Vamos, chicos!

Vamos, chicos!

Przejście graniczne Chile-Boliwia to z pewnością najbardziej niesamowite miejsce, w jakim przechodziłam odprawę. Położone jest na wysokości ponad 4000 m. n.p.m., u stóp wulkanu Licancabur, wysokiego na prawie 6000 m., tuż obok Laguny Blanca, na pustyni oczywiście. Na dobry początek w jakiejś mikro-chatce chroniącej przed zimnym wiatrem zjedliśmy śniadanie, popiliśmy je gorącą czekoladą, poznaliśmy kierowcę naszego jeepa o pięknym, typowo boliwijskim imieniu Władimir, z którym mieliśmy spędzić kolejne 3 dni, a następnie udaliśmy się do pograniczników. Z chwilą wbicia kolejnych stempelków w nasze szybko zapełniające się paszporty rozpoczął się…

Przygody dzień 1

Pierwszym punktem wycieczki była Laguna Verde, moim zdaniem bardziej niebieska niż zielona, ale kto by się czepiał szczegółów ;) Ważne, że była piękna, bajkowo położona, w ogóle jakaś taka nierealna pośród pustynnych piasków i skał. Jeszcze na przejściu granicznym jakaś starsza para, boliwia_1_003która jechała w stronę San Pedro, powiedziała nam, że wycieczka super, a lagun będziemy mieli po uszy – i faktycznie, była to pierwsza z serii niespodziewanych solanek na bezkresie piasku.

Po kilku minutach jazdy – kolejna przerwa, tym razem chętni mogli wykąpać się w basenie termalnym, a ci, którzy nie mieli na to ochoty (albo ich kostium kąpielowy leżał na dnie plecaka na dachu jeepa ;) mogli rozkoszować się kolejnym ekstra widoczkiem na różnokolorowe rozlewisko i… brodzącego w wodzie flaminga andyjskiego. Jeden jedyny okaz tego ptaka nie był może spełnieniem moich marzeń, ale Władimir uspokoił – jeszcze przed końcem dnia będziemy mieli dość flamingów ;) Na wszelki wypadek obfotografowaliśmy jednak ptaszydło z każdej strony ;)

Kolejny przystanek mieliśmy przy gejzerach Sol de Mañana, które okazały się zupełnie inne niż te po chilijskiej stronie. Położone na wysokości prawie 5000 m. gejzery to bardziej błotniste jeziorka niż tryskające gorącą wodą fontanny, choć podobno niektóre z nich potrafią strzelić dość wysoko. Cały teren spowija gęsta para, śmierdząca oczywiście siarczyście zdechłym jajem. Chyba właśnie przy gejzerach, kiedy pobiliśmy rekord wysokości w czasie tej podróży, zaczęły się pierwsze dolegliwości wysokościowe. Marcie i Maćkowi zaczął dokuczać lekki ból głowy, ja też czułam dziwny nacisk na skronie, ale żadne z nas nie przejęło się tym zbytnio – za oknami przesuwały się już surrealistyczne niesamowitości pustyni Salvadora Dali, nie było czasu na przejmowanie się pierdołami ;)

Tym co najbardziej zapadło nam w pamięć z tego dnia była jednak Laguna Colorada, czerwono-różowe duże rozlewisko, którego kolor podbijają jeszcze tysiące różowych flamingów. W czasie spaceru nad brzegiem laguny odkryłam swoją nową miłość – w płytkiej wodzie i na brzegu brodziły też grupki lam, zwierząt, które są żywym ucieleśnieniem żartu matki natury. Każda lama jest inna, ale wszystkie wyglądają jakby składały się z kilku różnych zwierząt – trochę wielbłąda, odrobina owcy, przednie nogi innej długości niż tylne. Powagi nie dodają też im kolorowe ozdoby wplatane w sterczące uszy i puchate szyje ;) Efekt godziny spędzonej wśród tych cudaków? Jakieś pół tysiąca fotek czterokopytnych w różnych ujęciach: pyszczek zdziwiony, pyszczek przeżuwający, ogonek w lewo, itd. Naprawdę, fotografowanie lam potrafi uzależnić!

Przygody dzień 2

Nocka na wysokości niektórym bobrom dała się mocno we znaki, i to wcale nie ze względu na to, że na zewnątrz było -10, a w nieogrzewanym pokoju niewiele więcej… W czasie kiedy ja spałam jak dziecko już od wczesnych godzin wieczornych, Marta cierpiała na mega ból głowy, Maćka z kolei poza głową bolał jeszcze brzuch. Panor padł ofiarą choroby wysokościowej dopiero następnego ranka (chociaż cały czas twierdzi, że to mógł być kac; mało to jednak prawdopodobne biorąc pod uwagę śladową ilość wypitego alko ;) Dzień spędzony w samochodzie dla niektórych był więc kolejną skondensowaną dawką fantastycznych widoków, dla innych walką o złagodzenie wstrząsów na pustynnych koleinach i niedopuszczaniem do siebie dźwięków boliwijskiej muzyki biesiadnej, nagrywanej chyba ukradkiem spod stołu na jakimś wiejskim weselu dekadę wcześniej…

Tego dnia znów odwiedziliśmy kilka różnokolorowych lagun w których brodziły flamingi, a dookoła pasły się stadka lam i wikunii, odpoczywaliśmy pod Árbol de Piedra (skałą zerodowaną na podobieństwo kamiennego drzewa), w skalnym wąwozie karmiliśmy ciastkami wielkie pustynne zające, aż dojechaliśmy do niewielkiego, ale z pewnością najbardziej zakurzonego miasteczka, w jakim kiedykolwiek było dane mi się znaleźć, aby spędzić nockę w hotelu z soli. Bloki szarej soli zamiast ścian, stołów i krzeseł i solne kryształki robiące za dywany zwiastowały bliskość największej atrakcji tej części Boliwii – Salar de Uyuni.

Przygody dzień 3, ostatni

Położona niedaleko miasteczka Uyuni pustynia solna (chociaż pewnie właściwiej byłoby napisać, że miasteczko położone jest koło niej) jest największą taką pustynią na ziemi,boliwia_1_054 która powstała w wyniku odparowania wody z gigantycznego, słonego oczywiście jeziora. 12000 km2 soli od wielu lat przyciąga turystów z całego świata, którzy korzystając z zaburzenia perspektywy i scenerii jak nie z tego świata spędzają długie godziny na fotografowaniu się w różnych dziwnych pozach i z nietypowymi rekwizytami (przykłady takich fotek znajdziecie oczywiście również w naszej galerii). Gdzieś na środku tej wielkiej solniczki znajduje się Isla del Pescado (Rybia Wyspa). Żadnych ryb oczywiście tam nie ma, rosną za to gigantyczne kaktusy, które na tle wielkich tafli soli wyglądają co najmniej niecodziennie. Widoki rozciągające się ze szczytu tej wysepki są totalnie nierealne – jak okiem sięgnąć wielkie, białe, błyszczące nic ;)

Wycieczkę kończyliśmy na cmentarzysku pociągów, na rogatkach Uyuni. Po kilku dniach spędzonych na łonie natury już wjazd w okolice miasta mocno nas zszokował – liczba śmieci na metr kwadratowy przypominała niektóre, najbardziej zaniedbane zakątki Azji… Każdy krzaczek, który jakimś cudem wyrósł w tym nieprzyjaznym otoczeniu, był przystrojony przywianym z miasta syfem, a dźwięk wiatru szeleszczącego w strzępkach plastikowych torebek przyprawiał o ciarki. W takim otoczeniu widok porzuconych, rdzewiejących pociągów był najlepszym dowodem, jak bardzo człowiek może zniszczyć miejsce, w którym przebywa… Samo miasto poza zimnem, kurzem, wycieczkami na Salar i tanimi liśćmi koki nie ma nic do zaoferowania, następnego dnia opuszczaliśmy je więc bez żalu.

Podsumowanie

Kupując wycieczkę zupełnie nie wiedzieliśmy, jakie cuda czekają nas przez kolejne dni, była to po prostu najlepsza opcja na przedostanie się z Chile do Boliwii, dlatego to co zobaczyliśmy wbiło nas w fotele jeepa naprawdę mocno. Przez te trzy dni spędzone na płaskowyżu Altiplano (najwyższej po Tybecie położonej wyżynie) odwiedziliśmy tak różne i niesamowite miejsca, że z tego miejsca mogę jedynie zaapelować do czytelników – jeśli kiedykolwiek będziecie w okolicy, nie żałujcie pieniędzy ani czasu, niezapomniane przeżycia i widoki więcej niż gwarantowane. Warto też wybrać się z lepszym biurem podróży; płacąc nieco więcej ma się też większe szanse, że kierowca nie będzie pijany (co zdarza się wcale nie rzadko), żarełko smaczniejsze, a pokoje nie lodowate, a po prostu zimne ;)

 

2 comments

  1. CiotkaA Maj 20, 2014

    Dzięki za kolejną porcję opowieści. :-)
    Zdjęcia piękne i bardzo pomysłowe !!!!!!
    Buziaki :-)

    Odpowiedz
  2. HiszpaAnka Maj 19, 2014

    Robicie przepiękne zdjęcia! Już się cieszę na myśl, że kiedyś zobaczę te boliwijskie cuda na własne oczy:-) Pozdrowienia!!!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress