Powrót do przeszłości

Powrót do przeszłości

Boliwia… Jedyne co o niej wiedziałem przed wyjazdem to to, że jej główne miasto, chociaż nie stolica, La Paz, leży dość wysoko (3600m n.p.m.) i że to właśnie tam jest ta słynna Droga Śmierci. Oraz że mają jezioro Titicaca – najwyżej położone jezioro żeglowne na ziemi. I to wszystko ;-) Dla mnie Ameryka Południowa zawsze kojarzyła się z Amazonią, Andami, Inkami i Ziemią Ognistą. Boliwia jakoś nie wydawała się interesującym tematem do poczytania albo kierunkiem do odwiedzenia.

Otóż nic bardziej mylnego. Nie można jechać do Peru lub Chile i nie ‚zaliczyć’ jednocześnie Boliwii. To może być najgorsza decyzja. Podróżnicza oczywiście ;-) Można, a nawet powinno się przyjechać w te rejony dla samej tylko Boliwii. Zapomnijcie o tym, co pisałem o Nowej Zelandii. Nie wszystko, tylko ten fragment o krajobrazach :-D NZ nadal jest krajem gdzie chętnie bym zamieszkał, ale widoki jakoś tak bledną w zestawieniu z Boliwią. NZ wydaje się teraz być taka stonowana, wygładzona…

Boliwia z jednej strony jest biedna jak mysz kościelna, ale z drugiej strony nie znam tak bogatego w przeciwieństwa kraju. Pusta na południu (same wulkany, kamienie, sól i piach, i trochę flamingów, lam oraz wikunii), tętniąca tropikalnym życiem na północnym zachodzie (wschodzie zresztą też, ale tego rejonu nie odwiedziliśmy). Sucha jak pieprz albo mokra jak nasiąknięta wodą gąbka. Upalna lub mroźna. Wysoka aż do choroby (wysokościowej oczywiście :-D) a 300-500 km dalej położona nisko jak Warszawa. Górzysta jak Himalaje lub płaska jak sawanna…

A gdzieś pośrodku tego wszystkiego leży pewna dolina i niepozorne z nazwy miejsce – Torotoro. Można się tam dostać tylko z Cochabamby – 4h podskakiwania na nierównej, brukowanej, wyboistej drodze. Ale mogę z czystym sumieniem napisać, że warto pomęczyć dupsko w samochodzie aby się tam znaleźć.

Zwykła wycieczka okazała się być dla mnie powrot_042niezwykłą przygodą. Mieliśmy zobaczyć skamieniałości (ślady dinozaurów, organizmów morskich), jaskinię i kaniony. Ale…

Zaczęło się zwyczajnie. Wyjechaliśmy z miasta. Najpierw asfalt, później bruk, ileś tam przejazdów przez rzeki, trochę gór, małych dolin. Później wjechaliśmy do wąwozu, a kiedy z niego wyjechaliśmy powiedziałem ‚o …’  i nie przestałem tego powtarzać co chwilę przez 3 kolejne dni. Widok jaki nam towarzyszył przez cały czas kojarzył mi się z filmem Park Jurajski. Praktycznie mogłem zobaczyć człapiące tam dinozaury. Dolina jest po prostu idealnym dla nich miejscem i jeśli ktoś kiedyś miałby je sklonować, to powinien to zrobić właśnie tam. Niestety na chwilę obecną znaleźć tam można tylko ich ‚odciski’. Zobaczyć je to super rzecz i to miał być dla mnie gwóźdź programu. Tylko że… nie był ;-) Tak samo jaskinia. Mimo, że była najbardziej hardcorową jaskinią, w jakiej kiedykolwiek byłem (wejścia i zejścia po linach, czołganie się, a właściwie pełzanie, bo korytarze były tak wąskie i niskie, że inaczej się po prostu nie dało – w bardziej rozwiniętych krajach na pewno nie moglibyśmy do takiej jaskini wejść bez kursów speleologicznych), też nie była numerem jeden wycieczki. To co powalało na kolana to formacje skalne i kaniony. A właściwie FORMACJE SKALNE I KANIONY! Małymi literami po prostu nie można tego napisać :-D

Miejsce to jest niczym innym jak tylko ‚maszyną czasu’, a osoby, które lubią choć trochę geologię, byłyby zachwycone. Widać wszędzie jak na dłoni co Matka Ziemia, czy raczej powrot_104Pachamama, potrafi zrobić, mając do dyspozycji odpowiednią ilość wolnego czasu :-P Cały czas się zastanawiam, co musiało się tam dziać miliony lat temu, że powstało coś takiego, i nie potrafię sobie tego wyobrazić. Albo coś tam pękło i się zapadło albo bardzo długo i bardzo mocno było ściskane. Bynajmniej nie pieszczotliwie… Baaardzo chciałbym zobaczyć to w przyspieszonym tempie. Z bezpiecznej odległości najlepiej ;-)

Te 3 dni spędziliśmy na ziemi, pod ziemią, a raz nawet nad ziemią gapiąc się na cuda natury. Dziury w ziemi, warstwy na opak (czyli w pionie zamiast w poziomie), ogromne, trójkątne ‚wzgórza’ w kształcie rekinich zębów, wielkie pęknięcia ziemi, które z daleka przypominały malutkie szczeliny, ciągnące się po horyzont doliny i góry… No i kondory – wielkie i majestatyczne ptaszyska. 3-metrowa rozpiętość ich skrzydeł robi tak naprawdę wtedy wrażenie, gdy sobie uświadamiam, że przeciętne mieszkanie ma wysokość 2,6 metra :-D

Resztę niech opowiedzą zdjęcia. Zrobią to lepiej niż ja ;-)

PS. Od czasu pobytu w tamtym miejscu Panor, gdy tylko usłyszy, że ktoś krzyczy ‚KONDORY’, najpierw sprawdzi, czy w pobliżu nie ma zdradliwego, podmokłego terenu, zanim zacznie biec w stronę wołającego. Inaczej grozi mu ponowne zagubienie buta (ten będzie czekał utopiony głęboko w błocie) i umorusanie po całości :-D

PS.2. Po raz kolejny przekonałem się, że jednak jestem człowiekiem gór i wolę je zdecydowanie bardziej od dżungli :-P (stwierdzenie pisane ‚na gorąco’, bo zaraz po wizycie w Madidi National Park, gdzie na szczęście nie zostaliśmy pogryzieni ani przez mrówki (fire ants i bullet ants – co boli, czy raczej napier… przez nawet 12h), ani pokąsani przez węża o wdzięcznej nazwie bushmaster, który to jest najbardziej jadowitym wężem w tym parku, i ‚praktycznie nie ma szans go zobaczyć’, a którego zobaczyliśmy ze 30 minut po tym, jak nasz przewodnik wygłosił powyższe oświadczenie :-D)

 

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress