We did it – czyli wulkan zdobyty!

We did it – czyli wulkan zdobyty!

Przedmowa

Poniższy tekst nie jest samochwalstwem autora. Nie jest też opowieścią o jego heroicznych czynach czy też podbojach :-P Nie jest również fikcją. Jest po prostu opisem niby zwykłej wycieczki na niezwykły wulkan i wyrazem zaskoczenia autora samym sobą ;-) I może trochę o tym, jak można wyleczyć kolana, nawet o tym nie wiedząc ;-) A na pewno jest o kiju, włoskiej wesołej marudzie, „cebuli” oraz chodzeniu „rakiem”… I wreszcie o tym, że ogólnie znane powiedzenie: same same, but different, ogólnie bywa prawdziwe – chyba że „but different” oznacza „completely different” i przekonujesz się o tym grubo po czasie ;-)

———————

Ja i góry??? W sumie tak, ale tylko zimą i tylko snowboard. Z chodzeniem po górach pożegnałem się na dobre 10 lat temu po wycieczce do Szklarskiej Poręby, kiedy to moje kolana postanowiły ogłosić strajk i kazały zwieźć się wyciągiem do pensjonatu. Na moje i ich szczęście był tam wyciąg… Później podobna sytuacja powtórzyła się po całodniowym zwiedzaniu Budapesztu i wycieczce w Góry Świętokrzyskie. Koniec zawsze był taki sam: mega ból i tydzień albo dwa kłopotów z chodzeniem. Diagnoza – lekki ubytek chrząstki, który niby nie powinien powodować takich trudności, ale w moim przypadku nie było niestety tak różowo… Proszki i maści podobno miały załatwić sprawę ale mogło to potrwać dłuuuuugo… Jak się okazało „długo” w tym wypadku oznaczało jakieś 11.500 km i 2000 dni ;-) A dokładnie aż do pobytu na wyspie Lombok w Indonezji…

Żegnając się na Bali z Martą i Piotrkiem wiedzieliśmy jedynie, że płyniemy promem na Lombok i tam szukamy taniej opcji dostania się na Flores. Prom na LombokPo godzinie spędzonej w taxi, 4 h na promie (trochę pobujało, podzwonił alarm przeciwpożarowy) i kolejnej w minibusie, dotarliśmy do Mataram, znaleźliśmy nocleg i zaczęliśmy buszować po necie. Niby były jakieś opcje dotarcia na Flores, ale albo 4-dniowa wycieczka łodzią (nietania), albo busem i promami ponad dobę… A co z powrotem? Trochę nas te odległości zniechęcały… Alternatywą był trekking na wulkan Rinjani. Dodam, że dla mnie bardzo kuszącą, szczególnie po Bromo i Ijen. Wtedy już wiedziałem, że stałem się fanem takich atrakcji. Co prawda na razie tylko „duchowym” fanem bo te cholerne kolana… Jednakże po Ijen, gdzie trzeba było ze dwie godziny zasuwać dość stromo pod górę, później do krateru i z powrotem, i nawet ich nie poczułem, pomyślałem, że może wreszcie jest z nimi lepiej… Tylko, że wyprawa na Rinjani to 3-dniowy trekking i czy tym razem kolana nie powiedzą BASTA? O ile na początku albo na końcu to luz, ale jeśli na górze… Nie byłoby szansy zejścia z bolącą noga… Ale jak to się mówi: jest ryzyko jest zabawa, więc stwierdziliśmy, że zdobywamy górę. Od razu poprawiły nam się humory, bo jak jest plan co robić, to i samopoczucie jest dobre, i człowieka ogarnia jakaś taka ekscytacja ;-)

Ale najpierw – relaks ;-) Dwa dni spędziliśmy w Senggigi na plaży, przy okazji szukając wycieczki. SengigiTa znalazła się sama, w postaci gościa na skuterze, który nas podwiózł kawałek, chciał zrobić pranie i znaleźć hotel… Właśnie dlatego, że był to gość od wszystkiego, czyli przysłowiowy naganiacz, dość sceptycznie podchodziliśmy do oferty polecanego przez niego biura. Znowu w ruch poszedł net i tym razem naczytaliśmy się o klonach najbardziej polecanej firmy Rinjani Trekking Centre (RTC). Jest ich mnóstwo i nie wszystkie są ok… „Znajomy naszego znajomego od wszystkiego” prowadził właśnie taką firmę. Niby był w swoim biurze, niby pokazał nam licencję, fotki z wypraw, niby zgodził się na częściową zapłatę na początku, ale i tak wątpliwości zostały. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się wspinać z nimi. I chyba nie ma co wspominać, że mieliśmy wystartować o 5 rano, a do 5.30 czekaliśmy na krawężniku na spóźnionego busa zastanawiając się, czy właśnie nie wtopiliśmy trzech baniek ;-)

Pierwszy postój mieliśmy w biurze firmy, gdzie zostawiliśmy duże plecaki i zjedliśmy śniadanie; kolejny to rejestracja u stróżów parku narodowego, a około godziny 10 zarzuciliśmy na plecy małe plecaki (wypchane po kokardę – jak to mówi Britka – i ciężkie jak diabli) i ruszyliśmy. Dużą grupą ;-) My, 7 innych zdobywców, dwóch przewodników i z 7 tragarzy. Wspinacze – całkiem fajna, wesoła, międzynarodowa grupa: Włoch, Niemiec, Kanadyjczyk, para z Holandii i para ze Szwajcarii. I tylko ci z Holandii byli na normalnym urlopie… Jak widać cały świat jest wyjechany na dużo dłuższe wakacje, a w Polsce to nadal coś mało spotykanego. Rinjani z dalekaNa początku – sielanka. Dość płasko, spokojne podejście i gdzieś tam w oddali wulkan. Raptem 3762 metry, a startowaliśmy z 900 ;-) Naszym celem była krawędź kaldery – jedyne 2670 metrów, czyli 1700 pionowo w górę. I mamy to zrobić w 7h… Prawie jak w Mission Impossible ;-) Ale co tam, idziemy dalej. Sielanka dość szybko się skończyła – bardziej stromo i mega gorąco, jak to na sawannie, do tego zero cienia. Ale jakie widoki ;-) I fajna rzecz – wystarczy stanąć na chwilę, np. po to aby zrobić fotkę i można przeć dalej. O dziwo ja daję radę, kolana dają radę, moc w mięśniach jest cały czas… Za to rady nie dał jeden z naszych przewodników, który w pewnym momencie zlał się potem, usiadł na trawie i trzymał jej się kurczowo aby się nie przewrócić… Musiał zawrócić – przy okazji dowiedzieliśmy się, że kilka dni wcześniej miał wypadek na motorze. Ale po co mu lekarz… Chyba myślał, że na poprawę zdrowia lepiej mu zrobi lekki trekking. Jak widać nie zrobił…

A co do mnie to czyżbym zaczynał lubić taką poniekąd masochistyczną rozrywkę? Bo to ma coś w sobie z masochizmu – sapiesz jak miech, walczysz o każdy oddech, ale pomimo bolących już trochę mięśni robisz dalej krok za krokiem i jak pokonasz kolejne ileś tam metrów to czujesz radochę i satysfakcję. Przynajmniej ja tak miałem i muszę przyznać, że lekko mnie to zaskoczyło. Polly chyba również ;-) Ale Cristiano, który szedł razem z nami, miał zdecydowanie inne przemyślenia. Od pewnego momentu marudził cały czas każdemu, kto mu się nawinął pod rękę. Faktem jest, że sprzedali nam tą wycieczkę jako dość prosty i niezbyt wymagający trekking, a rzeczywistość włoskiego kolegę najwyraźniej trochę przerosła. Gderał i gderał, coraz bardziej się nakręcając: to nie jest trekking, to jest męczarnia i wspinaczka, to nie przyjemność a ryzyko, itd. Ja i Polly dzielnie parliśmy w górę zaliczając kolejne wysokości, a dobre humory nas nie opuszczały. 2222Od 2222 m zrobiło się naprawdę ostro i czasami musiałem holować Paulinkę. Po jakiś 6 godzinach, z językiem przy pasie ale mega zadowolony, dotarłem na szczyt krateru, gdzie czekając na Polly zdążyłem odsapnąć, popić, zjeść coś słodkiego i porobić trochę fotek ;-) Na koniec musieliśmy przejść jeszcze z kilometr po grani i ze 100 metrów w górę do naszego obozu. Widok zwalał z nóg, zachód słońca był boski. Ale temperatura bardzo szybko zrobiła się nieboska… Z mega gorąca – mega zimno. Wystarczyło, że góra schowała nam słońce i zaczęliśmy zamarzać. Na szczęście mieliśmy trochę ubrań (bo zgodnie z opisem wycieczki miało tam być przecież 15-20 stopni w nocy i stwierdziliśmy, że bluza wystarczy jako coś, co ma nas ogrzać, do tego koszulka i skarpety na zmianę, a na wszelki kurtka przeciwdeszczowa), więc wszyscy pozakładali na siebie co tylko mieli i „na cebulę” zjedliśmy przygotowany przez tragarzy posiłek. Rim pierwszyChcieliśmy jeszcze pogadać, powymieniać się wrażeniami ze wspinaczki, ale zimno wygrało i wszystkich przepędziło do namiotów. 7 stopni w nocy, cienkie śpiwory i karimaty, jednak za mało grubych ciuchów… Tak w skrócie wyglądała noc ;-) Ale z drugiej strony spanie na wąskiej grani, gdzie po jednej i drugiej stronie jest przepaść, kilometr nad głową góruje szczyt, a 600 metrów pod nami błyszczy jezioro w kraterze… Warto było pomarznąć ;-) Teraz już wiemy, że zapewnienia sprzedawców odnośnie temperatur też warto sprawdzić. Ale wspinaczkę na sam szczyt odpuściliśmy… ;-( Obawialiśmy się dołożyć do drugiego dnia (kiedy mieliśmy pokonać 600 metrów w dół, 600 w górę i znowu 600 w dół) kolejne 1000 na szczyt i później tyle samo do obozu… Mogłoby to być za dużo…

Drugi dzień zaczęliśmy od śniadania o wschodzie słońca. Pożegnaliśmy się z Holendrami, którzy zdecydowali się zawrócić, i razem z Włochem ruszyliśmy w dół do jeziora. Właściwie od razu przekonaliśmy się, że poprzedniego dnia wcale nie łaziliśmy po stromym terenie… Tutaj dopiero było fajnie – 60, momentami 70 stopni nachylenia ;-) A jak do tego dorzucić fakt, że złaziliśmy po skałach, to po części zgodziłem się z Cristiano. To już nie był trekking tylko rock climbing. A my szaraki, bez doświadczenia w takim terenie, musieliśmy jakoś dać sobie radę. Daliśmy jak nic :-D I dochodzimy teraz do słynnego powodzenia: same, same but different. Trekking na Rinjani miał być „same” jak wejście na Ijen. No i był, ale chyba tylko dla sprzedawcy wycieczki, który na Ijen nigdy nie był ;-) Skala trudności Ijen i Rinjani to jak zjedzenie naszej polskiej czerwonej papryki i ostrej piri-piri „bez zakąski”. Ni mniej ni więcej – tego nie można nawet porównać. Zatem mamy już nauczkę na przyszłość – wszystko dobrze najpierw sprawdzić coby „but different” nie okazało się przypadkiem przysłowiowym strzałem w kolano :-D

Końcówka była już spokojniejsza, a po niej nastał relaks, czyli kąpiel w jeziorze i gorących źródłach. Polly znalazła sobie nawet jedno zupełnie prywatne. Po obiedzie – część druga wspinaczki. W drodze na Rim 2Jeszcze ciężej i bardziej wymagająco, ale mimo to fajnie, szczególnie kiedy trzeba wdrapywać się po skałach, a z jednej strony jest tylko przepaść. Przeżycie niezapomniane. Nie zapomnimy też na pewno Niemca z naszej grupy, który sam dźwigał ciężki plecak, a do tego przez sporą część drogi niósł plecak pewnej ładnej Azjatce z Singapuru. Żeby nie było – dała mu swój numer telefonu i zaprosiła do siebie :-D

Pominę tutaj już ilości wypitej i wypoconej wody, bolące mięśnie, wszechobecny pył wulkaniczny… To znaczy co do wody to można tylko nadmienić, iż świeżą wodę mieliśmy zapewnioną cały czas. Z tym, że tylko pierwszą butelkę każdy dostał ze sklepu. Później piliśmy już tylko wodę, którą nasi tragarze nabrali z okolicznych źródeł. Bez przegotowania ;-) Musiała być czysta, bo problemów żołądkowych nie mieliśmy.

Ale o tym, że warto było wspiąć się na drugą krawędź wulkanu już napisać trzeba. Widok zmiażdżył. Dosłownie. Ja czegoś takiego nie widziałem jeszcze nigdy. Pod nami jezioro w kalderze, z niego wyrasta nowy wulkan, widać pozostałości lawy, która wylała się z niego w 1994 i 2009 roku, a za tym wszystkim szczyt… Wtedy pomyślałem, jakie to musiało być pier… które zamieniło miliony lat temu wielką górę w to co widać na zdjęciu… Rim 2I właśnie do pełni szczęścia zabrakło mi tak niewiele – tylko jednego, malutkiego, niegroźnego BUM z nowego wulkanu :-D Po sesji fotograficznej musieliśmy jeszcze zrobić tego dnia tylko jedną rzecz – zejść z 2640 metrów na 2000 do obozu na nocleg. Ot taka drobnostka. Tutaj pomocne okazało się chodzenie rakiem, czyli schodzenie tyłem. Faktycznie to działało, bo duża część trasy prowadziła po bardzo miałkim pyle i żwirze, i tylno-przedni krok zapewniał zdumiewająco dobrą przyczepność. Z powodzeniem testował to Włoch z Kanadyjczykiem. I muszę napisać o koledze z Kanady kilka słów. Przez całą drogę wyglądał jakby urwał się z choinki ;-) Tenisówki, surferskie, krótkie spodenki, koszulka na ramiączka, słomkowy kapelusz i malutki plecak na sznurkach – jakby szedł na plażę, a nie w góry ;-) I w ogóle się nie męczył…

Drugiej nocy na szczęście obozowaliśmy niżej niż poprzednio i dostaliśmy dodatkowy śpiwór; było cieplej i noc minęła nawet bezstresowo. Oczywiście znowu „na cebulę” :-P

Trzeci dzień to zupełnie inna bajka. Tym razem szliśmy przez dżunglę, było mnóstwo cienia, a i temperatura nie przeszkadzała. Taki niby lajcik z rewelacyjną rzeźbą terenu ;-) Dzień trzeciDrugie strony wielkich wulkanów również są niesamowite. Ich podstawy to jakby łańcuchy górskie rozchodzące się promieniście – czasami wyższe niż niejedna góra w Polsce :-D Do tego super roślinność – w domu w doniczkach, a tutaj identyczne „kwiaty”, ale większe ode mnie. Mimo tego, że oczy miały z czego się cieszyć, to po poprzednich dwóch dniach zejście 1500 metrów dało się we znaki naszym nogom i mocno czuliśmy już mięśnie. Po 3h od wyruszenia dotarliśmy wreszcie do końca szlaku, gdzie czekał już na nas samochód – pojechaliśmy po nasze plecaki, a później do portu, skąd w towarzystwie Cristiano oraz Sitske i Alexa z Holandii popłynęliśmy na Gili Trawangan na w pełni zasłużony odpoczynek. A moje kolana chyba wyzdrowiały, bo nie bolały ani razu i nie bolą do tej pory. Albo przestraszyły się opcji, że zostaną na górze na dłużej i po prostu „siedziały cicho” :-D

PS. Pierwszego dnia spotkałem przyjaciela. Leżał w trawie taki biedny i samotny, więc zabrałem go ze sobą. Wspólnie dawaliśmy radę na tych stromiznach i wzajemnie się podpieraliśmy. Przyjaciel pomógł nawet naszym tragarzom postawić ich namiot i dzielnie trzymał linkę przez całą noc… A nazywał się KIJ :-P

Prolog

Na najbardziej imprezowej z trzech wysepek Gili spędziliśmy kilka fantastycznych dni w rasta-hoteliku z basenem (!), zajmując się głównie nicnierobieniem na cudownej plaży, podziwianiem odległego szczytu zdobytego już Rinjani i zabawą z poznanymi wcześniej i później podróżnikami z całego świata. Na Bali wróciliśmy na pokładzie szybkiej łodzi wyposażonej w 8 silników, przypominającej raczej odrzutowy samolot – fajne przeżycie.

 

4 comments

  1. Pojechana Luty 9, 2014

    Zajebista wycieczka a Ty Elmer fajnie piszesz :-) A co do kolan (mam ten sam problem- chondromalacja czy jakoś tak) to maści i proszki same nie pomogą :-P Trzeba ćwiczyć! Najważniejsze jest (uwaga!) rozciąganie ścięgien, które jeśli są elastyczne, odciążają stawy.

    Odpowiedz
    • elmer
      elmer Luty 9, 2014

      Tak, dokładnie to mam… Musze znaleźć jakiś zestaw ćwiczeń w takim razie :-)

      Odpowiedz
  2. CiotkaA Listopad 6, 2013

    Super wyprawa, aczkolwiek wyczerpująca, ale było warto !!!
    Gratuluję wytrwania i determinacji, zwłaszcza kolanom !!!!!! :-)
    Zdjęcia piękne, niesamowite widoki i choć trochę przybliżają to co widzieliście na żywo :-)
    Czy coś przydarzyło się się Polly (wulkan_25) czy po prostu zmęczenie?

    Odpowiedz
  3. Sheepy Listopad 5, 2013

    O kurka, respect! A ja dumna byłam ze „zdobycia” Równicy :-) :-) Anyway GRA TU LA CJE !!!!! Kolanom też gratulujemy i dziękujęmy. Super fotki, warto było widzę!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress