cały czas aktywny i w dole krateru można dostrzec wydobywający się dym. Na miejscu można podziwiać dwa kratery – główny Kawah Ratu i trochę mniejszy Kawah Upas. Droga prowadzi w wzdłuż krawędzi i obejście całości zajmuje około 1,5 h. W okolicach nie ma zbyt wiele roślinności, a krater ze względu na swoją wielkość tworzy lekko księżycowy klimat. W trakcie naszej wizyty wejście w okolice Kawah Upas było niestety zamknięte ze względu na aktywność wulkaniczną i niebezpieczne stężenie trujących gazów w okolicy. Lokalny strażnik postanowił nas jednak wpuścić i pozwolił zrobić kilka zdjęć z większej odległości. Ładnie podziękowaliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną do miasta. Tym razem jednak już nie schodziliśmy ponownie 4,5 km, gdyż zmęczenie dawało się we znaki i z samej góry wróciliśmy do domu autobusem by udać się na zasłużony odpoczynek. Następnego dnia ruszaliśmy w siedmiogodzinną podróż w kierunku Yogyakarty.

 

7 comments

  1. Marcinos Październik 2, 2013

    :))

    Odpowiedz
  2. Seba Wrzesień 27, 2013

    Kiepsko z tą Jakartą naprawde, po was starych wyjadaczach się tego nie spodziewałem!!!!!
    No ale cóż, chyba nie miał kto was tam oprowadzić po tym mieście….

    Odpowiedz
    • elmer
      elmer Wrzesień 28, 2013

      Mi tam bardzo się podobało. Przypomniały mi się Indie do których chciałem wracać już miesiąc po powrocie :-)

      Odpowiedz
      • CiotkaA Wrzesień 30, 2013

        Ponoć Indie „tak mają”, że chce się tam wracać :-)

        Odpowiedz
        • martuha
          martuha Październik 21, 2013

          Rzeczywiście coś w tym jest :)

          Odpowiedz
  3. CiotkaA Wrzesień 26, 2013

    Jawa, jawi się jako bardzo ciekawe miejsce, co zresztą wynika z Waszych tekstów i zdjęć :-).
    Cieszę się, że choć w ten sposób mogę oglądać te miejsca.
    Ludzie faktycznie wyglądają na miłych, serdecznych i zadowolonych z życia, a może Wasze zadowolenie im się udziela i na odwrót :-)
    Co do warunków podróży (zdj. 43), to Maciek mam nadzieję pozorował podróż !!!!
    Uważajcie na siebie :-)

    Odpowiedz
    • Polly Październik 21, 2013

      Fotka ‚z podróży’ w wykonaniu Maćka to blef, ale wielu tak właśnie podróżuje ;) Po 6 tygodniach w Indonezji możemy tez śmiało powiedzieć, ze serdeczny uśmiech to ich cecha narodowa – ludzie byli fantastyczni w każdym miejscu, które odwiedzilismy :)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress