Wielowymiarowy Wietnam

Wielowymiarowy Wietnam

Deltę Mekongu opuściliśmy wczesnym rankiem i fartem, już poza dworcem, złapaliśmy nasz autokar… Okazało się, że jedyny bezpośredni bus odjeżdżał wcześniej niż myśleliśmy… Lekko zdyszani, ale i szczęśliwi, dogoniliśmy autobus i zajęliśmy nasze miejsca, odkrywając, że przestrzeń przeznaczoną na nogi zajmują wory kokosów. Nagle z sąsiedniego miejsca rozległo się donośne ‘kukuryku’, a po chwili w całym autokarze piały inne, przewożone w wiklinowych koszach, koguty. Na kolejnym przystanku do ptasiego towarzystwa dołączyły kaczki, te jednak zapakowane zostały do luku bagażowego, razem z rozłożonym na części ciągnikiem i całą masą innych cennych ładunków – nie ulegało wątpliwości, że nasz autokar miał przede wszystkim charakter towarowy ;) W pewnym momencie wszystkie koguty zostały pochowane gdzie tylko się dało. Jak dowiedzieliśmy się później w ramach walki z ptasią grypą każdy ptak wyjeżdżający w dalszą podróż musi być zbadany i zarejestrowany – nasze kuraki dokumentów najwyraźniej nie posiadały, stąd w obawie przed ewentualną kontrolą zostały na chwilę „zniknięte”.

PARLEZ-VOUS FRANCAIS?

Kilka godzin i niezliczoną ilość wiosek później dotarliśmy do Da Lat, dawnej miejscowości wypoczynkowej, do której francuscy kolonizatorzy uciekali przed palącym słońcem Sajgonu. Miejsce to słynie z łagodnego klimatu i nietypowej zabudowy – w trakcie pobytu zobaczyliśmy urokliwą stację kolei, dzielnicę willową, która wyglądała na żywcem wyjętą z zachodnioeuropejskich przedmieść, a także mini wieżę Eiffel’a. Francuzi zostawili jednak po sobie coś jeszcze, co szczególnie nas ucieszyło… wielowymiarowy_wietnam_24Pagórkowate okolice miasta porastają winorośle, dzięki czemu mogliśmy (w końcu!) uraczyć się nienajgorszym, a przy tym tanim winem ;) Od tej chwili nasza średnia spożycia tego trunku znacząco wzrosła, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że przez trzy miesiące podróży wypiliśmy jedną (tak, JEDNĄ) butelkę wina na spółkę ;-) Co jeszcze Wietnam (i my) zawdzięcza kolonizatorom? Rewelacyjne pieczywo!! Pyszne bagiety dostępne są dosłownie co krok, a świeża kanapka z grillowaną świnką albo pasztetem kosztuje ok. 1,50 PLN. A to nie wszystko! W wielu restauracjach, również tych ulicznych, można się skusić na żabie udka, a gdzieniegdzie nawet całe żaby, które dziwnie przypominają ropuchy. Całkiem smaczne ;)

Z Da Lat wybraliśmy się na wycieczkę po okolicy. W drodze do ogrodów kwiatowych i na plantacje kawy mijaliśmy lasy sosnowe – spore zaskoczenie po tropikalnej delcie Mekongu. Kolejnym przystankiem była fabryka jedwabiu. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy, a szczerze mówiąc nie zastanawialiśmy się też, jak wygląda proces produkcji jedwabiu, dlatego ta część wycieczki była bardzo ciekawa. wielowymiarowy_wietnam_09Ja jednak zapamiętam ją przede wszystkim za sprawą degustacji jedwabników, które oczywiście są lokalnym przysmakiem (a przynajmniej to mówią turystom, z których łatwowierności być może bezlitośnie się nabijają…). Jedwabniki, zarówno smażone, jak i suszone, są naprawdę paskudne. Przegrywają nawet ze smażonymi świerszczami, których spróbowaliśmy w drugiej części dnia, choć i te, mimo dużej ilości sosu chilli, nie należą do naszych ulubionych przegryzek… Z milszych akcentów – w czasie tego tournee widzieliśmy jeszcze niebrzydki wodospad i wielką świątynię buddyjską. Na lunch nie było insektów, możemy więc uznać, że również był udany ;)

Jeden z ostatnich punktów wycieczki stanowiła wizyta w Crazy House, hotelowo-muzealnym domu który, jak sama nazwa wskazuje, jest dość nietypowy… Każdy pokoik jest w innym stylu, a łączy je jedno – wszystkie są mocno pomylone. Jeśli ktoś myśli, że Czarny Kot przy Rondzie Babka to architektoniczny koszmarek zdecydowanie powinien odwiedzić to miejsce i przyznać mu palmę pierwszeństwa. Budynek zaprojektowany przez Wietnamkę mieszkającą obecnie w Rosji, jest szczególnie popularny właśnie wśród tej narodowości – co więcej chyba nawet im się podoba!

GOOD MORNING, VIETNAM RUSSIA!

Nha Trang w przewodniku opisane jest jako hedonistyczna i plażowa stolica Wietnamu, nie mogliśmy więc ominąć tej miejscówki ;) I cóż, po dwóch dniach tam spędzonych jednego jesteśmy pewni – jeśli wielowymiarowy_wietnam_29Twoim ojczystym językiem jest rosyjski i najlepiej bawisz się w otoczeniu wyłącznie swoich rodaków, jest to kierunek dla ciebie. Apteki, restauracje, centra nurkowe – wszystko przygotowane było pod rosyjską klientelę, której bynajmniej nie brakowało…

Z tego co udało nam się ustalić wynika, że do najistotniejszych hedonistycznych opcji Nha Trang należy jedzenie. Nie do końca tego się spodziewaliśmy, licząc skrycie na jakieś transowe rytmy na plaży, ale co było robić – jedliśmy ile wlezie ;) Tam właśnie co odważniejsi spróbowali dania z krokodyla i ze strusia, z pozytywnym efektem, być może dzięki zalewaniu zwierzyny słusznymi ilościami rumu i wina ;) Ponieważ jednak pogoda nie była szczególnie plażowa, a atrakcji pozaplażowych niezwiązanych z wydawaniem kasy na ciuchy, galanterię z krokodyla czy oczywiście żarcie nie było zbyt wiele, ruszyliśmy swoje szanowne zadki dalej, konkretnie do trzeciego największego miasta w Wietnamie – Da Nang.

POWRÓT DO WIETNAMU

O wyborze tego miasta na bazę wypadową do głównych atrakcji regionu zdecydował działający tam konsulat Laosu, a więc państwa, do którego wybieramy się już za chwilę. Teoretycznie wizy laotańskie dostępne są również na przejściach granicznych, ale zawsze jest ryzyko, że jakiemuś celnikowi coś się nie spodoba i stempelka nie da, dlatego postanowiliśmy wyrobić je wcześniej. Samo Da Nang ciekawe nie jest i gdyby nie wizy spokojnie można je było ominąć. Ponieważ ich wyrobienie mogło zająć do 5 dni roboczych, a my w sobotę mieliśmy lot do Ha Noi, praktycznie bezpośrednio po 14-godzinnej podróży autokarem (z leżankami!) ruszyliśmy do konsulatu. Wyszliśmy stamtąd bogatsi o kolejne doświadczenie – 2 grudnia, wypadającego akurat w tamten poniedziałek, Laos obchodzi jedno z ważniejszych świąt narodowych, o czym poinformował mnie pracownik placówki, być może sam konsul, którego w poszukiwaniu kogokolwiek mówiącego po angielsku bezceremonialnie odciągnęłam od śniadania ;)

Następnego dnia, po złożeniu stosownych dokumentów, ruszyliśmy na pierwszą z zaplanowanych wycieczek. Na początek odwiedziliśmy kompleks świątynny położony na Marble Mountains, marmurowych wzgórzach, które, sądząc po liczbie rzeźb z tego materiału wystawionych na sprzedaż w okolicznych warsztatach, miały niezłego farta, że jeszcze istnieją. Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni spędziliśmy bardzo przyjemną godzinę włócząc się po kolorowych buddyjskich i hinduistycznych świątynkach, z których większość położona była w jaskiniach. Największa z nich skrywała fantastyczne ołtarzyki, przed którymi składano dary z jedzenia – całe michy ryżu z dziwnie poukładanym na szczycie surowym mięsem. wielowymiarowy_wietnam_66Migotliwe, słabe oświetlenie i kłęby wonnego dymu unoszącego się z setek kadzideł sprawiały, że w jaskini panował fantastyczny klimat. Dokładnie czegoś takiego oczekiwaliśmy w Batu Caves, zwiedzanych przy okazji wizyty w Kuala Lumpur. Tamtemu miejscu zdecydowanie brakowało uroku i atmosfery, na szczęście ta świątynia wynagrodziła to wszystko z nawiązką.

Głównym celem naszej wyprawy było Hoi An, średniowieczne handlowe miasteczko ze świetnie zachowaną, klimatyczną starówką. Na sporej przestrzeni zamkniętej dla ruchu samochodowego (co oczywiście nie dotyczy wszędobylskich motorków) można z przyjemnością zgubić się wśród pięknych starych domów kupieckich i świątyń. Wiele z nich można zwiedzać, poznając sposób życia i wierzenia mieszkańców tego regionu. Uliczki starówki o każdej porze pełne są turystów z całego świata, a także miejscowych handlarzy, oferujących im wszystko co chcą, jak również to, czego nie chcą ;) Rzeczywiście ciężko zrobić kilka kroków nie słysząc zaczepki „Hey you, you buy something?”, ciężko też nie ulec ich namowom, zwłaszcza że ceny można uzyskać naprawdę niezłe.

Do miejskich ciekawostek należy jedyny na świecie kryty most zwany japońskim (od jego budowniczych), w którym mieści się maleńka świątynka buddyjska. Zaskoczyło nas też, że miasteczko jest rokrocznie zalewane przez powodzie; w tym roku woda sięgała prawie dwóch metrów, a w latach 60. fala powodziowa przekroczyła 3 metry! Błąkając się po wiekowych uliczkach, które po zmroku oświetlały śliczne, kolorowe lampiony, nie wiedzieć kiedy straciliśmy parę ładnych godzin, żałując tylko, że nie możemy zostać tam na dłużej, a najlepiej na kilka dni. Niestety, do zakwaterowania się w wietnamskim hotelu niezbędne są paszporty, a nasze czekały na wbicie wiz, na noc wróciliśmy więc do naszego bardziej biznesowego otoczenia.

Następnego dnia wybraliśmy się do My Son, kolejnego kompleksu świątyń, tym razem hinduistycznych, które powstały między IV a XV wiekiem. Mimo że świątynie są wpisane na listę UNESCO, nie zrobiły na nas zbyt dużego wrażenia. Ciekawie położone, jednak dość zniszczone (m.in. przez amerykańskie bomby) i zaniedbane budowle, przegrywają w porównaniu do zbliżonych wiekiem Borobudur czy Prambanan, o Angkor Wat nie wspominając. Niezrozumiały jest też pomysł wycięcia wszystkich najpiękniejszych zachowanych płaskorzeźb i przeniesienia ich ze środowiska „naturalnego” do gablotki w muzeum…

Ostatnie chwile w Da Nang to totalnie niespodziewane spotkanie na lotnisku z Sebastianem, kolegą z pracy, podróżującym akurat po Wietnamie. Tam też żegnaliśmy się z Jerrym, który od pewnego czasu nie mógł już doczekać się końca wakacji i powrotu do Warszawy, chociaż raczej nie o miasto chodziło ;-) (przy tej okazji serdecznie pozdrawiamy Elę!).

 

1 Comment

  1. CiotkaA Grudzień 14, 2013

    Dzięki za kolejną relację :-)
    Crazy House faktycznie przebija warszawskego Czarnego Kota.
    Projektantka tego curiosum inspirowała się chyba miejscem zamieszkania serialowej Rodziny Addamsów ;-)
    Co do jedzonka, to insekty zdecydowanie mi nie odpowiadają (bagietka ze świnką nie wzbudza obrzydzenia), ale i tak podziwiam Waszą odwagę w sensie wzięcia do ust i skonsumowania tego,
    bleee !!!!
    Buziaki :-)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress