Yo yo, you go

Yo yo, you go

Region Delty Mekongu wydawał nam się bardzo interesującym kierunkiem, dlatego po głośnym i bolesnym (dla niektórych) Sajgonie zdecydowaliśmy się wyruszyć w stronę Can Tho, największego miasta tamtego rejonu. Jako środek transportu wybraliśmy klimatyzowany autokar z dużymi miejscami leżącymi. Zakupiliśmy bilety i usadowieni w środku czekaliśmy na odjazd, który miał być pół godziny później… Niestety daliśmy się zrobić w balona. Autobus zamiast o 16:30 jak planowo powinien, odjechał dwie godziny później; na miejsce dotarliśmy trochę przed północą, a mimo to udało nam się zarezerwować wycieczkę na następny dzień.

Tej nocy żadne z nas raczej się nie wyspało. Pobudkę mieliśmy dość wcześnie, bo już o 5:00 rano rozpoczynaliśmy rejs po Mekongu. Zmęczenie oraz brak snu dość szybko zrekompensowała nam podróż rzeką mekong_84przy wschodzącym słońcu. Naszym przewodnikiem była bardzo śmieszna, potężnie zbudowana i wiecznie uśmiechnięta Wietnamka – mimo zupełnej nieznajomości angielskiego była w stanie dogadać się z nami za pomocą mowy ciała i wymownej gestykulacji ;)

Podczas spływu mieliśmy okazję odwiedzić dwa pływające targi. Zobaczyliśmy tam jak okoliczni mieszkańcy bezpośrednio z wyładowanych łodzi handlują między sobą najróżniejszymi owocami i warzywami. Wiele z nich było również domami tych ludzi – co i rusz widzieliśmy wywieszone pranie, bawiące się lub odrabiające lekcje dzieciaki, a także psiaki pilnujące całego dobytku. Po zjedzeniu przepysznych bananów, owocu podobnego do pomelo i soczystego arbuza popłynęliśmy podziwiać mniejsze kanały rzeki.

W trakcie wycieczki okazało się, że nasza grubiutka i prześmieszna sterniczka ma także zdolności artystyczne. Zrobiła dla nas plecionkę w kształcie serca z liści palmy i kwiatów. Nie nacieszyliśmy się nią zbyt długo… Po chwili zobaczyliśmy dziewczynkę z wyciągniętymi rękami stojącą naprzeciwko nas na moście, proszącą żebyśmy podarowali jej ozdobę. Niestety nie udało nam się przekazać prezentu podczas przepływania pod mostem, dlatego odwróciłam się i rzuciłam plecionkę w stronę dziewczynki. Nie oceniłam jednak zbyt dobrze swoich sił… prezent przeleciał wysoko nad nią i spadł do wody. Wspólnie podjęliśmy decyzję o akcji ratunkowej – przepłynęliśmy pod mostem, wyłowiliśmy plecionkę i oddaliśmy ją już prawie płaczącej dziewczynce.

Wieczorem wspólnie z Panorem i Jerrym wybraliśmy się na kolację do knajpy polecanej przez Lonely Planet. Chodziliśmy, szukaliśmy i nie znaleźliśmy jej, prawdopodobnie już nie istnieje. Weszliśmy zatem do innej restauracji, gdzie bardzo miło zaskoczyły nas serwowane tam dania. W menu dostępne były różnego rodzaju ryby i owoce morza, a dodatkowo ptaki, szczury i węże. Po dość długim namyśle chłopaki zdecydowali się na potrawę z węża z warzywami, orzechami i makaronem. Danie okazało się dość smaczne, chociaż obydwaj stwierdzili, że o wiele lepsze jest samo mięso węża, skóra natomiast jest zbyt gumiasta.

Następnego dnia, rozpoczynając podróż do My Tho, po raz pierwszy w Wietnamie spotkaliśmy się z niezwykle nachalnymi naganiaczami. mekong_47Nie zdążyliśmy jeszcze wyjść z taksówki, a już praktycznie ciągnęli nas oni za ręce albo plecaki w stronę jakiegoś autobusu. Nie daliśmy się, odeszliśmy kawałek na bok, zrzuciliśmy plecaki i rozpoczęliśmy poszukiwania transportu. Cały ten czas byliśmy zaczepiani przez mówiących po wietnamsku pomocników; jedynym zrozumiałym dla nas zwrotem było „yo yo, you go!” kiedy starali się na nas wywrzeć presję i spowodować, żebyśmy w końcu za nimi poszli… Gdy już wreszcie znaleźliśmy busa, czy raczej bus znalazł nas, nawet nie dało się na chwilę z niego wysiąść; od razu wpadało się na blokującego drogę kolesia, który nie chciał aby mu „żywa” gotówka uciekła z przed nosa ;) I chyba jedyne słowo jakie jeszcze potrafili powiedzieć po angielsku to „money” ;-)

Po kilku godzinach dotarliśmy do My Tho, gdzie wynegocjowaliśmy bardzo dobrą cenę na wycieczkę po okolicznych atrakcjach oraz dwudniowy pobyt u przemiłej rodziny w homestay’u niedaleko Ben Tre.  Jedną z tych atrakcji była Wyspa Kokosowa, na której wyrabiali cukierki kokosowe z różnymi dodatkami. Konsystencją przypominały polskie krówki w domieszką pańskiej skórki. Próbowaliśmy również herbaty z miodem oraz orzechów zalanych miodem, które fajnie sprawdzały się jako mała przegryzka podczas kolejnych dni.

Przewodnik naszej wycieczki okazał się super człowiekiem, który nie dość, że w zabawny sposób zdradzał nam sekrety i zwyczaje tamtejszej ludności, to również wspólnie z żoną oraz dwojgiem starszych dzieci bardzo miło ugościł nas w swoim domu. Już na samym początku poczęstował nas świeżo zerwanymi kokosami i dojrzałym mango – był właścicielem bardzo dużego ogrodu owocowego, dzięki czemu wszystko mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Miał też tygodniowe szczeniaki, które jak przylepy czepiały się ciepłego ciała w poszukiwaniu cyca… ;) Zostaliśmy dość szybko zauroczeni tym miejscem, które okazało się po prostu bajeczne. Podczas tych dwóch dni mieliśmy okazję skosztować lokalnych potraw, które przygotowywała nam gospodyni. Na nasze nieszczęście było ich tak dużo i były tak dobre, że nie mogliśmy odejść od stołów, a ponad to przerwy między posiłkami nie były zbyt duże. Kurczak czy świnka przygotowana na wiele sposobów, najróżniejsze ryby, krewetki, sajgonki, tofu, owoce, słodkie ziemniaki, dwa rodzaje placków z mąki ryżowej z dodatkiem mleczka kokosowego lub słodkich ziemniaków… można by wymieniać, wymieniać i wymieniać ;) Po każdym posiłku z wypchanymi brzuchami mogliśmy wypoczywać na hamakach, czytać książki, rozmawiać – po prostu relaksować się. Wypoczynek umilała nam lokalna wódka ryżowa, którą popijaliśmy przez cały pobyt. mekong_76Nalewana ona była w nietypowy sposób – była w torebce, w której za pomocą znajdującej się w niej pałeczki robiło się dziurkę, przez którą lał się płyn. Pałeczka służyła potem do zamknięcia otworu ;) Sposób nietypowy, wymaga trochę sprytu… szczególnie po kilku łykach tego trunku ;-)

Ostatniego dnia, wyposażeni w narysowaną przez córkę gospodarza mapę, wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową po okolicznych wioskach; jako cel obraliśmy sobie pola ryżowe. Jak wiadomo życie płata figle i pól ryżowych nie udało nam się zobaczyć. Przez większość wyprawy szukaliśmy wulkanizacji lub czekaliśmy na naprawę roweru, ponieważ, jak się okazało, rowery były mocno zużyte ;) W trakcie przejażdżki Panorowi dosłownie „wybuchła” opona, a Maćkowi zerwał się łańcuch. Na koniec mi rozpadło się siodełko :) Niezrażeni tymi przeciwnościami losu wróciliśmy do naszego „domu” z uśmiechami na twarzy, aby spędzić kolejny miły wieczór, a już następnego ranka udać się w zupełnie nowym kierunku… górskim, zimnym i deszczowym ;)

 

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress