Z wizytą u sułtana

Z wizytą u sułtana

Nie wiem jak wy, ale ja jeszcze do niedawna nie wiedziałam, że Borneo jest podzielone pomiędzy trzy państwa, a jednym z nich jest Brunei, malutki ale bogaty sułtanat. Z bogactwa nie korzysta jednak większość mieszkańców, jak to ma miejsce w arabskich rajach naftowych – lwia część profitów należy wyłącznie do rodziny królewskiej, która nie ma szczególnych ciągot do dzielenia się nimi z poddanymi. Jedną z największych atrakcji stolicy Brunei, Bandar Seri Begawan, otwartą niestety wyłącznie przez dwa dni w roku (na zakończenie ramadanu) jest pałac sułtana. Na brak przestrzeni on i jego najbliższa rodzina nie mogą narzekać – do ich dyspozycji jest cztery razy więcej miejsca niż w wersalskim pałacu (który nie należy przecież do najmniejszych); do swojej wyłącznej dyspozycji mają oni 1788 pokoi i 257 łazienek – sporo jak na kilkuosobową rodzinę. Jest też garaż na kilkaset samochodów, a nieco dalej, bo w Londynie, prywatny szpital gotowy przyjąć niedomagającego sułtana w każdej chwili. Do momentu, kiedy złoża ropy należące do Brunei się nie wyczerpią, miłościwie panujący może być spokojny o stały przypływ kaski – brunejski Shell, monopolista na wydobycie i sprzedaż ropy, jest zobowiązany do przekazywania mu 51% dochodów z działalności. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jaka to może być kwota, ale na pewno jest w stanie zaspokoić każdą fanaberię; zapewne nawet marny 1% pozwoliłby mi podróżować dużo dłużej, niż mam w planach ;-)

Brunei jest państwem głęboko muzułmańskim, w którym obowiązuje zarówno cywilne, jak i religijne prawo. Możliwość pracy, dobrych zarobków i przychylność religijna przyciąga tutaj muzułmanów z całego świata – na ulicach bardzo często mijaliśmy obywateli Indii i Bangladeszu. Naszym „kontaktem”, zdobytym za pomocą couchsurfingu, był Rifnaz, obywatel Sri Lanki, mieszkający w BSB od trzech lat. Rifnaz nie mógł przyjąć nas w swoim mieszkaniu, ale zarezerwował nam tani nocleg w tzw. willi w jego sąsiedztwie. Po przybyciu na miejsce okazało się, że nasz pokój będzie dostępny dopiero wieczorem; wtedy też dowiedzieliśmy się, że pokój można zarezerwować nie tylko na dni, ale również na godziny… Pierwsze skojarzenie było oczywiste i przez moment zastanawialiśmy się, czy skorzystać z tej oferty, ostatecznie jednak spędziliśmy w hotelu dwie noce i nasze przypuszczenia nie znalazły potwierdzenia ;-)

W dniu przyjazdu zwiedziliśmy meczet Omara Aliego Saifuddiena, mieszczący się w ścisłym centrum miasta. Wielka budowla ze złotymi kopułami, jak wiele tego typu przybytków, większe wrażenie robi z zewnątrz niż wewnątrz. Po raz kolejny trafiliśmy też na przesympatycznych panów pilnujących tam porządku – nie wypuścili nas dopóki nie przeprowadziliśmy małej sesji zdjęciowej z ich udziałem :)

Wieczorem spotkaliśmy się z przyjaciółmi Rifnaza, którzy oprowadzali po mieście parę Francuzów i razem pojechaliśmy do knajpki na obrzeżach miasta, w której serwowano typowe brunejskie danie – ambuyat. Wyglądem przypomina toto masę kleju albo sporego gluta, nabite na pałeczkę identycznie się ciągnie i, mimo że praktycznie nie ma smaku, jest jednocześnie naprawdę obrzydliwe. Do tego „przysmaku” podawane są różne dodatki, m.in. sos równie niedobry jak sam glucik – prawdopodobnie z suszonej ryby czy innego morskiego stwora… Na dobrą sprawę jedynym zjadliwym, a nawet smacznym dodatkiem była smażona zielenina, podobno wodorost, ale nie jestem przekonana, czy to prawda ;-) W każdym razie wieczór ten zapamiętamy jako pierwszą tak wyraźną porażkę kulinarną. Jeśli dodać do tego prohibicję na alkohol i herbatę słodzoną toną cukru robi się naprawdę średnio.

O Brunei mówi się, że jest to kraj jednej wizyty – i jest w tym sporo prawdy. Spędziliśmy tam raptem półtora dnia, a udało nam się zobaczyć wszystkie atrakcje stolicy i zaliczyć daleką wycieczkę na pole naftowe. Mogliśmy jeszcze pojechać do parku narodowego, ale ponieważ dopiero wyjechaliśmy z dżungli nie czuliśmy takiej potrzeby. Widzieliśmy więc:

  • stajnie sułtana. O dziwo do koni można podejść, pogłaskać, a pewno i nakarmić – wygląda na to, że nikt ich nie pilnuje, co przy ilości przekraczającej 1000 jest w sumie zrozumiałe, sułtan i tak się nie zorientuje ;-)

  • wodną wioskę położoną w bezpośrednim sąsiedztwie centrum miasta, szumnie nazywaną Wenecją Azji. Zwiedzanie wioski jest możliwe wyłącznie z pokładu wynajętej łódki (my trafiliśmy na bardzo pozytywnego i wygadanego sternika, który z zapałem opowiadał o osadzie i jej 11 szkołach) i dopiero w czasie takiego rejsu ukazuje ona swoją zaskakującą wielkość. W ramach ciekawostki podpłynęliśmy do nawodnej straży pożarnej i dryfującej stacji benzynowej. Dopełnieniem wioski są wielkie parkingi, już na stałym lądzie, gdzie miejscowi zamieniają łodzie na pojazdy kołowe.

  • Kuala Belait. Jest to miasto położone praktycznie przy granicy z Malezją, drugie największe w Brunei, stworzone jako zaplecze dla działających tam pól naftowych – celu naszej wyprawy. Same szyby wyciągające ropę z ziemi wydały nam się dziwnie małe, ale skoro jest to jedyne miejsce na ziemi, gdzie bez miliona zezwoleń i zabezpieczeń można do nich podejść, głupio byłoby nie skorzystać z propozycji Rifnaza ;-) Po mieście kręciło się sporo białych rodzin, których, tak jak wszystkich pozostałych przyciągnęła tu ropa. Muszą dostawać naprawdę niezłą kasę, bo ja w takim miejscu wytrzymałabym może tydzień, a i to pewnie z wyraźnymi uszczerbkami na psychice…

  • Empire Hotel – spory i zdecydowanie luksusowy hotel, wybudowany przez brata sułtana – najbardziej reprezentacyjne miejsce w stolicy. Duże przestrzenie, dużo marmurów i złota – i w sumie tyle ;-)

  • meczet Jame’Asr Hassanil Bolkiah – zdecydowanie najpiękniejszy i największy ze wszystkich meczetów, które do tej pory widziałam. Niestety, dotarliśmy do niego już po zamknięciu, nie wiem jak prezentował się w środku, ale z tego co mówi LP mamy czego żałować.

W drodze powrotnej do malezyjskiego Kota Kinabalu czekała nas jeszcze dodatkowa atrakcja, w postaci bardzo częstych przejść granicznych. Na każdym przejściu obowiązkowa kontrola i stempelek – tę jedną przeprawę dokumentują teraz aż dwie strony w paszporcie. Brunei zapamiętamy również z krajobrazu zupełnie innego niż w odwiedzonej przez nas części Borneo – nie ma tam plantacji palm! Po smutnym krajobrazie kilkuset kilometrów plantacji palmowych była to naprawdę miłe zaskoczenie.

W KK spędziliśmy dwa spokojne dni, nurkując i relaksując się na rajskich plażach okolicznych wysepek. Mimo że miasto przeżywa prawdziwy najazd Chińczyków, udało nam się znaleźć maleńką plażę, dzieloną jedynie z wielkim jaszczurem, którego zresztą Maciek prawie rozdeptał ;-) Wiedząc ile jest ich dookoła, poczuliśmy się wtedy trochę nieswojo i przez jakiś czas wzajemnie przekonywaliśmy się, że na pewno nie są groźne dla człowieka… no i chyba nie były, bo następnego dnia zdrowi i gotowi polecieliśmy do Jakarty.

 

5 comments

  1. hongkonger Listopad 13, 2013

    Trochę nieścisłości dot dzielenia się majątkiem z obywatelami.
    W porównaniu do zwykłych obywateli innych państw arabskich, własnie w Brunei obywatele dostają najwięcej. Sułtan dzieli się z poddanymi zyskami z ropy. Darmowa opieka lekarska na najwyższym poziomie, łącznie z leczeniem w zagranicznych klinikach. Darmowa edukacja na dowolnej uczelni świata. Sułtan preferuje kierunki techniczne, również zachęca dziewczyny do takich studiów. Zasiłki, zapomogi, dodatki, renty, emerytury – o takich przywilejach inni mogą tylko pomarzyć. Sułtan również hojnie dotuje domy, z reguły z pełnym wyposażeniem. Na 400 tys obywateli jest spora grupa taniej siły roboczej, która robi dosłownie wszystko. Obywatele nie muszą pracować, zasiłki doatają za bycie obywatelami kraju. Obcokrajowcy zarabiają niewiele, nie sa to astronomiczne sumy. Kierowca autobusu zarobi ok 500-700 euro/mies. Inną grupę stanowią biali obcokrajowcy pracujący w Shell: zarobki 3-4 razy wyzsze od tych w zachodniej Europie. Prawie wszyscy to Anglicy. Jest ich tu chyba 2 tysiące. Jeszcze należy dodać ok 1300 żolnierzy armii brytyjskiej.

    Odpowiedz
    • Polly Listopad 13, 2013

      Dzięki za rozwinięcie, pisząc tekst opieralam sie o własne obserwacje, a to co widzieliśmy na miejscu nie przypominało luksusowego bliskowschodniego otoczenia (drogi, budynki, samochody). Kolega, który był naszym „przewodnikiem” o takich pozytywach też nie wspominał, mimo swojego wręcz uwielbienia dla sułtana. Jeśli jednak jest tak jak piszesz to nic tylko zatrudniać sie w Shellu – bo na obywatelstwo pewnie nie ma co liczyć ;)

      Odpowiedz
  2. Marcinos Październik 8, 2013

    :)))

    Odpowiedz
  3. Marcinos Październik 6, 2013

    Wszystkiego Najlepszejszego Polly!!!!!!!! Zdroweczka zycze :)))

    Odpowiedz
    • polly
      polly Październik 7, 2013

      Dzięki dzięki :-) zdrówko, za wyjątkiem wysypki, która upodabnia mnie do jakiejś salamandry plamistej i swędzi jak cholera, dopisuje – a i wysypkę staram się dzielnie ignorować :-) buzial!

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress