Pożegnanie z Australią

Pożegnanie z Australią

Ostatnią część podróży po Australii zaczęliśmy od pobytu w Melbourne. Z lotniska odebrała nas moja ciocia Ewa, u której spędziliśmy kilka kolejnych dni. Już od pierwszych minut w domu Ewy i Tadka poczuliśmy się dobrze i swojsko – niezwykle gościnni gospodarze oraz własna sypialnia i łazienka to, po trzech tygodniach spędzonych w camperze, bardzo przyjemna odmiana. Ciocia zaplanowała nasz krótki pobyt w mieście tak, żebyśmy wyciągnęli z niego ile się da. Zaczęliśmy jednak po domowemu, od australijskiego BBQ – palce lizać! Mimo że Australia słynie ze świetnego mięsa i zamiłowania do grillowania, aż do tamtej pory, ze względów oszczędnościowo-logistycznych, nie było nam dane spróbować takich przysmaków (chociaż raz na campingu pewien Aussie poczęstował nas tradycyjnymi słodkimi parówkami – strange…). Z brzuchami pełnymi tak, jak od wylotu z Azji nie były, ruszyliśmy na wieczorną przejażdżkę po Melbourne, wielkim mieście rozciągającym się na przestrzeni prawie 10 tys. km2. Większość jego mieszkańców żyje we własnych, często drewnianych, i zazwyczaj piętrowych domkach na przedmieściach. Wygląda to wszystko bardzo ładnie, aż chciałoby się zamieszkać w takim ;) W trakcie wycieczki dojechaliśmy również do dzielnicy, w której mocno stłoczone domki zastąpiły wielkie rezydencje z ogrodami, wysokimi płotami i innymi szczegółami cechującymi wielkie pieniądze – niezły widok! Przejechaliśmy też zatłoczonymi uliczkami pełnymi imprezujących ludzi, wielkim mostem, z którego widać było całe miasto z fajnie oświetlonym centrum – i wróciliśmy na chatę, bo kolejny dzień zaczynał się dla nas bardzo wcześnie.

Prawie skoro świt ruszyliśmy na kolejną samochodową wyprawę, tym razem na słynną Great Ocean Road, niesamowicie piękną i krętą drogę prowadzącą tuż nad oceanem. Zanim tam dotarliśmy odwiedziliśmy okoliczne miasteczka i urokliwie położoną latarnię morską, ale największe wrażenie zrobiła na nas zdecydowanie właśnie GOR. australia_part3_006Niekończące się zakręty są oczywiście męczące, ale podróż jest jedną wielką ucztą dla oczu, a częste punkty widokowe, na których po prostu nie możesz się nie zatrzymać, bo widoki zapierają dech w piersiach, pozwalają uspokoić błędnik ;-) W pewnym momencie musieliśmy poćwiczyć podzielność uwagi i nie tylko rozkoszować się widokami, ale też wyglądać siedzących na drzewach po drugiej stronie drogi koali! Ostatecznie wytropiliśmy kilka sztuk tych misiaków w pewnym oddaleniu od trasy (gapiący się na drzewa tłumek jest w takich chwilach wiele mówiącą wskazówką), ale przecież liczy się efekt – mieliśmy swoje własne, prawdziwe i zupełnie dzikie koale, dosłownie na wyciągnięcie ręki! Nie muszę chyba pisać, jak zajarani tym byliśmy ;)

W drodze powrotnej Ewa zafundowała nam jeszcze jedną niespodziankę – tym razem na kolację pojechaliśmy do Klubu Polskiego w Albionie, jednej z dzielnic Melbourne. Lepszego zakończenia tak zajebistego dnia nie mogliśmy sobie wyobrazić! Mijając niedzielną szkółkę, pomnik JP2, salę weselno-gimnastyczną i korytarze pełne różnych trofeów, weszliśmy do najprawdziwszej polskiej stołówki pachnącej typowym barem mlecznym, zasiedliśmy przy krytych ceratą stołach i… spełniliśmy nasze kulinarne zachcianki w 100% (a może nawet trochę bardziej). Ja dosłownie wciągnęłam śledzika z ziemniakami, który chodził mi głowie dokładnie od świąt, a chwilę później równie świąteczne pierogi z kapustą, i tylko resztki przyzwoitości powstrzymały mnie przed domówieniem porcji bigosu; Maciek i Marta zamówili bitki wołowe z ziemniakami i buraczkami, Panor poszedł we flaczki i pierogi, a wszystko to podlaliśmy jeszcze odrobiną Łomży… Pani Zdzisia z resztą ekipy zdecydowanie nie zapomniała, jak robić prawdziwie polskie żarełko – miazga! Wszystkim rodakom, których najdzie ochota na „nasze” jedzenie, a przypadkiem znajdą się po drugiej stronie świata, serdecznie polecam!

Dzień trzeci postanowiliśmy w końcu spędzić w mieście, po nieśpiesznym śniadanku ruszyliśmy więc tramwajem w ponad godzinną podróż do miasta. W samym centrum zwiedzanie ułatwia darmowy tramwaj, który podrzuca turystów w okolice najciekawszych punktów miasta, ale opcja piesza również wchodzi w grę. My zaczęliśmy od doków, w których sporo jest fajnych, nowoczesnych mieszkań (a więc nie wszyscy mieszkają w domkach!), następnie przez ciekawe architektonicznie centra handlowe (w jednym z nich stała stara wieża zegarowa, inne „wchłonęło” stary szpital) i chińską dzielnicę zagłębiliśmy się w plątaninę klimatycznych uliczek, pełnych knajpek, sklepików i oczywiście sztuki ulicznej, z której słynie to miasto. Chodząc bez celu dotarliśmy do ogromnej, zabytkowej stacji kolejowej i zakręconego placu, takiej ichniej Rotundy, przespacerowaliśmy się nad rzeką, mijając kolejne restauracje (śmierć głodowa w tym mieście zdecydowanie nie grozi), a wróciliśmy kładką, na której wymieniono wszystkie kraje, które miały swój udział w zaludnianiu Melbourne na przestrzeni lat, wraz z podstawowymi informacjami na ich temat (Polska oczywiście też znalazła się wśród nich). Ponieważ do zmroku mieliśmy jeszcze trochę czasu, a pary w nogach coraz mniej, nasze kroki skierowaliśmy australia_part3_035do jednego z kilku położonych w centrum parków, aby po krótkim odpoczynku przejechać do portowego St. Kilda, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć… żyjące tam na dziko pingwiny (tak, właśnie w Australii)!

Wieść o żyjących w falochronie ptakach nie jest wcale szeroko znana, większość osób jeździ do rezerwatu położonego niedaleko Melbourne, gdzie za opłatą „only” kilkudziesięciu dolarów można je zobaczyć z bardzo bliska. Z oczywistych względów postanowiliśmy najpierw sprawdzić tę darmową opcję – i nie zawiedliśmy się! Jeszcze przed nadejściem nocy między kamieniami namierzyliśmy kilka skulonych małych pingwinów błękitnych – najmniejszych takich ptaków ;) Wraz z zapadnięciem zmroku pojawili się wolontariusze, którzy ochraniali je przed ciekawskimi turystami, a przy okazji dawali trochę informacji na ich temat. Po kilkunastu minutach pełnego napięcia oczekiwania zauważyliśmy gramolącego się z wody pingwina – wyszedł, zlustrował wzrokiem gapiący się na niego tłumek, wywalił się na brzuszek, szybko podniósł na łapki i uciekł w falochron ;) Kolejne minuty mijały, a nic się nie działo, postanowiłam więc poszukać szczęścia z dala od tłumów – i bardzo dobrze, bo kilkanaście metrów dalej usłyszałam głośny chrobot, a po chwili, dosłownie obok mnie, na jeden z głazów wyskoczył pingwin, mój własny pingwin! Prężył się dumnie, wydając dziwne dźwięki jakby okropnie chrapiącego człowieka, żałośnie machając przy tym skrzydełkami. Ten maluch nie wstydził się nic a nic i dosłownie zaczarował sporą widownię (bo oczywiście po chwili nie był już tylko moim pingwinem ;) Być może ośmielone jego wołaniem, a może osłoną nocy, z wody zaczęły wychodzić kolejne pingwiny, niemalże między nogami obserwujących je ludzi przeciskając się w stronę schronienia albo zmierzając na skały, gdzie prowadziły głośne dyskusje. Ekstra przeżycie ;)

Wracając późnym wieczorem do domu zdecydowaliśmy się jeszcze zaliczyć kasyno, gdzie nie tylko wygrałam kilka dolków, ale w dodatku zostałam poproszona o dowód osobisty potwierdzający pełnoletniość (i nie była to standardowa procedura, podejrzenia o szczeniactwo skierowane były tylko do mnie i do Panora, co akurat nikogo nie zdziwiło ;)

Kolejnego dnia chłopaki odebrali campera, a ja z ciocią i Martą odwiedziłyśmy polski sklep, gdzie kupiłyśmy najprawdziwsze polskie pączki (raptem dwa dni po tłustym czwartku!) oraz wielki słoik bigosu (opróżniony później pod chmurką, pyszka), zjedliśmy pożegnalny obiad (love schabowe!) i w eskorcie Ewy i Tadka opuściliśmy miasto. Teraz tylko zastanawiamy się, jak urozmaicić ich pobyt w Warszawie, żeby choć trochę odwdzięczyć się za gościnę ;)

Naszym kolejnym celem był park narodowy Wilsons Promontory, miejsce niezbyt znane wśród turystów, ale polecane nam przez lokalesów. Wizyta tam była strzałem w dziesiątkę! Jedyny camping w tym wielkim parku jest położony nad oceanem, w otoczeniu pagórków i lasów, w niewielkiej odległości od przepięknych plaż (w tym jednej szczególnie ładnej, Squeaky Beach, na której spędziliśmy pierwsze popołudnie). Jak zwykle mieliśmy mega farta – mimo że trwał akurat długi weekend, a więc wszystko było zarezerwowane już na wiele miesięcy wcześniej, udało nam się znaleźć jedną wolną miejscówkę ;) Drugiego dnia w parku wybraliśmy się na piękny kilkunastokilometrowy spacer po parku; wracaliśmy nad brzegiem oceanu przez wielkie, puste plaże, klify i niesamowitą przyrodę – coś pięknego. australia_part3_073Co poza fantastycznymi widokami wyróżnia ten park? Otóż podczas wieczornego spaceru po okolicy można stanąć oko w oko z dzikim zwierzem! Nam udało się namierzyć i podejść na wyciągnięcie ręki do kilku wombatów (śmieszny stwór przypominający skrzyżowanie świnki morskiej z buldogiem francuskim, tylko większe), podziwiać niesamowicie pozytywne oposy (aż żal myśleć, że w Australii i Nowej Zelandii są one powszechnie uważane za szkodniki, co na pewno nie ułatwia życia tym ślicznym futrzakom), a z daleka widzieliśmy walabie (takie trochę inne kangury), stada saren, zające, lisa, a nawet dingo. Nigdy też nie dowiem się, czy to co majaczyło na końcu leśnej polany było małym niedźwiedziem, którego ponoć można tam spotkać, czy tylko bardzo chciałam, żeby nim było ;) Po wyjeździe większości urlopujących się Australijczyków wszystkie te zwierzaki plątały się beztrosko wśród pozostałych camperów, w towarzystwie stad kolorowych papug, które mimo grożących wysokich mandatów karmiliśmy z ręki płatkami śniadaniowymi ;)

Jeśli jednak chodzi o papugi nic nie pobije kolejnego parku, w którym spędziliśmy dwie noce – Jervis Bay. Latało ich tam kilka różnych gatunków, wszystkie równie śmiałe w odniesieniu do ludzi, jedna nawet aż za bardzo – żeby wykraść jedzenie siadała nawet na głowie i dziobem w dół sięgała po kanapkę! Kolejną atrakcją po latających głodomorach były wolno biegające kangury, niby dzikie, ale tak przyzwyczajone do obecności ludzi, że można było do nich podejść dosłownie na wyciągnięcie ręki. Po kilku tygodniach w Australii widok kangurów nie działał już może tak ekscytująco jak na początku, ale kiedy trafiłam na kangurzycę z małym w torbie – to było coś! Mama nie bała się nic a nic, a mały tak był zaciekawiony moją obecnością, że prawie wypadł z torby ;) W trakcie leniuchowania na plaży wypatrzyłam też spore stado delfinów skaczące nieopodal plaży; serio, takie rzeczy tylko w Australii!

Naszym ostatnim przystankiem przed Sydney były Blue Moutains, błękitne góry, w okolicy których spędziliśmy jedno popołudnie, australia_part3_106spacerując po lesie tropikalnym, gdzie namierzyliśmy niesamowicie utalentowanego, ale też bardzo nieśmiałego śpiewaka – lirogona, oraz przemieszczając się najbardziej stromą kolejką górską (a może bardziej tramwajem) i dwoma innymi zawieszonymi na linach środkami transportu, przewożącymi turystów do punktów z najlepszym widokiem na góry lub wodospady. Przyjrzeliśmy się też z bliska „trzem siostrom”, a więc skałom, w które wedle legendy zamienione zostały trzy młode dziewczyny, którym nie w smak były zaloty pewnego osobnika płci brzydkiej.

Ponieważ od Sydney dzieliło nas już niewiele, postanowiliśmy poszukać miejsca na nocleg. Wcześniej namierzony w aplikacji WikiCamps parking okazał się być nieprzyjazny kempowaniu, pojechaliśmy więc szukać jakiejś dziczy, w której nasz samochód z namiotem na dachu nikomu nie będzie przeszkadzał. Zanim jednak rozstawiliśmy się w jakiejś mniej zamieszkanej okolicy postanowiliśmy skorzystać z toalety w McDonalds – i ostatecznie, za zgodą obsługi, rozstawiliśmy się właśnie na ich przytulnym parkingu ;-) Spało nam się dobrze, ale dość krótko… ciężko było uwierzyć, że takie tłumy walą na McJajo o 6 rano!!!

Do Sydney dojechaliśmy dopiero koło południa, ponieważ sporą część poranka zajęło nam wypisanie zamówionych przez przyjaciół kartek (większość czasu pochłonęło oczywiście kaligrafowanie chińskiego adresu Olki i Niemena, chyba zresztą niezbyt udane, bo kartka jeszcze nie doszła ;) Na pierwszy ogień poszła kultowa Bondi Beach, na której poprażyliśmy się chwilę w palącym słońcu, podziwiając zaparcie surferów i innych nieustraszonych ludzi, taplających się w lodowatej wodzie. Następnie przejechaliśmy w okolice najbardziej rozpoznawalnego australijskiego budynku, a więc opery, która zdecydowanie efektowniej wygląda na zdjęciach albo relacji z noworocznego pokazu fajerwerków w zatoce niż w rzeczywistości, a dzień zakończyliśmy kolacją na świeżym powietrzu w jednym z wielu miejskich parków. Najedzeni, przejechaliśmy do domu poznanych w Laosie Livii z Włoch i Ernesto z Wenezueli, którzy razem z grupą przyjaciół-artystów wynajmują dwa połączone ogrodem domy, z których jeden służy za imprezownię, drugi natomiast za sypialnię. Jak można się domyślać, tej nocy spaliśmy dość krótko ;) i mimo nienajlepszej kondycji „prawie” z samego rana musieliśmy zwlec się z materacy, oddać samochód (Panorom udało się to zrobić na 15 minut przed zamknięciem biura) i ruszyć na część drugą zwiedzania Sydney. Idąc za ciosem umówiliśmy się jeszcze na lunch z Alanem – innym, również poznanym w Laosie, Australijczykiem. Spacer po mieście przerwała niesamowicie gwałtowna ulewa, która mnie i Maćka zatrzymała w przedsionku jakiejś knajpy, Panorów z kolei zmusiła do uczestnictwa w mszy ;) Wrażenia z miasta, podobnie jak w przypadku Brisbane i Melbourne, były bardzo pozytywne; australijskie metropolie są idealnymi miejscami do mieszkania – pełnymi ciekawych budynków, dzielnic łączących stare z nowym, rozległych parków, z mnóstwem knajp i tętniącymi życiem okolicami rzek i zatok. Wieczorem nasi gospodarze pokazali nam swoje multimedialne projekty artystyczne (zainteresowanym polecam stronę www.scissors.cc), a już kilka godzin później siedzieliśmy w samolocie lecącym do wyczekiwanej od początku podróży Nowej Zelandii, która nie zawiodła nas ani odrobinę – ale o tym w następnym wpisie, który ukaże się w bliżej nieokreślonej przyszłości ;)

 

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress