Prawie jak w Chinach aka azjatycki hardkor

Prawie jak w Chinach aka azjatycki hardkor

Po dwóch przesiadkach, przejechaniu połowy Kambodży i kawałka Tajlandii, co przełożyło się na 28 godzin spędzonych w dwóch „sypialnych” autokarach i jednym minibusie dotarliśmy do Bangkoku, skąd mieliśmy lecieć do Makau. Po takiej przeprawie sił nie dodał nam nawet browarek wypity z niedawno widzianym Sebą, który gościł w stolicy Tajlandii przed wylotem na Filipiny – chwilę później smacznie chrapaliśmy. Nasz jedyny dzień w Bangkoku spędziliśmy oczywiście na Khao San Road, gdzie zrobiliśmy szybki shopping (część ciuchów zabranych pół roku temu nie nadawała się już do użytku, a nie ma chyba lepszego miejsca na zakupy ubraniowe niż ta pełna białasów ulica Bangkoku), spałaszowaliśmy najlepszego pad thaia w mieście, pochłonęliśmy kolejne zimne piwo i kubełek whiskey ;) W drodze z przystanku wodnego busa, którym dotarliśmy w okolice Khao San po tym, jak kolejni taksówkarze odmawiali kursu w te rejony, przeszliśmy też przez barykady protestujących przeciwko mającym się odbyć kilka dni później wyborom – jak na tak gorący okres i niedawne zamieszki było tam dziwnie pusto i sennie, kwitł za to handel różnymi gadżetami.

Kolejnego dnia, po odstawieniu Seby na lotnisko, przejechaliśmy na drugi koniec miasta, skąd mieliśmy nasz lot do Makau. W tym trochę portugalskim, a trochę chińskim mieście mieliśmy spędzić dokładnie dobę – krótko, o czym zdecydowały tylko i wyłącznie względy ekonomiczne. Miesiąc wcześniej nasza wysłanniczka w Chinach, Olka, uświadomiła nas, że z datą wizyty zupełnie niechcący trafiliśmy w bardzo ciekawy, ale koszmarny pod względem logistyczno-hotelowym okres – Chiński Nowy Rok. Na początku niezbyt się tym przejmowaliśmy, w końcu do tej pory bez problemu znajdowaliśmy miejscówki do spania, nawet w szczycie sezonu i w popularnych destynacjach, jednak już wkrótce przekonaliśmy się, że ze spragnioną wakacji masą Chińczyków naprawdę nie ma żartów. Płatne opcje noclegowe w Makau zdecydowanie nie były na naszą kieszeń – jedyne dostępne pokoje zaczynały się od 1000 PLN, a i te zdarzały się rzadko. W tej sytuacji zaczęliśmy szukać hosta na CouchSurfingu, a kiedy i to nie przyniosło rezultatu zdecydowaliśmy się skrócić pobyt do jednej nocy (zamiast pierwotnie planowanych trzech), którą od biedy mogliśmy spędzić makau_016w parku albo w kasynie. Na szczęście ostatnia desperacka prośba o nocleg na CS zakończyła się sukcesem – zgodziła się nas przyjąć sympatyczna Sandra, obywatelka Portugalii urodzona w Makau, która trzy lata temu w poszukiwaniu pracy sama wróciła do kraju dzieciństwa. Zanim dotarliśmy do jej mieszkania udało nam się jeszcze: dojechać do centrum, wsiąść w autobus w złym kierunku zostawiając w pośpiechu torbę z zakupami z bezcłówki, złapać właściwy autobus, wybiec z niego na migi prosząc o nieodjeżdżanie, złapać pozostawioną na środku placu torbę, którą przez ten czas nikt się nie zainteresował i pędem wrócić do czekającego kilkadziesiąt metrów dalej busa.

Najbardziej donośnym znakiem nadejścia nowego roku były wystrzały z petard, zwanych tutaj fire crackers. Sandra ostrzegła nas przed nimi już na samym początku, ale i tak pierwszy wystrzał prawie przyprawił nas o zawał serca… Nie byłam nigdy w walącym się budynku, ale jestem przekonana, że towarzyszą temu podobne doznania akustyczne – huk rozrywanych petard spotęgowany przez echo jest okropny, zaczyna się zupełnie niespodziewanie i równie nagle kończy. Zdecydowanie milszym akcentem noworocznym były piękne, głównie złote ozdoby, jakimi przystrojone było całe miasto, szczególnie urokliwe po zmroku, kiedy zarówno one, jak i okoliczne budynki są w ciekawy sposób oświetlone.

Spacerując po Makau odnosi się nieodparte wrażenie, że oto dożyliśmy czasów, w których Chińczycy podbili Europę, zasiedlając również małe historyczne miasteczka. Na krętych, brukowanych uliczkach, rozległych placach z dostojnymi kościołami i eleganckimi budynkami, które wyglądały jakby żywcem wyjęte z krajobrazu zachodniej Europy, roiło się od naszych skośnookich braci świętujących jedno z najważniejszych dla nich świąt. Przez kilka wieczornych i nocnych godzin spacerowaliśmy bez większego celu po mieście, chłonąc jego zróżnicowaną atmosferę – podobały się nam zarówno zabytkowe zaułki, jak i ultra nowoczesne centrum pełne wieżowców, jaskrawo oświetlonych kasyn, eleganckich sklepów. Do domu wróciliśmy sporo po północy, a z samego rana zerwaliśmy się na dalszy ciąg zwiedzania. Dzień zaczęliśmy od wjazdu kolejką na położone centralnie wzgórze, z którego roztaczał się ładny widok na okolicę, następnie przejechaliśmy do najważniejszej świątyni chińskiej – A-Ma Temple, w której, co oczywiście nie powinno dziwić, roiło się od Chińczyków ;)
Zostaliśmy tam dosłownie zaczadzeni dymem z kadzideł, których całe naręcza odpalali wierni (dym był tak gęsty, że błyskawicznie pogubiliśmy się na świątynnym wzgórzu), a po wyjściu na dokładkę ogłuszył nas huk gigantycznych fire crackers, których wybuch trwał nieprzerwanie dobrych kilka minut (a mieliśmy to szczęście, że akurat przechodziliśmy obok).

Zaspokoiwszy potrzeby duchowe postanowiliśmy udać się do przybytków, z których Makau słynie najbardziej – kasyn. Sandra zabrała nas do jednego z bardziej popularnych – Venetian, makau_046wcześniej jednak przebiegliśmy przez inne, równie znane: Grand Lisboa, które powstało jako jedne z pierwszych, oraz przez pełne przepychu Galaxy. Venezian bije je jednak na głowę – mieści się tam kopia Wenecji, z placem świętego Marka, kamienicami, kanałami po których pływają gondole, a nawet pięknym błękitnym niebem. Przez kilka krótkich minut podziwialiśmy rozmach projektantów kasyna, czas do odpływu naszego promu kurczył się jednak w zastraszającym tempie. Pobiegliśmy więc wrzucić coś na ruszt – i pierwszy raz od kilku miesięcy zderzyliśmy się z zupełnie nieazjatyckimi i mało fajnymi cenami jedzenia. Jak się wkrótce okazało później miało być już tylko gorzej ;-)

Pokonawszy w końcu (z trudem) tłumy Chińczyków kupujących i konsumujących jedzenie zdaliśmy sobie sprawę, że w czasie, który pozostał nam do odpłynięcia promu nie dokonamy tego samego przy stołach do ruletki czy jednorękich bandytach… Błyskawicznie, choć nie bez żalu pożegnaliśmy się z marzeniami o wielkiej wygranej i pokłusowaliśmy z powrotem na chatę Sandry, gdzie złapaliśmy plecaki, po chwili fartem trafiliśmy na wolną taryfę, a po chwili byliśmy już na promie do Hong Kongu.
Ufff! Niestety nie było nam dane odsapnąć zbyt długo… Mimo wielu desperackich próśb rozesłanych do chyba połowy hostów z HK tylko jedna osoba odpisała, że być może będzie nas mogła gościć, ale jeszcze nie wie czy na pewno – a przecież licząc na tamtejszych CS skróciliśmy nasz pobyt w Makau! Nie pozostało nam nic więcej jak przedostać się do Chungking Mansion – miejscówki stanowiącej prawdziwy ewenement i mekki tych, którzy nie mają w zwyczaju bankrutować na noclegi. Na Nathan Road, przy której mieści się CM dotarliśmy w samą porę na… gigantyczną noworoczną paradę, jedną z głównych i najbardziej popularnych atrakcji Hong Kongu!!! Z pewnością jest to fajna sprawa (o ile uda się stanąć w bezpośredniej bliskości ulicy, z perspektywy chodnika widać tylko plecy i ekrany telefonów komórkowych), dla nas jednak, zdezorientowanych tym co zastaliśmy, objuczonych średnio ergonomicznymi plecakami, lekko nadwyrężonych maratonem w Makau i mających wizję nocy (oby tylko jednej!) spędzonej na chodniku było to jak kara za grzechy. Dlaczego?

Wyobraźcie sobie szał przedświątecznych zakupów w Arkadii, powiedzmy ostatnią sobotę przed gwiazdką, godzina 14.30, pomnóżcie to razy 50, może nieco więcej, dodajcie totalny brak elementarnej kultury ruchu, jak np. przepuszczanie wychodzącego, hongkong_002próbę wejścia w miejsce, w którym właśnie stoisz, ponaglające popychanie i niereagowanie na dobre stare ‘excuse me’ – i to nadal nie będzie to, czego doświadczyliśmy ;-) Kilka ładnych minut zajęło nam dopchanie się do oddalonego od wyjścia z metra o jakieś 10 metrów Mirador Mansion, ale w końcu udało się ;) Zrzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy w głąb (i wzwyż) wieżowca molocha, w którym mieszczą się dziesiątki guesthouse’ów. Po kilku przebiegniętych piętrach miny mieliśmy nietęgie – wolne łóżka były, ale tylko na tę jedną noc, pytanie o możliwość dłuższego pobytu wywoływało tylko pełen politowania uśmiech, którego przekaz był jasny – wariaci. Nie bacząc na zmęczenie przebiliśmy się dalej, wprost do pierwotnego celu: Chungking Mansion. Na umiejscowiony w bardzo dobrej dzielnicy, w otoczeniu pięciogwiazdkowych hoteli i ekskluzywnych sklepów budynek składają się dwa poziomy handlowe, 16 pięter i kilka klatek totalnie skolonizowanych przez „biznesmenów” z Indii i Afryki. Poruszając się w jego trzewiach byliśmy ciągle namawiani do zakupu kopii markowych zegarków, telefonów, garniturów, i narkotyków; chłopaki mogli zamówić sobie panie do towarzystwa, a mi i Marcie towarzyszyły wiele mówiące spojrzenia. Panował tam niesamowity klimat biznesowo-mafijny: ze sklepikami pełnymi używanych telefonów (zapewne pierwsze miejsce, do którego udają się okradzione osoby), ciemnymi i śmierdzącymi moczem i alkoholem klatkami, z których można się było dostać do części bloku sprawiających wrażenie, jakby mimo tłumów kłębiących się na dole nikt od wieków tam nie zaglądał; małymi restauracyjkami, w których stosunkowo tanio można było zjeść indyjskie pyszności (o dziwo ich konsumpcja nie groziła przymusowym pobytem w toalecie, czego jesteśmy żywym przykładem) i długimi kolejkami do wind. Całość sprawiała wrażenie, jakby była osobnym państwem w państwie – ciekawym ale i niebezpiecznym. Dla tych mających Hong Kong w planach jest to ciekawostka socjologiczna moim zdaniem konieczna do zobaczenia, a może i zamieszkania, bo tanich, a czasem również i zaskakująco porządnych opcji noclegowych jest tam cała masa.

Już na wejściu wyhaczył nas pan Hindus, zabrał na 4 piętro w klatce F i… oznajmił, że mogą nam dać jeden dwuosobowy pokój do użytku dla naszej czwórki na całe 2 noce (z 5 których potrzebowaliśmy). Prawie skakaliśmy z radości, do czasu kiedy usłyszeliśmy, ile sobie za to życzą. Na szczęście, mimo słabej pozycji negocjacyjnej, udało nam się co nieco ugrać i ostatecznie stanęło na 87 PLN od osoby, co w tym okresie nie było najgorszym dealem. W końcu, po kilku godzinach poszukiwań, mogliśmy uwalić się na nasze jednoosobowe łóżeczka i nie bacząc na klaustrofobiczny rozmiar pokoju z łazienką oddzieloną zasłonką zasnąć głębokim snem – ale nie było nam to pisane ;-) W tamtym czasie z wizytą w Hong Kongu bawił nasz człowiek – Marek aka Złoty Słit Focia, nie mogliśmy więc nie zjeść z nim i znajomym rezydentem HK Tomkiem zwanym Cegłą małej kolacji, a następnie udać się dosłownie na chwileczkę na małe piwko na pobliską promenadę… hongkong_036Ponieważ jak wiadomo takie spotkania nigdy szybko się nie kończą, zwłaszcza kiedy na trasie spotka się jeszcze inną liczną grupę Polaków (pozdrawiamy Dzikie Jeże!) na kwatery wróciliśmy gdzieś po 2 w nocy. Plus był taki, że w tym stanie zmęczenia nikomu nie przeszkadzał brak miejsca na łóżku – usnęliśmy w locie ;)

Kolejnego dnia mieliśmy tylko leżakować, ale po śniadaniu (zjedzonym jakoś przed pierwszą popołudniu) chłopaki ruszyli na zakupy elektroniczne, a ja na spacer Nathan Road i mały shopping – i tylko Marta została w pokoju zgodnie z pierwotnym planem. Przy tej okazji muszę wspomnieć o pewnym małym spostrzeżeniu, które poczyniłam po kilku dniach przemieszczania się po mieście. Na prawie każdym wyjściu z metra trzeba było przejść przez niewielkie galerie handlowe pełne ekskluzywnych sklepów typy Rolex, Prada czy Chanel – w Polsce nie ma ich chyba nawet na placu Trzech Krzyży. Niezależnie od tych lokalizacji dosłownie wszędzie można było znaleźć wielkie galerie handlowe, w których bez najmniejszego problemu można by przepuścić równowartość rocznej pensji na torebkę, jakiegoś markowego łaszka czy drobny dodatek. Hong Kong jest z pewnością świetnym miejscem dla zakupoholików z zasobnym portfelem…

Z miasta wróciliśmy w samą porę na niesamowity pokaz fajerwerków, który ponownie przyciągnął w nasze okolice wszystkich mieszkańców miasta i kilka milionów odwiedzających je turystów. Bez wątpienia był to najbardziej imponujący i niesamowity pokaz, jaki miałam okazję oglądać – tysiąckrotnie wynagrodził brak sztucznych ogni w czasie sylwestra w Laosie ;) Wieczorem przyszła też dobra wiadomość: na kolejne dwie noce zgodził się nas przygarnąć CS z Rosji, mieszkający od kilku lat w HK. Rano oddaliśmy więc pokój, zrzuciliśmy bagaże i ruszyliśmy zwiedzać miasto.

Właściwe zwiedzanie Hong Kongu zaczęliśmy od centrum biznesowego, gdzie w imponujących wieżowcach mieszczą się siedziby wielkich firm. Pokręciliśmy się trochę po opustoszałej nieco w tym czasie części miasta i ruszyliśmy na klimatyczne Soho. Ze względu na noworoczne świętowanie również ta dzielnica była nieco wyludniona, ale miło wspominam spacer po tej części miasta i obiadek we włoskiej knajpce ;) Kolejnym punktem wycieczki był wjazd na wzgórze Wiktorii, skąd roztacza się piękny widok na panoramę miasta – udaliśmy się więc na zajezdnię autobusową, aby po chwili przekonać się, że nie mamy szansy na wciśnięcie się do autobusu nawet za kilka godzin… Kolejka do wejścia do autobusu (tak tak, kolejka, w Hong Kongu są kolejki do wszystkiego i zawsze) zdawała się nie mieć końca, wpakowaliśmy się więc do taksówki. Kierowca lojalnie ostrzegł, że może być korek, ale nawet jego zaskoczyło, że zaczął się on na samym początku trasy… Po ponad godzinie jazdy dotarliśmy w końcu na szczyt, a po krótkiej walce na łokcie dotarliśmy nawet do barierki tarasu widokowego. Panorama Hong Kongu zapierała dech w piersiach – miasto skrzyło się milionem kolorów, gigantyczne biurowce i wielopiętrowe bloki mieszkalne tworzyły niezapomniany widok wart długiej i dość kosztownej jazdy. Z punktu widokowego wygoniło nas zimno, a także perspektywa sporego spóźnienia do naszego hosta, z którym byliśmy umówieni koło 21, a więc jakieś 15 minut później (a musieliśmy jeszcze wrócić do miasta, pojechać po bagaże i przejechać na drugi koniec Hong Kongu, gdzie mieszkał Semyon). Przejazd do niego zajął nam blisko dwie godziny, kolejną prawie godzinę poświęciliśmy na znalezienie jego domu (jedyne 3 km od stacji metra, a taki spacer z całym naszym dobytkiem na grzbiecie, zwłaszcza że nie mieliśmy pewności, czy idziemy w dobrą stronę, był wątpliwą przyjemnością), chwilę pogadaliśmy i poszliśmy spać na wyłożonej lodowatymi kafelkami podłodze. O świcie razem z gospodarzem opuściliśmy mieszkanie i ruszyliśmy w trasę do metra, tym razem lżejsi o kilkanaście kilogramów ;) Kolejny dzień to walka z przeziębieniem i zmęczeniem oraz błąkanie się trochę bez celu po mieście i promenadzie; wieczorem spędziliśmy jeszcze ponad godzinę marznąć w oczekiwaniu na naszego hosta przed jego domem…

Na ostatnią noc wróciliśmy do Chungking Mansion, gdzie ponownie jedyne wolne miejsca były w znanym nam już hoteliku (dziwne, dziwne) ale wcześniej urządziliśmy sobie rajd po religijnych atrakcjach Hong Kongu. Zaczęliśmy od świątyni trzech wyzwań, sporego kompleksu malowniczo położonego między wielkimi mieszkalnymi mrówkowcami, szczelnie wypełnionego modlącymi się Chińczykami (dym z kadzideł unosił się wysoko ponad głowami, a popiół sypał za kołnierze). Do samej świątyni nie można było wejść, ale nawet z daleka widać było jej piękno. Na dziedzińcu ponad głowami wróżących sobie za pomocą patyczków i kamyków wiernych wisiały piękne czerwone lampiony. Ulokowane po bokach świątyni małe pawilony, z których każdy reprezentował inny styl, równie mocno cieszyły oko, ale ponieważ zaczęliśmy mieć objawy tłumowstrętu ruszyliśmy dalej.

W planach mieliśmy odwiedzenie świątyni 10000 Budd. hongkong_091Z relacji naszej chińskiej wysłanniczki wiedzieliśmy, że czeka nas krótki trekking na szczyt wzgórza porośniętego lasem deszczowym, w trakcie którego możemy spotkać małpy, tymczasem my trafiliśmy do małej windy wjeżdżającej  kilkadziesiąt metrów, a obok stały nieczynne schody ruchome… Zdziwieni jak szybko rzeczy w HK mogą się zmieniać wjechaliśmy wyżej, a następnie pokonaliśmy kilkaset schodków w górę, aby przekonać się, że jesteśmy na wzgórzu cmentarnym sąsiadującym ze świątynią… ;-) Nie było innego wyjścia, zeszliśmy ze szczytu, odnaleźliśmy właściwe wejście zgodne z opisem Oli i wzdłuż szpaleru karykaturalnych posągów mnichów wdrapaliśmy się na właściwą górę. W głównej świątyni wszystkie trzy ściany były szczelnie wypełnione maleńkimi wizerunkami Buddy – każdy był inny. W jej centralnym miejscu znajdował się intrygująco wyglądający posąg; jak wyczytałam z ulotki było to ozłocone ciało mnicha-założyciela świątyni, które z cudownych powodów nie uległo rozkładowi – creepy!

Ostatni dzień w HK poświęciliśmy na wizytę w Zatoce Stanleya: krótki spacer po promenadzie, fajną przejażdżkę po okolicznych wzgórzach, ale tak naprawdę myślami byliśmy już na pewnej stacji metra, gdzie mieliśmy spotkać się z Olką i Niemenem wracającymi z Filipin. Kilka godzin później gadając jak najęci (no dobra, głównie Olka ;-) jechaliśmy do prawie właściwych Chin. Bezpośrednio z busa poszliśmy na kolację do osiedlowej knajpy – takich smakołyków dawno nie jadłam! Mimo że teoretycznie nikt nie był głodny, kilka różnych dań zniknęło w oka mgnieniu.

Czas spędzony w mieszkaniu przyjaciół wszyscy wspominamy jak pobyt w raju – nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, nikt nas nigdzie nie wyganiał, mogliśmy spokojnie zjeść śniadanko, wypić kawkę i powylegiwać się na kanapie aż do obiadu ;-) Lenistwu bardzo sprzyjała obrzydliwa aura za oknem – taki polski listopad w najgorszym wydaniu ;-) Zanim jednak zaczęły się deszcze i zimno zdążyliśmy odwiedzić pobliską plażę wypełnioną po brzegi urlopującymi się Chińczykami; przez moment byliśmy nawet jej sporą atrakcją – podszedł do nas zaciekawiony „innymi” starszy umundurowany pan, a po chwili spory tłumek robił sobie z nami zdjęcia.

Ponieważ człowiek wcale nie uczy się na błędach ostatniej nocy przed wylotem do Australii mocno zabalowaliśmy. Zaczęło się niewinnie – od absolutnie przepysznej kolacji w junańskiej knajpie, gdzie objedliśmy się niesamowitych smakołyków dosłownie po uszy. Z odpowiednim podkładem poszliśmy na piwko, później kolejne, a wieczór skończyliśmy w dość eleganckim klubie (nasze buty trekkingowe pasowały tam jak pięść do oka) popijając wódeczkę i szalejąc na parkiecie. Kac z jakim obudziłam się rano mógł się równać jedynie temu po tygodniowym pożegnaniu przed wyjazdem w Warszawie, cudem udało się nam wyszykować na czas, żeby dotrzeć z powrotem do Hong Kongu, złapać lot do Sydney i zacząć terapię australijskim winkiem ;-)

 

3 comments

  1. Robercik Luty 28, 2014

    To chyba najdłuższy ale i najciekawszy jak dla mnie wpis! czytając go myślałem jak fajnie byłoby spotkać się z tam z wami! i jak żałuję, że nie mogę tego zrobić.

    Odpowiedz
    • panor
      panor Luty 28, 2014

      zawsze wymówki :P dajesz… :)

      Odpowiedz
  2. Reda Luty 27, 2014

    Ale super! :D

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress