Północ czy południe

Północ czy południe

Napisanie tego tekstu, a w sumie bardziej zabranie do tego, zajęło mi sporo czasu, ale na swoje usprawiedliwienie mam dwa poważne powody. Pierwszy to nasz wjazd do Laosu, który zauroczył mnie od początku i to do tego stopnia, że po prostu niemożliwe stało się odpalenie laptopa i zabranie za robotę… Być może zbyt dosłownie wzięłam sobie do serca hasło „Welcome to Laos P.D.R. – Please Don’t Rush”, bez pośpiechu proszę, zamiast właściwego rozwinięcia Peoples Democratic Republic. Drugi powód troszkę się z tym wiąże – wracanie myślami do nienormalnego przewodnika, który napadł na nas po wizycie w Ha Long Bay nadal podnosi mi ciśnienie i burzy stan laotańskiego wyluzowania ;-) Ale w końcu sama chciałam o tym pisać…

Po rozstaniu z Jerrym mieliśmy nieco ponad tydzień na zwiedzenie północy Wietnamu, która okazała się zupełnie inna niż dotychczas odwiedzone miejsca. Tuż po drugiej wojnie światowej kraj został podzielony na dwie części – komunistyczną północ i profrancuskie południe. Mimo, że po wojnie amerykańsko-wietnamskiej Wietnam został powtórnie połączony różnice między tymi dwoma regionami są nadal wyraźne, w naszym odczuciu na niekorzyść północy.

Podróż po tej części Wietnamu rozpoczęliśmy od kultowej zatoki Ha Long, atrakcji turystycznej, którą „trzeba” zobaczyć będąc w tym kraju. Do Ha Long City dotarliśmy wieczorem, wybraliśmy pierwszy z ciągu kilkudziesięciu pustych hotelików i ruszyliśmy na kolację. wietnam_polnoc_12Parę lat temu miasto musiało być główną bazą wypadową dla turystów, teraz jednak zatrzymuje się w nim ułamek odwiedzających sławną zatokę (większość przyjeżdża z Ha Noi bezpośrednio na łodzie lub na wyspę Cat Ba), na ulicach było więc pusto i cicho. Na kolację wybraliśmy jeden z niewielu otwartych lokali, w którym siedziało kilkudziesięciu bardzo głośnych Wietnamczyków. Powód tej powszechnej wesołości już po chwili był jasny – wszyscy oni byli zalani w trupa, co nie przeszkadzało im łoić dalej. Ich umiejętności nawet nas, niewylewających przecież za kołnierz, przyprawiły o zdumienie – nasi współbiesiadnicy kielony wódki/whiskey/bimbru popijali szklankami piwa, co musi skutkować konkretnym kacem dnia następnego. Przy każdym stoliku stała skrzynka pełna piwka – przemyślana strategia, kolejne zawsze było pod ręką ;-) Oczywiście już po chwili nasi sąsiedzi postanowili nawiązać kontakt i w międzynarodowym geście przyjaźni wznosili szklanki piwa; nie było wyjścia; trzeba było wypić do dna. Chwilę później, kiedy osuszyliśmy nasze butelki z pierwszego i drugiego zamówienia, panowie postanowili podzielić się swoją skrzyneczką… Po kilku kolejnych rundkach musieliśmy więc zarządzić ewakuację do hotelu – zmęczeni całodzienną podróżą i przerażającym tempem picia nie chcieliśmy się skompromitować ;-) Przed snem udało nam się jeszcze potwierdzić wycieczkę na następny dzień.

Rano przed wypłynięciem wybraliśmy się na śniadanie do tej samej knajpy. Ku naszemu zdziwieniu część klientów z poprzedniego wieczoru już tam była, niemalże od świtu zapijając wódeczkę piwem (najwyraźniej hołdują zasadzie „klina klinem”! Na taki widok natrafiliśmy jeszcze w wielu innych miejscach na północy, co stanowiło najbardziej jaskrawą różnicę w stosunku do południowego stylu życia, gdzie panowie również całymi dniami przesiadują w knajpach, ale piją przede wszystkim kawę i herbatę…

Kilka godzin później, z niewielkim opóźnieniem, zaokrętowaliśmy się na łodzi, na której mieliśmy spędzić dwa dni i jedną noc, podziwiając cud natury – tysiące skalistych wysp i wysepek, tworzących przepiękny i jedyny w swoim rodzaju widok. Z portu wypływa codziennie kilkadziesiąt sporych łodzi z mnóstwem turystów liczących na relaks i miłe wspomnienia. W naszym przypadku było to również pierwsze spotkanie z nieuczciwym tour operatorem i bezczelnymi „przewodnikami”. Pierwszego dnia większość czasu spędziliśmy stojąc na kotwicy (na szczęście w ładnym otoczeniu), czekając na inną łódź, z której dorzucono nam współpasażerów. Wieczorem dopłynęliśmy do wyspy Cat Ba, na której część osób wyszła, kilka doszło, a czas umiliło nam wino wypite po kryjomu w kajucie (ceny alko na łodzi były absurdalne) i pogawędka z dwoma Kanadyjczykami. Rano po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą podróż – zgodnie z informacjami z hotelu, w którym rezerwowaliśmy wycieczkę mieliśmy zobaczyć inną część zatoki, popłynęliśmy jednak trasą z dnia poprzedniego i o godzinie 10.40 (!) dobiliśmy do portu. Opiekun łodzi, z którym podzieliliśmy się naszymi spostrzeżeniami, odwrócił się na pięcie mamrocząc, że on zawsze tak pływa… Chwilę później siedzieliśmy w knajpie, jedząc bardzo wczesny lunch i czekając na busy, które miały nas zabrać do Ha Noi.

Korzystając z wolnego czasu chłopaki pojechali do hotelu wyjaśnić tę drobną nieścisłość i odebrać część kasy (opcja, którą zrobiliśmy była tańsza niż ta, którą mieliśmy nadzieję zrobić). W hotelu oczywiście znajomość angielskiego prysła, dodzwonili się jednak do szefa, z którym poprzedniego wieczoru się targowaliśmy – stwierdził, że jest w Ha Noi, tam się z nami spotka i wszystko wyjaśnimy. Nie brzmiało to zbyt przekonująco, ale dla 10 dolków nie będziemy przecież brać zakładników… W końcu z półgodzinnym spóźnieniem przyjechał autokar, załadowany już prawie całkowicie Wietnamczykami. Przewodnik innej grupy wskazał nam składane krzesełka w przejściu i oznajmił, że to jest właśnie nasza miejscówka na kolejne 5 godzin. Jako że ciśnienie od jakiegoś czasu mieliśmy już nieco podniesione postanowiliśmy zaczekać na busa, który miał zabrać resztę wycieczki. To najwyraźniej odblokowało ciemną stronę osobowości „przewodnika” – stwierdził, że płacąc tak małe pieniądze nie mamy prawa oczekiwać niczego lepszego, a moje stwierdzenie, że 50 dolków nie jest dla mnie małą kasą, ale jeśli dla niego jest to chętnie dostanę je z powrotem, nie poprawiło sytuacji ;-)

Po krótkiej naradzie postanowiliśmy jechać tym, co mamy, ale psychiczny przewodnik nakręcał się coraz bardziej. Robiąc miejsce w bagażniku na nasze plecaki, kopał i rzucał walizkami innych ludzi, krzycząc coś o (z góry przepraszam za słowa, ale to dosłowny cytat) pieprzonych turystach z pieprzonymi plecakami, którzy płacą tak małe pieniądze, że powinni za to tylko spierdalać. Po wejściu do autobusu, niezrażony obecnością innych wietnam_polnoc_19turystów (z których zresztą nikt się nie odezwał) kontynuował, że mamy się zamknąć, nie zanieczyszczać jego kraju (wtf?), płacić i spierdalać. Ponieważ stan kolesia wyglądał poważnie, a sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna, po krótkiej pyskówce umościliśmy się na siedzonkach i skoncentrowaliśmy na tym, żeby w jednym kawałku i bez uszczerbków na zdrowiu dotrzeć do stolicy. Cel osiągnęliśmy i na pierwszym możliwym przystanku, zanim zadzwoni po kumpli, opuściliśmy psychola… Hotelowy szef, z którym mieliśmy się spotkać i wyjaśnić sprawę, odebrał nawet telefon i bardzo chciał się spotkać, ale koniecznie w naszym hotelu… Kierując się być może nadmierną ostrożnością postanowiliśmy nie podawać mu naszego adresu, zresztą chyba słusznie, bo następnego dnia telefon zamiast pana odbierała pani, niemówiąca oczywiście po angielsku ;-) Podsumowując: jeśli chcesz zobaczyć Ha Long Bay, a widokowo jest to warte zrobienia, wycieczkę kupuj w Ha Noi – będzie taniej, łatwiej i pewnie bezpieczniej, a na wypadek reklamacji też będzie więcej możliwości działania.

Ha Noi to nie tylko świetna baza wypadowa do Ha Long czy w inne miejsca. Dla mnie to kwintesencja azjatyckiego miasta, z gwarnymi i zatłoczonymi ulicami, stoiskami pełnymi najróżniejszych towarów, masą pysznego ulicznego jedzenia, ciekawymi zabytkami, nocnym życiem itd. Porównując to miasto do Sajgonu ciężko znaleźć jakąkolwiek wspólną cechę (oczywiście poza tym, że oba znajdują się w Wietnamie, a ruch uliczny jest koszmarny ;). Ho Chi Minh przypomina azjatycką wersję zachodnio-europejskiego miasta, podczas gdy Ha Noi to Azja w czystej postaci. Kolejnych kilka dni poświęciliśmy na snucie się na po wąskich uliczkach, zaglądanie do garów z dziwnymi potrawami, podziwianie świątyń buddyjskich i inne tego typu miejskie rozrywki.

Ze stolicą Wietnamu musieliśmy się jednak pożegnać dość szybko – nasza wiza wkrótce się kończyła, a w planach mieliśmy wizytę w górskiej miejscowości Sapa oraz przeprawę do Laosu. Nocnym pociągiem dostaliśmy się do miasta Lao Cai, skąd do celu mieliśmy już tylko godzinę drogi minibusem. Wjechaliśmy do miasta… i niestety ze względu na niesamowitą mgłę nie mogliśmy go zobaczyć. Widoczność ograniczała się do kilku metrów, a piękną panoramę roztaczającą się z okien hotelu mogliśmy pooglądać tylko na zdjęciach, i kiedy już pogodziliśmy się z tą myślą w pewnym momencie wyszło słońce ;) Jak miało się później okazać była wietnam_polnoc_73to jedna z trzech przerw w dostawie mgły i jeden z niewielu momentów, kiedy mogliśmy zobaczyć jak wygląda miasto i jego górska okolica. Samo miasteczko jest niewielkie ale bardzo klimatyczne – w restauracjach można ogrzać się przy kominku i grzanym winie, a na ulicy porozmawiać z barwnie ubraną przedstawicielką lokalnego plemienia albo z całą grupą tych obrotnych kobiet, które posługują się zadziwiająco dobrym angielskim, a ich umiejętności sprzedażowe stoją na jeszcze wyższym poziomie.

Prognozy pogody na kolejne dni nie nastawiały nas pozytywnie – kolejnego dnia deszcz był prawdopodobny, a jeszcze następnego zaczynała się kilkudniowa wielka ulewa. Po nocy spędzonej w przeraźliwie zimnym pokoju, gdzie tyłki ratowały nam podgrzewane materacyki, postanowiliśmy ewakuować się wcześniej niż zakładaliśmy… Korzystając z ostatnich prawie suchych chwil zrobiliśmy jeszcze kilkugodzinny trekking, czy raczej spacer po okolicy. Tarasy ryżowe, mimo że brązowe, a nie soczysto-zielone, były zachwycające (prawdę powiedziawszy po dniu spędzonym we mgle cieszyliśmy się, że widać cokolwiek), natomiast odwiedzane wioski zaskoczyły mnie swoim „ucywilizowaniem” i niestety skomercjalizowaniem. Każde z tysięcy biur podróży w stolicy ma w swojej ofercie dwie wycieczki – Ha Long i Sapę właśnie. Od kilku lat miasteczko i okolice cieszą się więc gigantycznym zainteresowaniem. Ukształtowało to podejście lokalnych do turystów, które opiera się oczywiście w ogromnej mierze na pieniądzu. Każda rozmowa z góralkami prowadziła do jakiegoś handelku (nie było wyjścia, kupiłam torebkę ;), na wiele próśb zrobienie zdjęcia słyszeliśmy „one dolar”, i generalnie miałam często wrażenie, że jestem jedynie portfelem do wydojenia…

Wieczorem, już w deszczu, ruszyliśmy łapać autobus do prawie przygranicznego miasta Dien Bien Phu, gdzie od razu mieliśmy się wpakować w kolejny bus i przejechać do Laosu. Kiedy nasz kuszetkowy autokar przyjechał zdziwiliśmy się, że wszystkie górne miejsca są już zajęte przez Wietnamczyków – aż do wtedy uważaliśmy, że dolne są lepsze, bo jest jeszcze korytarz, na który można wyciągnąć nogi, wrzucić plecaczki itd. Rzeczywiście jest to zaleta dolnych miejscówek, o ile na kolejnym przystanku nie pousadzają na tym korytarzu kilkunastu kolejnych podróżnych. Poupychani jak sardynki, z nogami powciskanymi między nasze nogi, ludzie ci spędzili kolejne kilkanaście godzin – a dla nas była to jedna z najgorszych podróży do tej pory. Oliwy do ognia dolewał fakt, że kolejny raz na północy spotkaliśmy się z nieuprzejmą, a nawet nieco agresywnie nastawioną obsługą busa. Po 14 godzinach jazdy (i trzygodzinnym postoju gdzieś pośrodku niczego), mocno spóźnieni dotarliśmy do celu. Nasz autobus do Laosu zdążył już oczywiście odjechać, nie pozostało nam więc nic innego jak w strugach deszczu znaleźć nocleg i poczekać do kolejnego poranka na kolejny autokar. O 5:30 siedzieliśmy już w środku, punktualnie o 6 ruszyliśmy – i po kilkuset metrach zatrzymaliśmy się na śniadanie kierowców… Godzinę później przejechaliśmy w kolejne miejsce w Dien Bien Phu, potem jeszcze w inne, aby w końcu, po 4 godzinach i na lekkim wkurwie (znów niezawodna obsługa i pijani współtowarzysze) wyjechać z miasta i skierować się w stronę upragnionego Laosu.

 

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress