U hobbitów… a jednak nie do końca

U hobbitów… a jednak nie do końca

Nowa Zelandia bez własnych czterech kółek? Nawet o tym nie myśl! Mając trochę doświadczeń po Australii, gdzie bez samochodu naprawdę ciężko wyobrazić sobie podróżowanie, na NZ mieliśmy podobny zamysł: wypożyczyć campervana i ruszyć w drogę po obu wyspach. Czasu nie mieliśmy za wiele, bo raptem 3 tygodnie, a nasze finanse mocno już nadszarpnęła kraina kangurów.

Niestety szybko musieliśmy zrewidować nasze plany. Na około trzy tygodnie przed przylotem zaczęliśmy szukać samochodu w Auckland i ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że w tym okresie w Wicked Campers nie ma dostępnego żadnego campera mogącego pomieścić cztery osoby. Sprawdziliśmy inne firmy wypożyczające campervany, ale ceny były o wieeeele wyższe. Nie mogąc sobie pozwolić na tak duży wydatek, postanowiliśmy wynająć samochód w Christchurch, zwrócić w Queenstown, a następnie wrócić samolotem do Auckland i spędzić jeszcze trzy dni na północnej wyspie. Pozostało nam do zagospodarowania około siedmiu dni na północy. Nie mając zbyt wielu opcji zdecydowaliśmy się na zakup biletów na autobusy Naked Bus, które są jednymi z najtańszych na wyspach. Z tego powodu musieliśmy dość dokładnie zaplanować co i gdzie będziemy robili. Nasza trasa obejmowała przejazd Auckland -> Rotoura -> Taupo -> Napier -> Wellington -> Christchurch. Większość nocy (tam gdzie to było możliwe) spędziliśmy w hostelach X-Base, praktycznie zawsze w dormitoriach większość noclegów bookowaliśmy na stronie Naked Bus, co gwarantowało o wiele lepsze ceny niż przy rezerwacji bezpośrednio w hostelach. Przez NB kupiliśmy nawet bilet na prom między wyspami – prawie o połowę taniej niż na stronie armatora!

Praktycznie od pierwszych chwil zorientowaliśmy się, że czas spędzony na północnej wyspie będzie dość słabo wykorzystany. Zaraz po przylocie zostaliśmy zasypani ulotkami wszelakiej maści. nz_1_009Od ofert przewoźników, po hostele czy okoliczne atrakcje. Od razu rzuca się w oczy straszna komercjalizacja wszystkich usług. W każdym, nawet najmniejszym miasteczku znajduje się informacja turystyczna, gdzie turysta jest dosłownie zasypywany ulotkami. Nie inaczej ma się sytuacja w hostelach czy autobusach z lotniska ;) Ulotki są po prostu wszędzie. Jak zresztą widać, znajdują olbrzymie rzesze odbiorców. Przeciętny turysta zwiedzający Nową Zelandię to zazwyczaj przedstawiciel grupy wiekowej 16-20, w zdecydowanej większości Anglik albo Niemiec, podróżujący autokarem Kiwi Experience. Dzieciaki kupują bilety na określonej trasie i po prostu wsiadają i wysiadają z autobusów kiedy mają ochotę. Tam czeka na nich miejsce w hostelu oraz zestaw atrakcji – wiele razy widzieliśmy, gdy ktoś zaraz po przyjeździe siadał w recepcji hostelu (w specjalnym punkcie do planowania wyjazdu) i w ciągu kilkudziesięciu minut planował 2-4 tygodnie pobytu, lekką ręką wydając np. 4 tysiące dolarów; czasami dzwoniąc do rodziców po akceptację ;) Przejazd, zakwaterowanie, tu bungee i spływ kajakiem, tam skok ze spadochronem, potem szybki trekking i tak w kółko.

Przeglądając dostępne oferty bardzo szybko zorientowaliśmy się, że nie za bardzo będziemy w stanie skorzystać z lokalnych atrakcji. Cena za praktycznie każdą z nich zaczynała się od 100 dolarów (często było to znacznie więcej). Będąc uwięzionymi w miasteczkach i nie posiadając samochodu, nie mieliśmy właściwie żadnych opcji. Spacery i krótkie przechadzki wokół jezior były może i przyjemne… ale nie po to znaleźliśmy się na drugim końcu globu, aby zwiedzać często prawie puste, małe i nudne miasta ;) Będąc w Rotorua zdecydowaliśmy się na odwiedzenie rejonu wulkanicznego – Wai-O-Tapu, jednej z kilku atrakcji okolicy. Wycieczka była interesująca, widoki bardzo ładne, kolory robiące duże wrażenie… ale z drugiej strony za 4 czy 5 h zapłaciliśmy koszmarne pieniądze.

Jest jedna rzecz z północnej wyspy, którą z całą pewnością zapamiętam do końca życia. Razem z Martą zdecydowaliśmy się na skok ze spadochronem. W NZ jest kilka miejsc, które bardzo mocno promują ten typ rozrywki. Są to: Auckland, Taupo i Queenstown. My wybraliśmy Taupo. Po pierwsze ze względu na piękne okoliczności przyrody, poza tym na brak jakiegokolwiek innego planu na akurat ten dzień pobytu, a może przede wszystkim na cenę. Było po prostu o wiele taniej niż w Queenstown (nad Auckland jakoś nie chcieliśmy). Biorąc pod uwagę mój koszmarny lęk wysokości, nie sądziłem że mi się uda; chociaż zawsze chciałem to zrobić. A jednak… poszliśmy od razu ostro i skoczyliśmy z 15 000 stóp, czyli około 4500 metrów. Poziom abstrakcji jaki wiąże się z takim skokiem ma niewiele wspólnego z lękiem wysokości i z perspektywy czasu śmiało mogę powiedzieć, że się nie wyleczyłem ;) Doświadczenie za to było niesamowite, pełne adrenaliny, odrobiny strachu i niesamowitych wrażeń. Po samym skoku w sumie niewiele się pamięta, przynajmniej w moim wypadku ;) Na szczęście mamy nagrany film, więc dość szybko mogliśmy sobie przypomnieć jak to wyglądało ;)

Pozostałe dni upłynęły raczej niezbyt interesująco. Poza Rotoruą i Taupo odwiedziliśmy jeszcze Napier, niewielkie miasto w latach 30. XX wieku totalnie zniszczone przez trzęsienie ziemi i odbudowane w stylu art deco, a także Wellington, stolicę Nowej Zelandii. Dopiero gdy przepłynęliśmy promem na południową wyspę i wsiedliśmy w autobus do Christchurch zaczęła się prawdziwa przygoda ;) Przepiękne widoki, podróż wzdłuż wybrzeża, po drodze wygrzewające się na skałach foki i lwy morskie… Było super do tego stopnia, że będzie z tego kolejny wpis ;)

Po prawie dwóch intensywnych, przepięknych i męczących tygodniach na południu wróciliśmy na lotnisko w Auckland. Maciek z Polly wypożyczyli kombi i pojechali odpocząć do parku McLaren Falls, gdzie spędzili trzy pełne relaksu dni, natomiast ja z Martą pojechaliśmy do miejscowości Tutukaka, aby zanurkować przy bardzo znanych wyspach Poor Knights. Marta szybko zrezygnowała, gdy dowiedziała się, że woda ma tylko 20 stopni. Ja mając trochę bzika na punkcie nurków spędziłem kolejne dwa dni w dużej części na lub pod wodą ;) I muszę powiedzieć, że było warto. Były to jedne z fajniejszych nurkowań jakie miałem okazję przeżyć. Pierwszego dnia odwiedziliśmy od razu najbardziej znane miejsce, czyli Middle Arch. Trafiliśmy bardzo dobrą widoczność, bo przejrzystość wody przekraczała 40 metrów. Pod wodą dosłownie roiło się od ryb i olbrzymich płaszczek. nz_1_054Miłą odmianą jest fakt, iż podwodne życie w okolicach wysp znacząco się różni od tego znanego z tropików. Są to zupełnie inne gatunki roślin i zwierząt, więc była to dla mnie całkowita nowość. Drugiego dnia razem z Holendrem, z którym nurkowałem (ze względu na nasze doświadczenie mogliśmy pływać sami) jako jedyni z całej grupy poszliśmy na głębokość około 40 metrów, wypływając dość daleko z jaskini, w której odbywało się nurkowanie. Mieliśmy okazję spotkać się oko w oko z trzema olbrzymimi rekinami o wielkości prawie 3 metrów. Nie muszę chyba mówić, jak podekscytowani wróciliśmy na łódź ;) Wszyscy dość mocno nam zazdrościli, bo spotkania z rekinami w tej okolicy nie należą do najczęstszych. Dodatkowego smaku tego dnia dodał fakt, iż w drodze na wyspy napotkaliśmy stado kilkuset delfinów, które towarzyszyły nam przez kilkanaście minut wesoło skacząc wokół łodzi. Ochów i achów wśród pasażerów nie było końca ;) Jeśli jesteście w NZ i nurkujecie, to Poor Knights z całą pewnością jest miejscem, w którym chcecie się znaleźć ;)

Będąc w krainie Hobbita, nie odwiedziliśmy nawet Hobbitonu. Przyczyna? Standardowo… kupa kasy; za kilka godzin oglądania domków z planu filmowego prawie 150 dolarów. Maciek i Polly przejechali przez sąsiadujące z tym miejscem miasteczko, mieli więc lekki i darmowy przedsmak tego, co można było zobaczyć w trakcie wycieczki. Na szczęście południe wynagrodziło nam to wszystko z dużą nawiązką. Kilkukrotnie mogliśmy poczuć się jak bohaterowie Władcy Pierścieni ;) Zresztą ostatnio przez moje coraz dłuższe włosy jakoś częściej mówią na mnie Frodo ;P (kilka tygodni temu w Santiago w Chile jeden komik, dający akurat uliczne przedstawienie, ku dużej uciesze okolicznych gapiów, tak na mnie zawołał ;)

Ostatni dzień spędziliśmy w Auckland snując się trochę bez celu. Zwiedziliśmy miasto i powoli nabieraliśmy sił na długi lot do Ameryki Południowej. Zmierzaliśmy ku całkowicie nam nieznanemu rejonowi świata. Na szczęście chrzest był dość łagodny, bo lądowaliśmy w najbardziej rozwiniętej i bezpiecznej części tego regionu, czyli w Chile.

 

1 Comment

  1. CiotkaA Maj 20, 2014

    Z braku czasu dopiero teraz przeczytałam i bardzo się cieszę, że czytając i oglądając zdjęcia mogę mieć wrażenie bycia tam i podziwiania i w pewnym sensie przeżywania, filmik niesamowity :-)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress