Powitanie z Azją – Singapur

Powitanie z Azją – Singapur

Właściwa, a więc pozaeuropejska część naszej podrózy, zaczęła się w Singapurze, państwie mieście położonym na wyspie w pobliżu półwyspu malezyjskiego, do którego dotarliśmy po ponad 12 godzinach lotu z Londynu. Do miejsca naszego noclegu, ServiceWorld Hostel trafiliśmy wieczorem Singapur - Lampionyi po szybkim rozpakowaniu się w ośmioosobowym pokoju bez okna, ale za to z klimą, ruszyliśmy na zwiedzanie najbliższej okolicy i poszukiwanie miejsca do zjedzenia. Okazało się, że nasz hostel znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie chińskiej dzielnicy – kolorowej, pełnej stoisk z różnymi, raczej tandetnymi produktami oraz mnóstwem knajpek z zachęcająco wyglądającym jedzeniem. Z jednej z nich wyprosili nas ze względu na zbyt małe zamówienie, ale już w kolejnej nie mieli z tym problemu. Po kolacji, ze względu na duże zmęczenie, padliśmy błyskawicznie.

Dzień drugi powitał nas deszczem, na szczęście niezbyt dokuczliwym, mogliśmy więc ruszyć na dalszy podbój miasta. Zaczęliśmy od odwiedzenia świątyni buddyjskiej znajdującej się tuż koło naszego hostelu – Buddha Tooth Relic Temple, zawierającej, jak sama nazwa wskazuje, ząb Buddy. Zęba nie widzieliśmy, na widok publiczny wystawiany jest tylko raz do roku, ale sama świątynia, zaledwie pięcioletnia, robi spore wrażenie – głównie ze względu na nieprzerwany szmer modlitw i dźwięk bębenków. Mocno zdobiona i jak to zazwyczaj w tych przybytkach bywa wykorzystująca masę złota wszędzie gdzie to tylko możliwe – a więc dokładnie wszędzie ;-) jest rzeczywiście warta zobaczenia.

Następnie postanowiliśmy dotrzeć do Raffles Hostel znajdującego się w centrum dzielnicy kolonialnej, co oznaczało przebicie się przez całą biznesową część miasta. Widok tylu drapaczy chmur w jednym miejscu naprawdę robi wrażenie; wiele z nich powstało wiele lat temu, jednak wzrok najbardziej przyciągają najnowsze budowle,  Singapur - Marina Bay Sands Buildingz Marina Bay Sands Building na czele. Na dobrą sprawę są to trzy budynki połączone dachem – wygląda to trochę jakby po jakimś potopie osiadł na nich wielki statek.

Pokręciliśmy się trochę po mieście, odwiedzając m.in. Katedrę św. Andrzeja, niezwykle skromną w porównaniu do zwiedzanej wcześniej świątyni, przeszliśmy obok monumentu upamiętniającego ofiary II wojny światowej i japońskiej okupacji, i wróciliśmy na obiad do dobrze juz nam znanej chińskiej dzielnicy. Ponieważ na drugą część dnia mieliśmy zaplanowaną wizytę w oceanarium, do którego bilety dostaliśmy od naszych przyjaciół na pożegnalnej imprezie (dziękujemy!), dwoje z nas (zgadnijcie kto ;-) postanowiło zjeść tematyczny lunch – meduzę z ogórkiem. Singapur - MeduzaNa wszelki wypadek zamówiliśmy też drugie danie, baraninę z warzywami – jak się okazało niepotrzebnie, gotowana, a przynajmniej sparzona meduzka okazała się pyszna i orzeźwiająca. Baraninę oczywiście też zjedliśmy :-) Przez te kilka dni spędzonych w Singapurze zauważyliśmy, że jego mieszkańcy uwielbiają jeść – często widzieliśmy osoby siedzące przy stole zastawionym wieloma różnymi daniami, które przerzucali z talerzyka do miseczki, maczając i mieszając w różnych kombinacjach.

Droga na wyspę Sentosa, gdzie znajduje się oceanarium, była banalna, ale znalezienie celu naszej podróży wśród wszystkich atrakcji, które ona oferuje, nie było już takie proste. Dopiero po przebyciu dużej części tego azjatyckiego Disneylandu na piechotę oraz kilkunastominutowej podróży autobusem, dotarliśmy do celu. Samo oceanarium słynie z najdłuższego podwodnego tunelu, w którym można wypatrzeć masę małych, większych i wielkich ryb – niezłe przeżycie. Singapur - UnderwaterworldW innych pomieszczeniach można podejrzeć różne dziwne stwory, jak gigantyczne kraby, piękne meduzy czy maleńkie ice angels, a nawet pogłaskać płaszczki. Obejrzeliśmy też pokaz różowych delfinów, który zdominowała jednak południowoamerykańska foka Greta :-) genialny zwierzak.

Wieczorem postanowiliśmy odwiedzić Little India, gdzie zjedliśmy pyszną kolację i trafiliśmy na kolejną fetę w świątyni. Gwiazdą wieczoru był dobrze odżywiony Hindus, Singapur - Little Indiaposturą przypominający obywatela Hawajów, który przy akompaniamencie różnych instrumentów i hipnotyzującym śpiewie wiernych tańczył, czy może bardziej zataczał się trzymając czarę ognia. Było to zdecydowanie najbardziej żywiołowe wydarzenie sakralne, w jakim miałam okazję uczestniczyć. Fantastyczne było też to, ze przez te kilka chwil czułam się zupełnie jak w Indiach – uśmiechnięci i wyrozumiali dla innowierców ludzie, znajome zapachy, soczyste kolory… Za tym właśnie tęskniłam :-) I to jest wielka zaleta takiego miejsca jak Singapur – przejeżdżając zaledwie kilka stacji metra możesz się przenieść do zupełnie innego zakątka świata, oczywiście w nieco czystszej wersji, to w końcu nadal Singapur ;-) A skoro już o czystości mowa to rzeczywiście to miasto, zwłaszcza jak na azjatyckie standardy, jest bardzo zadbane. Zapewne jest to zasługa wysokich grzywien, jakie grożą za plucie, śmiecenie albo przewożenie śmierdzących durianów środkami komunikacji miejskiej. Tym bardziej zaskakujący jest więc widok tłumów przechodzących na czerwonym świetle albo poza pasami – przyznam, że na początku mieliśmy wątpliwości czy łamać prawo, ale w końcu pragmatyzm zwyciężył i robiliśmy tak jak lokalersi.

Tego wieczoru jetlag mocno dał się nam wszystkim we znaki – zmusiliśmy się do snu dopiero przed 3 lokalnego czasu, przez co obudziliśmy się 15 minut po zakończeniu doby hotelowej… Na szczęście wyrozumiały Uncle Andrew pozwolił nam ogarniać się pół godziny dłużej i około 1 ruszyliśmy do biura podróży, w którym poprzedniego dnia kupiliśmy bilety autokarowe do Malezji, dowiedzieć się dlaczego mimo ściągnięcia kasy nie dostaliśmy biletów na maila. Po upewnieniu się, że wszystko jest ok. przejechaliśmy do najbardziej historycznej części miasta położonej w dzielnicy kolonialnej – Fortu Canning, z którego przez wiele lat rządzili Anglicy. Singapur - Fort CanningMarta zaległa na trawie, przeżywając swoją właśnie odkrytą silną alergię ananasa, a reszta przechadzała się po okolicy porośniętej tropikalną roślinnością i upstrzoną śladami po Brytyjczykach. Pod wieczór ruszyliśmy odebrać bagaże z hotelu, przypadkiem trafiając na kolejną ciekawą ceremonię, tym razem rozgrywającą się w buddyjskiej świątyni. Akurat kiedy przechodziliśmy obok z jej wnętrza wyszła grupa mnichów, którzy okrążając przybytek rozrzucali dookoła cukierki, ciasteczka i drobne pieniądze – najlepszy dowód, że nasz londyński pech opuścił nas na dobre ;-)

 

18 comments

  1. Pojechana Październik 21, 2013

    Wszystko wskazuje na to, że wpadniemy z Niemenem w grudniu do Singapuru na kilka godzin :-)

    Odpowiedz
  2. puki Sierpień 19, 2013

    W CAMERON HIGHLANDS polecam spróbować ROTI (cheese, bannana, i z curyy). Treking do najwiekszego kwiata „rafflesia” też jest bardzo fajny.

    Odpowiedz
    • polly
      polly Sierpień 20, 2013

      rafflesie tym razem odpuscilismy, ale zrobilismy krotki trekking kolo wodospadu i dalej, do miejscowosci kilka kilosow od tanah rata – bardzo przyjemny :-) oraz banany w jakiejkolwiek formie, przynajmniej dla mnie, nie istnieja, roti natomiast testowane juz wielokrotnie :-)

      Odpowiedz
  3. Sebastian Sierpień 16, 2013

    Trzeba było wziąść autobus miejski z Sin do Johan Baru, a tam autobus do Cameron Highlands, wyszło by taniej i by byłakaska na alko. No ale już po fakcie.
    Zróbcie sobie tam własny trekking po okolicznych polach herbacianych!

    Odpowiedz
    • polly
      polly Sierpień 20, 2013

      bralismy tez i taka opcje pod uwage, ale ostatecznie wygrala opcja najbardziej wygodna :-)

      Odpowiedz
  4. HiszpAnka Sierpień 15, 2013

    Jejuuu, ale Wam zazdroszczę! Głównie tej buddyjskiej świątyni! Czad na maxa! Ciekawe czy Lama Ole tam był, nie Polly?;-p

    Odpowiedz
    • polly
      polly Sierpień 16, 2013

      tego wlasnie nie wiem, mogl sie chowac ze zlosci, ze nie przeczytalam jego ksiazki do konca ;-)

      Odpowiedz
      • HiszpAnka Sierpień 16, 2013

        Hehe spoko, może po odwiedzeniu jeszcze kilku buddyjskich świątyń, za rok Cię najdzie na dokończenie i powrócisz w łaski Jego świętobliwości;-) :-p hihi

        Odpowiedz
  5. Siostra Sierpień 15, 2013

    A jedliście duriany?

    Odpowiedz
    • polly
      polly Sierpień 16, 2013

      to jeszcze przed nami, ale juz pewnie niedlugo sie skusimy ;-)

      Odpowiedz
      • Siostra Sierpień 20, 2013

        To ja koniecznie poproszę o relację :) Jak bardzo śmierdzi i jak bardzo jest dobre :)

        Odpowiedz
        • panor
          panor Sierpień 29, 2013

          smierdzi dosc mocno, w smaku jest w miare ok, dosc ciekawe… ale raczej nie planuje jesc tego wiecej:) potem dosc dlugo sie odbija i nie jest to zbyt przyjemne:) jest tu tyle pysznych owocow, wiec ten na 100% nie zostaje moim top 10 ;D

          Odpowiedz
          • Pojechana Październik 21, 2013

            Bleah, ledwo przełknęłam… Ale są tacy (znajomi nasi, żeby nie było) co się zajadają! Ale to też kwestia dojrzałości i czasu jaki upłynął od zerwania. Nie no fuj! Cebulowy budyń jak dla mnie ;-)

            Odpowiedz
  6. Sheepy Sierpień 15, 2013

    Meduza z ogórkiem??? No proszę Cię Paula, zrobiłaś to specjalnie!! Kto jada meduzę z ogórkiem?? Anyway, dobrze że była jeszcze baranina – przynajmniej się najedliście :-) Podoba mi się to, że po raz kolejny odwiedzacie chińską dzielnicę (w Londynie też byliście) – może Wy po prostu powinniście do Chin pojechać hahaha :-) Pozdrawiam z nudnej Wawy, ze szklanką piwa w ręce pijąc Wasze zdrowie. Powodzenia!!!! P.S. A londyńskiemu pechowi mówi bye bye!

    Odpowiedz
    • polly
      polly Sierpień 16, 2013

      jacha, ze specjalnie, ale byla naprawde pyszna! z checia schrupalabym jeszcze, niestety tu gdzie teraz jestesmy (cameron highlands w malezji) tego akurat nie daja; jest za to masa innych pysznosci. z ciekawostek kulinarnych – w menu chinskiej dzielnicy byly tez takie ciekawostki jak galaretka ze swinskiej skory i oczywiscie masa smazowynych, pieczonych i gotowanych wnetrznosci roznych zwierzat – tego bym chyba nie przelknela… a do chin tez jedziemy, ale to jeszcze pare miesiecy (lol, jak to brzmi!!) oraz pij pij, bo my tu abstynencja prawie kompletna, alko kosztuje najwiecej :-/ pzdr!

      Odpowiedz
      • Sheepy Sierpień 16, 2013

        gotowane wnętrzności zwierząt?! bleeee. Anyway rób zdjęcia i opisuj tak abym sie dobrze przygotowała w podróż w te same tereny. Musimy sie zgadać i spotkać na trasie, przywioze Wam kabanosy i schabowego :-) A i może jakieś alko sie znajdzie. Ciao!

        Odpowiedz
  7. Wieniedikt Sierpień 15, 2013

    ale grube delfiny tam mają.

    Odpowiedz
    • polly
      polly Sierpień 16, 2013

      a ze rozowe to sie nie dziwisz? :P

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress