Sabaidee Laos!

Sabaidee Laos!

Droga z Luang Prabang do Vang Vieng cieszy się nie najlepszą renomą. Na kilkuset kilometrowej trasie proste odcinki praktycznie się nie zdarzają – jedzie się jedną wielką serpentyną, na szczęście po asfalcie (rzadko widzianym na trasie z Udomxai do Luang Prabang). Po kilku godzinach jazdy, w porze obiadowej, zaczęliśmy tęsknie wyglądać za miejscem, gdzie moglibyśmy wymienić dołączone do biletów kupony lunchowe na prawdziwy posiłek. Niestety zza zakrętu uparcie wyłaniał się tylko kolejny zakręt, za nim następny, aż w końcu pojawiło się coś innego – ciężarówka, która stoczyła się na skały (na szczęście dla kierowcy nie w drugą stronę, gdzie była tylko przepaść), blokując przejazd w obu kierunkach… sabaidee_001Wypadek musiał się przydarzyć dosłownie przed naszym przyjazdem – stanęliśmy tuż przy rozwalonym pojeździe, żegnając się w myślach nie tylko z lunchem, ale również z przyjazdem do Vang Vieng na przestrzeni najbliższych godzin. Sytuacja wydawała się beznadziejna, jednak po kilkunastu minutach przymusowego postoju trafił się pierwszy odważny driver, któremu udało się przecisnąć między tirem a przepaścią; po chwili również nasz kierowca zdecydował się na taki manewr, a potem było już tylko z górki – dobra zupa, prosta droga i piękne widoki ;)

Vang Vieng to miasteczko, które jeszcze niedawno budziło wiele kontrowersji. Położone w prześlicznym miejscu nad rzeką, otoczone polami ryżowymi i górami piętrzącymi się wprost z zupełnie płaskiego terenu jest jednym z ładniejszych miejsc, jakie widzieliśmy w czasie tej podróży, jednak przez ostatnie kilka lat słynęło nie tyle z naturalnego piękna, co z możliwości mocnej i niczym nieskrępowanej zabawy – tubingu. Polegał on na tym, że grupę imprezowiczów wywożono z miasta w górę rzeki, sadzano w napompowane traktorowe dętki i spławiano z prądem. Nie brzmi zbyt porywająco? Wtedy dopiero zaczynała się zabawa. Po drodze do miasta imprezowicze ze wszystkich stron świata mieli okazję wpłynąć do kilkudziesięciu nadrzecznych barów, w których wszelkich używek i napoi alkoholowych mieli ile dusza zapragnie. Dla wielu była to na pewno świetna impreza, którą wspominają do dzisiaj, w ostatnich latach przybywało jednak osób, dla których tubing kończył się tragicznie – odwiedzając kolejne imprezownie niektórzy topili się, jeszcze inni przesadzali z narkotykami, kilka osób zginęło skacząc do wody na główkę… W 2012 roku życie w Vang Vieng straciło prawie 30 osób, a rząd Laosu, naciskany przez ambasady krajów, które w związku z tą nieskrępowaną zabawą miały najwięcej problemów, postanowił zamknąć nadrzeczne bary, ograniczyć dostępność narkotyków i pozbyć się z ulic miasteczka hord nawalonych i roznegliżowanych dzieciaków.

W takie właśnie sporo spokojniejsze miejsce trafiliśmy my, a że poziom wody w rzece nie był najwyższy i temperatura wcale nie taka wysoka, nie zdecydowaliśmy się nawet na tubing w wersji light. sabaidee_002Nie znaczy to jednak, że próżnowaliśmy – jednego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową połączoną z penetracją jaskiń, których w okolicy jest chyba kilkadziesiąt (w jednej z nich przeżyliśmy bliskie spotkanie w wielgachnym, obrzydliwym i długonogim pająkiem, okropieństwo!); kolejnego wypożyczyliśmy motorki i pojechaliśmy przed siebie, trafiając na wodospad: w porze deszczowej na pewno piękny, w porze suchej niestety ledwo cieknący, wieczorami przesiadywaliśmy natomiast w knajpach, w których na okrągło leciały popularne seriale, np. „Przyjaciele”. W Vang Vieng spędzaliśmy też sylwestra, na którego dołączył do nas Sebastian, kumpel od paru lat mieszkający w Tajlandii. Razem ze wszystkimi przebywającymi tam wówczas białasami bawiliśmy się na imprezce pod gołym niebem, a następnego dnia, prawie bez kaca i dość wyspani, ruszyliśmy na noworoczny kilkugodzinny spacer przed siebie. Wtedy też jeszcze mocniej doceniliśmy niesamowity i bardzo zróżnicowany krajobraz tej okolicy ;)

Kolejnym przystankiem w Laosie był Wientian, stolica kraju i niewielkie, niezbyt ciekawe miasto. Spędziliśmy w nim półtora dnia, które w zupełności wystarczyło na odwiedzenie kilku interesujących świątyń, przejście pod łukiem triumfalnym, a nawet na skorzystanie z tradycyjnego laotańskiego masażu, który zadziwiająco przypomina tajskie wyciąganie kończyn, deptanie i uciskanie mięśni – zdecydowanie mało relaksacyjne, ale o dziwo przynoszące ulgę dla zmęczonego ciała doświadczenie ;-)

Wieczór i noc spędziliśmy już w autokarze jadącym do Pakse, małego miasta położonego w południowym Laosie. Jeszcze tego samego dnia wynajęliśmy motorki i niezrażeni wspomnieniem wyschniętego wodospadu w Vang Vieng, ruszyliśmy na poszukiwanie wodospadów, z których słynie okolica miasta. Tym razem nie zawiedliśmy się, bo, pomimo pory suchej, wody w nich na szczęście nie brakowało ;-) Pierwszy z nich, którego nazwy niestety nie pamiętam, był zarazem najwyższym jaki widzieliśmy do tej pory, z masą wody spadającą z wysokości 30-40 metrów. sabaidee_030Co odważniejsi (czytaj: ja i Panor) popływaliśmy nawet u jego stóp – była to chyba najzimniejsza woda, do jakiej weszłam z własnej i nieprzymuszonej woli. Już mieliśmy ruszać w stronę kolejnego wodospadu, kiedy Seba oznajmił, że zamknął kluczyk do swojej maszyny w schowku pod siedzeniem… ;-) Okazało się jednak, że schowki te nie są zbyt bezpieczne – Marta bez większego problemu wcisnęła rękę do środka, wyciągnęła kluczyk i po chwili w komplecie jechaliśmy na podbój Pha Suam. Po zaparkowaniu motorków przeszliśmy nad wodospad, który był całkiem spoko, ale nie tego spodziewaliśmy się po ponoć najpiękniejszym wodospadzie w okolicy. Wróciliśmy do maszyn i już mieliśmy odjeżdżać, kiedy usłyszałam dźwięk spadającej wody dobiegający z drugiej strony, a po chwili stałam nad jednym z najdziwniejszych wodospadów, jaki miałam okazję oglądać. Ponieważ nie przeszłam „od frontu” wodospadu, a trochę powyżej niego, znalazłam się na poziomie szerokiej rzeki upstrzonej wielkimi głazami, która w pewnym momencie wpadała w ogromną dziurę. Najbliższa okolica wodospadu była w dodatku łazienką i pralnią dla mieszkańców okolicznych wiosek, a że trafiliśmy akurat na porę kąpieli widok był naprawdę ciekawy i dość  niecodzienny ;)

Pakse warte jest odwiedzenia również ze względu na bliskość najważniejszej „archeologicznej” atrakcji Laosu, świątyni Wat Phu, wzniesionej jeszcze za czasów Angkoru. Po odwiedzeniu kilku świątyń z tego okresu, z których żadna nie mogła się równać z kompleksem Angkor, wahaliśmy się, czy warto jechać, na szczęście jednak przewieźliśmy tam na motorkach nasze szanowne tyłki – i każdemu kto będąc w okolicy będzie miał podobne rozterki gorąco polecamy wizytę w tym miejscu. Zwiedzenie całego kompleksu wymaga trochę chodzenia, również stromo pod górkę, ale roztaczające się z głównej świątyni widoki są przepiękne, a budowle niezwykłe i nieźle zachowane. sabaidee_100My przez Wat Phu niemalże przebiegliśmy – czas nas gonił, ponieważ tego samego dnia mieliśmy wyjechać w rejon 4 tysięcy wysp, a trzeba było jeszcze wrócić na czas do Pakse. Po szaleńczej jeździe 75 km/h (kto raz wypożyczył pół-automatyczny motorek w Laosie wie, że jest to niesamowite wręcz osiągnięcie) szczęśliwie dotarliśmy do miasta, błyskawicznie wrzuciliśmy coś na ruszt i ruszyliśmy tuk-tukiem na dworzec autobusowy. Mimo wyraźnych znaków, że strasznie się spieszymy, bo do odjazdu busa mamy zaledwie kilkanaście minut, kierowca zupełnie się nie spieszył. Wiedział coś, co nie przyszło nam do głowy ani przez chwilę – że nasz bus to wcale nie bus, a przerośnięty osobowo-towarowy tuk-tuk, i że jest zapakowany po kokardę już od dłuższego czasu… Wsiedliśmy więc do kolejnego pojazdu, który miał ruszyć godzinę później, ale że w ciągu pół godziny został załadowany ludźmi (na oko jakieś 27 osób) i dobrami wszelkiej maści (skutery, instrumenty muzyczne, meble, pudła ze świeżymi (?) rybami, owocami) do granic możliwości (niemożliwości zresztą też, co skwapliwie sprawdzała pani bileterka) – ruszyliśmy przed czasem ;) Bez możliwości najmniejszego choćby ruchu, za to w świetnej atmosferze, spędziliśmy kolejne trzy czy cztery godziny, aby po krótkim rejsie łódką podczas zachodu słońca dotrzeć do naszego ostatniego celu w laotańskim planie gry – wyłaniającej się z odmętów Mekongu jednej z czterech tysięcy wysp, Don Det. sabaidee_109Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy dokładnie to, po co tu przyjechaliśmy: położony nieco na uboczu nasz własny bungalow z hamakami, leżakami, a w dodatku z niczym niezakłóconym widokiem na cudowne zachody słońca. Kolejne dni były obrzydliwie nudne – poranna kawa w hamaku, przejście leniwym krokiem na śniadanie, spacer wzdłuż rzeki, wybór knajpy na obiad, podniesienie ręki w celu zamówienia kolejnego Beer Lao, przeniesienie się z leżanki na leżak i takie tam… ;-) Raz nawet wypożyczyliśmy rowery i wybraliśmy się na dwugodzinną wycieczkę po wyspie! Mogłabym tak całą wieczność, ale że w międzyczasie opuścił nas Sebastian, a na Kambodżę mieliśmy już i tak niecałe trzy tygodnie, postanowiliśmy kupić bilet do Banlung, załadować się na łódkę i kontynuować naszą podróż w nieznane.

Podsumowując – Laos jest chyba najpiękniejszym, a z pewnością najbardziej wyluzowanym krajem, jaki odwiedziliśmy do tej pory. Przyroda jest niezwykle zróżnicowana i dosłownie poraża swoim pięknem, ludzie są pozytywni, bez pośpiechu i z uśmiechem zajmujący się swoimi sprawami, sprzedawcy pomocni i nienarzucający się, a zabytki interesujące. Urzekające jest również przywiązanie Laotańczyków do tradycji, co objawia się zarówno w sferze sakralnej, jak i w życiu codziennym – poranne składanie darów dla mnichów buddyjskich jest na porządku dziennym, a większość kobiet ubiera się w sarongi nie tylko od święta. Laos ma jeszcze jedną wielką zaletę – przypomina małe miasteczko, w którym wszyscy się znają i lubią. Co chwilę wpadaliśmy na osoby spotkane wcześniej w innych miejscach, szybko znajdując wspólny język i nawiązując fajne relacje. Momentami miałam wrażenie, że wszyscy mamy taki sam plan podróży – znajome twarze były dosłownie w każdym odwiedzanym przez nas miejscu ;-)

PS: Co uważniejsi czytelnicy mogli wychwycić niewielkie opóźnienie w publikowaniu nowych artykułów. Z radością więc informuję, że właśnie drogą kupna nabyliśmy nową baterię do laptopa (poprzednia wytrzymywała w porywach do 10 minut bez kabla), jest więc nadzieja, że kolejne wpisy będą postawały szybciej i, o ile Internet pozwoli, niezwłocznie publikowane na blogu. Do tej pory pisanie naszych wspominek wiązało się z koniecznością siedzenia przy gniazdku, a ani puste plaże, piękne parki narodowe czy gwarne ulice wielkich miast nie są jeszcze w takowe wyposażane ;-)

 

10 comments

  1. Gumek Luty 18, 2014

    Bunkrow nie ma ale gez jest zJebiscie
    Szkoda ze cie nie ma bo dIewcYny sie z sofii putaja o ciebje
    Wpadaj mordeczko kochana

    Odpowiedz
    • Robercik Luty 18, 2014

      Jak sie drogi Panorku możesz domyslić drinkujijemy i brakuje Cie tutaj.

      Odpowiedz
      • Booloo Luty 18, 2014

        Robercik glupoty pisze, jest zajebiscie :))))

        Odpowiedz
        • panor
          panor Luty 19, 2014

          Hehe, głupki ;)
          Szykujcie się na koniec sierpnia :D

          Odpowiedz
  2. Booloo Luty 18, 2014

    Beznadziejne wakacje, nawet sniegu nie ma ;)

    Odpowiedz
    • Booloo Luty 18, 2014

      Chcialem powiedziec, ze bunkrow nie ma ale tez jest zajebiscie :)

      Odpowiedz
  3. HiszpAnka Luty 14, 2014

    Czytamy wszystkie Wasze artykuły i czekamy na kolejne:-). Bardzo miło się to wszystko czyta i ogląda. Czujemy się prawie tak jakbyśmy tam z Wami byli;-). I pewnie zdajecie sobie sprawę z tego, że nie możemy się doczekać Waszych relacji i wrażeń ze zbliżającej się już maleńkimi kroczkami Ameryki Łacińskiej;-p Buziaki!

    Odpowiedz
  4. Pojechana Luty 9, 2014

    Bardzo mi się podoba Wasz przepis na wypoczyn zrealizowany w Don Det ;-) I kurde musimy w końcu ruszyć nasze dupska do Laosu!

    Odpowiedz
  5. CiotkaA Luty 8, 2014

    Opóźnienie niewielkie, a naprawdę warto było poczekać na kolejną porcję bardzo ciekawych Waszych przeżyć, wrażeń no i oczywiście niesamowitych zdjęć.
    A propos zdjęć, to co to za stworzonka przywiązane do deszczułek, owinięte jakby w liście winogronowe i upieczone?
    Have a nice & safe trip !!!

    Odpowiedz
    • Andrzej Luty 11, 2014

      Moim zdaniem, to są szczury.

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress