Welcome to the jungle

Welcome to the jungle

Dżungla… wprost nie mogłem się doczekać kiedy tam dotrzemy. Pozostało jedynie pokonać kilkaset kilometrów z Torotoro. Droga niestety nie była prosta i zapowiadała się bardzo długa podróż. Początkowo rozważaliśmy lot samolotem, ale ponad 300 PLN na głowę w jedną stronę spowodowało, że wybraliśmy opcję budżetową: autobus Cochabamba -> La Paz, następnie La Paz -> Rurrenabaque. Po ponad 3h w samochodzie z Torotoro udało nam się złapać transport dalej i już po kolejnych 7h (około godziny 23:00) mieliśmy być w La Paz. Niestety rzeczywistość zweryfikowała nasze plany, bo do celu dojechaliśmy po prawie 11h, a więc punktualnie o 3:30 nad ranem. Wylądowaliśmy w niezbyt dobrej okolicy, a bus do Rurre odjeżdżał dopiero o 7 rano. Chcieliśmy trochę odpocząć, bo podróż miała zająć około 20h, a że wszystkie hostele w okolicy były zajęte, złapaliśmy taxi i udaliśmy się w stronę miejsca odjazdu naszego kolejnego busa. Okolica wyglądała niezbyt ciekawie, na ulicach roiło się od pijaczków i innego dziwnej maści elementu. Hostel, który znaleźliśmy był najtańszy w trakcie naszej podróży, jedynie 7 PLN na osobę (inna rzecz, że spaliśmy w czwórkę w pokoju dwuosobowym), ale też najbardziej obskurny ;) Miejsce było fatalne, ale planowaliśmy przespać się tylko około 4h i poszukać opcji transportowej około 10:00. Okazało się, że są busy odjeżdżające również w południe. Zadowoleni kupiliśmy bilety, zjedliśmy śniadanie i czekaliśmy…

Autobus nie wyglądał najlepiej, dość stary, bez przedniego błotnika, a do tego bardzo wysoki. Cały dolny poziom zajmowała ładownia, a pasażerowie siedzieli na wysokości mniej więcej 3 metrów. Gdy w ładowni brakuje miejsca, dodatkowe towary są ładowane jeszcze na dach; u nas trochę tam wylądowało, ale nie było dramatu ;) Przed wyjazdem czytaliśmy, że droga jest jedną z gorszych w Ameryce Południowej… ale tego co nas spotkało w żadnym wypadku się nie spodziewaliśmy. Jeszcze przed zakupem biletów upewniliśmy się, że bus nie jedzie starą drogą śmierci, która cały czas jest otwarta dla ruchu, ale jeżdżą nią tylko szaleńcy (i rowerzyści). Faktycznie, gdy wyjechaliśmy z La Paz wszystko wyglądało bardzo fajnie. Piękne widoki, asfalt, barierki. Droga może nie była mega szeroka, ale jechało się przyjemnie, zaczęliśmy oglądać filmy, czytać książki. Nagle jednak intensywne bujanie busa wzbudziło nasze zaciekawienie. Wyjrzeliśmy przez okna i… asfaltu już nie było, droga była bardzo wąska, wszędzie żwir i błoto, a po naszej lewej stronie przepaść; na oko jakiś kilometr w dół. Zaraz zaraz, siedzimy po lewej stronie, to czemu przepaść jest właśnie tu? jungle_089Odpowiedź jest prosta; ruch na trasie jest odwrócony, aby kierowca siedzący po lewej stronie lepiej mógł oszacować czy przypadkiem nie wyjeżdża już kołem w nicość. Patrząc przez okno naprawdę ciężko było opanować zdenerwowanie, gdyż jechaliśmy dosłownie równo z końcem drogi i od spadku dzieliły nas centymetry. Trzeba też dodać, że brzeg trasy to albo pokruszone skały, albo błoto, albo odrobina trawy. Najgorsze było to, że na drodze cały czas odbywały się prace remontowe, więc albo były jeszcze dodatkowe zwężenia (a była masa miejsc, gdzie ledwo mieścił się jeden samochód) albo trzeba było wymijać inne samochody, a czasem nawet tiry. W tej sytuacji oczywiście zjeżdżaliśmy w jakąś mini-zatoczkę z ubitego błota, albo po prostu jeszcze bardziej „przytulaliśmy” się do krawędzi, aby samochody mogły się minąć, zawsze na milimetry. W autobusie poza nami była tylko dwójka turystów; lokalni cały czas nerwowo wyglądali przez okna i monitorowali sytuację; niektórzy niespokojnie siedzieli i trzymali się siedzeń ;)

Po kilku godzinach niezłych nerwów dojechaliśmy do pierwszego miasteczka. Zbliżał się zmierzch, a w perspektywie mieliśmy jeszcze wiele godzin jazdy. Spytaliśmy kierowcy jak wygląda dalsza trasa… powiedział: spoko, teraz będzie już lepsza droga. Uspokojeni zjedliśmy kolację i wróciliśmy do autobusu. Część miejscowych zdążyła się nieźle podpić; ciekawe czemu, przecież ma być już lepiej ;) Około 19 ruszyliśmy dalej… faktycznie jakby trochę szerzej, po bokach czasem nawet jakieś drzewa. Wróciliśmy więc do standardowych działań: książki, filmy, seriale… nie minęły jednak nawet 2h kiedy strasznie zaczęło bujać autobusem. Odsłoniłem zasłonkę i co zobaczyłem? Krawędź, przepaść, do tego noc, więc mocno ograniczona widoczność, zaczęło też dość mocno padać, co nie wpływało dobrze na stan drogi. Miałem wrażenie, że stan nawierzchni jest nawet gorszy niż w pierwszej części. Kierowca miał jakieś dodatkowe światło, którym mógł doświetlać cały bok autobusu i widzieć jak daleko znajduje się od krawędzi. Znów najgorsze były mijanki z tirami, a do tego doszło kilka bardzo ostrych zakrętów, gdzie bus ledwo się mieścił, a na których dodatkowo leżały zwały błota, powodując przechylenie autobusu o dobre 10 stopni w stronę przepaści. Nie muszę wspominać, jak to wyglądało dla osób siedzących przy oknie (w tym dla mnie).

Ostatnie kilka godzin pokonaliśmy już w dżungli po bardzo złej drodze, ale na szczęście już bez przepaści. Około 5 rano dojechaliśmy do Rurre i pierwszą rzeczą jaką planowaliśmy zrobić w ciągu dnia (po zabookowaniu wycieczek do dżungli) był zakup biletów lotniczych do La Paz. Powrót tą samą drogą? Nigdy więcej ;)

Szczerze, nie wiem jak ci kierowcy są w stanie jeździć w takich warunkach. Obecnie nie ma tam aż tylu wypadków co na starej drodze, gdzie ginęło około 200-300 osób rocznie, ale średnio raz w miesiącu coś się przytrafia. Nowa nawierzchnia zgodna z jakimikolwiek normami obejmuje tylko pierwszy fragment trasy, potem wszystkie samochody lądują w niewyobrażalnych warunkach, na naprawdę niebezpiecznej drodze. Kilka dni temu w La Paz usłyszeliśmy od jednego gościa, że ta nowa droga została ponownie wybrana najniebezpieczniejszą na świecie ;) Co więcej, z powodu koniecznych napraw na nowej trasie, wkrótce na jakieś pół roku zostanie ona zamknięta, cała komunikacja z północną częścią Boliwii wróci więc na starą, prawdziwą drogą śmierci.

Rurrenabaque jest miasteczkiem, które stanowi bazę wypadową na kilkudniowe wycieczki do dżungli albo na pampę. jungle_087Ta pierwsza opcja to głównie trekkingi i chodzenie po lesie, opcja druga to oglądanie niesamowitej ilości zwierząt. Jako miłośnicy dzikiego życia zdecydowaliśmy się spędzić 3 dni na pampie i 1 dzień w dżungli. Bardzo istotny jest wybór firmy organizującej wypad, których w Rurre jest masa. Wiele z nich nie przestrzega żadnych zasad, źle traktując zwierzęta, narażając na niebezpieczeństwo turystów, dodatkowo niszcząc i zanieczyszczając środowisko. Trochę poszperaliśmy i wybraliśmy bardzo polecaną agencję Mashequipe. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że faktycznie wiedzą co robią, mają bardzo fajne miejsca noclegowe, wzorową organizację, serwują posiłki na niespotykanym w Boliwii poziomie, a przewodnicy z reguły mogą popisać się bardzo rozległą wiedzą… z reguły, bo my akurat mieliśmy sporego pecha na pampie. Nasz przewodnik słabo znał angielski i był mało komunikatywny, ale inni, z którymi mieliśmy okazję rozmawiać w obozie, byli naprawdę super.

Z samego rana odebrał nas samochód i ruszyliśmy na wycieczkę. Już w drodze do obozowiska zobaczyliśmy kilka kajmanów, czaple, tukany oraz ptaka o wysokości prawie 1,5 m. Najważniejsze były jednak dwa leniwce siedzące na drzewach. Po kilku godzinach jazdy, mocno podekscytowani dotychczasowymi przeżyciami, wsiedliśmy na łódź i kilkanaście minut później byliśmy w obozie. Chwila relaksu na hamakach, pyszny obiad, a w międzyczasie obserwacja ptaków latających dosłownie wszędzie. Znów tukany, czaple, zimorodki, dzięcioły i wiele, wiele innych. Około 15 wsiedliśmy na łódkę i popłynęliśmy oglądać życie w okolicach rzeki. Trochę małp, ponownie masa ptaków oraz kilkanaście różowych delfinów rzecznych, z którymi mieliśmy nawet okazję popływać. Niestety słabo je widać, bo w odróżnieniu do energicznych delfinów słonowodnych, te niezbyt chętnie wyskakują ponad powierzchnię wody. Co jakiś czas nabierają powietrza, wystawiając przy tym płetwę lub kawałek pyska. W wodzie za to bardzo chętnie podpływają do ludzi, trącają, czasem lekko podgryzą np. w palec ;) Doświadczenie fajne, chociaż trochę zaskakujące – przejrzystość wody jest bardzo słaba, więc nigdy nie wiadomo z której strony delfin podpłynie. Jak się potem okazało w trakcie kolejnych dni stworzenia te towarzyszyły bardzo często. Kiedy po kąpieli z delfinami wróciliśmy do obozu, musieliśmy dobić do brzegu troszkę dalej, gdyż w miejscu planowanego postoju łódki siedział sobie dość duży kajman ;)

Po trzydaniowej kolacji ruszyliśmy na krótki nocny spacer, w trakcie którego zobaczyliśmy… ropuchy i pająki ;) Mimo starań nic ciekawego nie udało nam się upolować – szukaliśmy pancernika, niestety postanowił się nie ujawniać ;(

Kolejny dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie, bo o 6 rano wypływaliśmy w górę rzeki. Mieliśmy popłynąć daleko, aby zobaczyć jak najwięcej, a znaleźliśmy ptaki, ptaki i jeszcze raz ptaki. Dla miłośników obserwacji tych zwierząt jest to istny raj. Mnogość gatunków, możliwość oglądania ich w naturalnym środowisku jest naprawdę super doświadczeniem. Na mnie największe wrażenie robiły szczególnie duże okazy, jak orły czy czaple. Tego dnia zobaczyliśmy chyba więcej ptaków niż przez całe dotychczasowe życie ;) Oprócz tego oczywiście masę delfinów oraz cztery gatunki małp. Najfajniejsze, a zarazem najmniejsze sajmiri wiewiórcze wylądowały nawet na naszej łodzi. Powrót zarządziliśmy nieco wcześniej niż planowaliśmy, bo po 40 minutach siarczystego deszczu byliśmy totalnie przemoczeni…

Po południu udaliśmy się w dół rzeki z misją łowienia piranii. Prawie na starcie napotkaliśmy na grupkę żółwi siedzących na kawałku zwalonego drzewa, chwilę później kilka kajmanów. Cały czas staraliśmy się wypatrzeć kapibary, których w okolicy jest ponoć masa, ale my do tej pory nie mieliśmy do nich szczęścia; pierwszego dnia, wracając z pływania z delfinami zobaczyliśmy co prawda dwie sztuki, ale były bardzo daleko, więc nasze apetyty nie zostały zaspokojone. Po zejściu z łodzi zobaczyliśmy mnóstwo śladów tych zwierząt, ale ich samych nigdzie nie było. Udaliśmy się w stronę starego mostu, wzięliśmy żyłki z haczykami, nabiliśmy na nie kawałki wołowiny i zaczęliśmy łowy. Zabawa była naprawdę niezła i w efekcie udało nam się złowić kilkanaście piranii, które dostaliśmy później na kolację. Wracając z łowów zobaczyliśmy to, na co tak czekaliśmy – zaraz przy brzegu, trochę schowane w krzakach, ale wystarczająco blisko aby im się dokładnie przyjrzeć, stały dwie kapibary; naprawdę urocze ;) Potem podziwialiśmy jeszcze jeden z najpiękniejszych zachodów słońca tego wyjazdu. Zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do obozowiska, po drodze oglądając jeszcze świecące po zmroku oczy kajmanów oraz skaczące na drzewach małpiszony.

Ostatni dzień przeznaczyliśmy na poszukiwania anakond – uzbrojeni w kalosze ruszyliśmy w kierunku bagien. Idąc przez opuszczone farmy wypatrywaliśmy różnych małp i cały czas zastanawialiśmy się, czy uda nam się znaleźć olbrzymiego węża. jungle_043Niestety zaraz po porze deszczowej nie jest to zbyt proste zadanie, bo tereny są bardzo podmokłe i trudno go spotkać. Zażartowałem nawet, że jeśli nie zobaczę anakondy, w pełni usatysfakcjonuje mnie spotkanie z mrówkojadem. Nie trzeba było długo czekać, kilka minut później stał przed nami mrówkojad olbrzymi jedzący śniadanie. Najwidoczniej nie chciał opuścić rozgrzebanego mrowiska, bo dał się obfotografować ze wszystkich stron, a gdy tylko odeszliśmy na kilka metrów, beztrosko kontynuował posiłek ;) Kolejne kilka godzin spędziliśmy snując się po bagnach; poza dobrze znanymi ptakami nie znaleźliśmy już nic więcej ;)

Po powrocie do obozowiska zjedliśmy ostatni z pysznych posiłków i po krótkiej sjeście wsiedliśmy ponownie na łódkę, aby udać się w stronę czekającego samochodu. A tam małe zaskoczenie, zamiast jednego koła – dojazdówka. Po drodze musieliśmy jeszcze wymienić to koło na właściwe, bo, o czym nie wspomniałem wcześniej, droga do Rurre była fatalnej jakości i na dojazdówce raczej byśmy nie dotarli ;) Trafiliśmy do lokalnej wulkanizacji, gdzie panowie mieli naprawić dętkę (tak, było to samochodowe koło z dętką), przerosło to jednak ich umiejętności – żując olbrzymie ilości liści koki przechadzali się powoli, zastanawiając się, co począć, podtapiali dętkę w pobliskim bajorze, a w końcu się poddali. Kierowca musiał skołować nową dętkę, co na takim pustkowiu wydawało się niemożliwe, dlatego byliśmy mocno zdziwieni, gdy po 20 minutach przybiegł z nowiutką sztuką ;) i po godzinnym postoju ruszyliśmy spod wulkanizacji. Robiło się coraz później i powoli traciliśmy nadzieję na oglądanie zwierząt w drodze powrotnej, a tu nagle… rodzinka kapibar. Potem następna, potem stado, i jeszcze jedna przy drodze – i tak praktycznie przez cały czas, były po prostu wszędzie ;) Do tego obok drogi zauważyliśmy jeszcze dwa strusie ;) A o kajmanach już nawet nie wspomnę. Powrót okazał się dość owocny ;)

Pampy są niesamowitym miejscem i obowiązkowym kierunkiem dla miłośników zwierząt. Jest chyba niewiele rejonów na świecie, gdzie z taką łatwością można oglądać dzikie zwierzęta i to w takich ilościach. Najlepiej jechać tam w porze suchej, czyli od czerwca do października, a może nawet od sierpnia. Im mniej wody, tym większe szanse na spotkanie zwierząt, bo po prostu mają mniej miejsc do ukrycia. Wtedy też są duże szanse na spotkanie anakondy. Jeśli ktoś jest miłośnikiem ptaków to powinien od razu się pakować i lecieć w te rejony ;)

Kolejnego dnia z nowym przewodnikiem ruszyliśmy w kierunku dżungli; po trzygodzinnym rejsie byliśmy na miejscu. Po drodze wysłuchaliśmy kilku ciekawych historii o okolicznych wioskach i zwyczajach. Dokładnie tak jak się spodziewaliśmy zbyt wielu zwierząt w dżungli nie spotkaliśmy, chociaż zaraz na początku zauważyliśmy węża wylegującego się kilka centymetrów od Marty nogi, na szczęście nie jadowitego. Przy tej okazji przewodnik opowiedział historię o najbardziej niebezpiecznym wężu o wdzięcznej nazwie bushmaster, którego spotkanie graniczy jednak z cudem, gdyż zwykle wyleguje się głęboko w lesie pod korzeniami drzew. Jakież było nasze zdziwienie, gdy 30 minut później śmignął kilka metrów przed nami po ścieżce ;) Widzieliśmy też całe mnóstwo różnych rodzajów mrówek, w tym bardzo interesujący gatunek przenoszący fragmenty liści (znane nam wcześniej tylko z programów dokumentalnych). Otóż zanoszą one sobie te liście do mrowiska, gdzie następnie poddają je procesowi fermentacji, dzięki czemu są w stanie hodować grzyby ;) Dość ciekawe zachowanie jak na mrówki. Były też małpy, gigantyczne papugi ary, symbol Madidi, i punkt widokowy. Przede wszystkim dowiedzieliśmy się jednak sporo o drzewach i roślinności. Nasz przewodnik miał naprawdę sporą wiedzę i chętnie się nią dzielił. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze farmera, u którego wycisnęliśmy trochę soku z trzciny cukrowej, który z dodatkiem świeżego soku z limonki smakował wyśmienicie. Dodatkowo zobaczyliśmy jak żyje miejscowa ludność. Dżungla była ciekawa, ale jednak pampa dostarczyła nam większych emocji ;)

Kolejny dzień był jednym z najcieplejszych w trakcie całego wyjazdu. Nawet w nocy ciężko było wytrzymać bez prysznica co kilka godzin, lało się dosłownie ze wszystkich. Następnego ranka jechaliśmy już na lotnisko, aby złapać samolot do La Paz. Lotnisko również przebiło wszystkie jakie do tej pory widzieliśmy. Mała budka zamiast terminalu, „ręczna” odprawa, manualne przeszukiwanie bagaży – właściwie zerowa kontrola, potem jeszcze podjazd busikiem po błotnistej drodze do pasa startowego, gdzie kilka metrów od nas lądował samolot. W międzyczasie w okolice pasa podjeżdżały motory-taxi, które zabierały pasażerów prosto z samolotu ;) Kilka minut później siedzieliśmy już na pokładzie, aby po 25 minutach lotu nad przepięknymi górami wylądować w La Paz, gdzie znów było zimno i wysoko ;)

 

1 Comment

  1. Wymarzone Wczasy Maj 25, 2014

    Musze przyznać, że jest to bardzo fajny wpis :) Tak w ogóle jestem pierwszy raz na Twoim blogu, tak czy inaczej dodałem już go sobie do zakładek „Ulubione” i będę często zaglądać na Twój blog :) Pozdrowienia :)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress