Plażowe zapiski z Filipin

Plażowe zapiski z Filipin

Po Filipinach obiecywaliśmy sobie bardzo wiele, bo kraj był zachwalany przez wszystkich znajomych, którzy mieli okazję tam trafić. Już podczas załatwiania wiz w Warszawie (co kilka dni później okazało się bezcelowe, teraz wszyscy obywatele polscy dostają na wjeździe wizę na 30 dni) przechwycił nas bardzo sympatyczny pan, który rozłożył przed nami mapę swojej ojczyzny i reklamował poszczególne wyspy. Co do zasady nie zawiedliśmy się (i nie mam tu na myśli mocnych przeżyć przy okazji tajfunu), jednak nadal w klasyfikacji miejscówek, które zdobyły nasze serca, zdecydowanie prowadzi Indonezja. Ale po kolei…

Przelot z Bali do Kuala Lumpur, a później z KL do Manili, mieliśmy wykupiony wcześniej w ramach biletu RTW. Dzień przed wylotem dokupiliśmy jeszcze jeden odcinek – z Manili do Coron. Skoro i tak mieliśmy spędzić w podróży większą część doby, uznaliśmy że kilka godzin więcej nie zrobi różnicy ;-) Wrodzona podróżnicza intuicja podpowiedziała nam, aby kupić nie pierwszy możliwy ale kolejny lot, co dawało nam dodatkowe trzy godzinki na manilskim lotnisku. Szczęście nas nie odpuszczało – jak się okazało Air Asia w naszym wypadku przylatywała nie na główne manilskie lotnisko, z którego mieliśmy wylecieć do Coron, ale na Clark, jedyne półtorej godziny jazdy taksówką (o czym nie wiedzieliśmy). W naszym przypadku oznaczało to, że zdążyliśmy na samolot prawie na styk; przy wcześniejszym locie nie byłoby na to najmniejszej opcji… Akcja z innym lotniskiem nie była jedynym zdziwkiem, jakie spotkało nas na samym początku. Przy wyjmowaniu gotówki z bankomatu zostaliśmy poinformowani o obowiązkowej opłacie dla posiadaczy obcych, tj. niefilipińskich kart w wysokości 200 peso (14 PLN), w dodatku maksymalna kasa, jaką można było wyciągnąć jednorazowo w większości bankomatów to równowartość 700 PLN. Ponieważ twardej waluty nie posiadaliśmy, padliśmy ofiarą tej zbrodniczej zmowy banków jeszcze wielokrotnie ;-)

Wraki – klejnot w Coronie

Nasz początkowy cel, Coron, to miasteczko położone na wyspie Busuanga, które znane jest z przepięknych miejscówek do snurkowania, leniuchowania oraz oczywiście nurkowania. coron_05Pierwszy bardzo deszczowy dzień spędziliśmy jednak odpoczywając w pokoju i poznając lokalne smaki. Kuchnia filipińska nie przypomina żadnej innej azjatyckiej kuchni, jaką mieliśmy przyjemność posmakować. Po miesiącu tam spędzonym muszę powiedzieć, że była to raczej nieprzyjemność… W jadłospisie przeciętnego Filipińczyka króluje świnia (a mówiąc precyzyjniej gruba warstwa tłuszczu z maleńkim udziałem mięsa) oraz kurczak (ale i w tym miejscu konieczne wyjaśnienie, części kurczaka, które tutaj się jada, w Polsce być może dostają jakieś biedne psiaki – chrząstki, skóra i miliony kosteczek; cudem wszyscy mamy nadal kompletne uzębienie). Powyższe wkładki mięsne podaje się z różnymi sosami (te akurat są całkiem spoko, chociaż znów zdziwienie – w ogóle nie są pikantne) i papkowatym ryżem (naprawdę nie wiem czemu we wszystkich wcześniejszych krajach ryż zawsze był dobry, a tutaj taka poracha)… Przez ostatnie tygodnie zdążyliśmy się przyzwyczaić, że praktycznie to samo jada się na śniadanie, obiad i kolację, ale na litość boską – kotlet o świcie nawet mnie przerasta!! ;-) Oczywiście zdarzały się smaczne dania, ja dwa razy spróbowałam potrawy na bazie świńskiej krwi, która smakowała dokładnie jak nasza kaszanka, a więc dobrze, ale co do zasady musieliśmy szukać alternatywy dla ulicznej kuchni Filipin. W konkurencji pyszności wygrywają obiadki serwowane w trakcie island hoppingu (a więc wyprawy łódką od jednej pięknej plaży do innej cudownej zatoczki) – grillowane ryby, kraby, wielkie kawałki kurczaka w marynacie i sałatki zdecydowanie bardziej trafiały w nasze gusta.

Wracając do Coron – jak tylko przestało padać (a więc kolejnego dnia) wyruszyliśmy na rejsik łódką. W planie mieliśmy snurki nad kilkoma pięknymi rafami koralowymi, piękne jezioro Kayangan malowniczo położone wśród skał oraz plażę na jednej z wysp. Od początku silnik naszej łodzi sprawiał wrażenie lekko niedysponowanego, aby przed ostatnim przystankiem, najdalej od miasta, zupełnie odmówić posłuszeństwa. Nasz przewodnik uznał jednak, że nie ma się czym przejmować, koledzy silnik naprawią, a my w tym czasie zrealizujemy plan i na Coral Garden dostaniemy się wpław. Przepłynęliśmy więc całą grupą nad rafą upstrzoną jeżykami, dotarliśmy do podwodnego ogrodu, zaczęliśmy marznąć – a łódź nadal stała gdzie ją zostawiliśmy… Postanowiliśmy więc wrócić w ten sam sposób, aby przekonać się, że kapitan łodzi nie naprawił i nie naprawi, a pomocy nie wezwie, no bo przecież ani radia ani telefonu nie posiada… Na szczęście Panor rano zdążył naładować swoją filipińską kartę i po pewnym czasie pojawiła się druga łódź. Próba wzięcia naszej łajby na hol zakończyła się głośnym trzaskiem czegoś drewnianego i nerwowymi pokrzykiwaniami załogi, feralna łódka  z kapitanem i pomagierem została więc porzucona na pastwę losu, a my na nowej łodzi odpaliliśmy silnik… który natychmiast zgasł. Po kilku nerwowych i pełnych niedowierzania chwilach udało się jednak to cholerstwo uruchomić i już po ciemaku, szukając podwodnych skał za pomocą latarki telefonu komórkowego (!) dotarliśmy do portu.

Kolejne dni spędziliśmy na nurkowaniu – najpierw w Barracuda Lake, w którym co prawda barakudy nie spotkaliśmy, ale z ręki karmiliśmy wygłodniałe sumiki oraz krewetki (wystarczyło zmiażdżyć coron_06kilka ślimaków aby zdobyć wierną rzeszę wielbicieli) i doświadczyliśmy odwróconej termokliny w bardzo gorącej słodkiej (38 stopni) i chłodniejszej słonej wodzie (30 stopni). Następnie udaliśmy się na wraki zatopione w trakcie drugiej wojny światowej – nurki we wnętrzu statków, przepływanie z jednego pomieszczenia do kolejnego i podziwianie wodnego życia anektującego każdą wolną przestrzeń to naprawdę super doświadczenie, które wszystkim nurkom (nawet tym bez wymaganych certyfikatów) gorąco polecamy!

W tak zwanym międzyczasie okazało się, że nasza łódź, którą mieliśmy przepłynąć do El Nido, została odwołana ze względu na awarię silnika, kolejna z bliżej nieznanych względów również… W dodatku opowieści przyjaciół oraz osób, które przeżyły tę planowo kilkugodzinną, a często wielokrotnie dłuższą podróż, nie nastrajały pozytywnie. Szybka decyzja zaowocowała zmianą planów – kupiliśmy lot do Puerto Princesa i drogą lądową dotarliśmy do kolejnego przystanku.

El Nido czyli filipiński Ha Long

W El Nido dla odmiany powitał nas deszcz ;-) Po totalnie suchej Indonezji ilość wody, jaka spadała na Filipiny trochę nas zszokowała – na szczęście złe prognozy w większości się nie sprawdziły i następnego dnia bez większych obaw wypożyczyliśmy kajaczki i ruszyliśmy na podbój osławionych pięknych plaż. Nie dotarliśmy co prawda daleko, zaledwie na najbliższą wyspę, ale praktycznie bezludne plaże warte były każdego machnięcia wiosłami. Piękna przyroda dobrze nas nastroiła na kolejny island hopping, ale że nie spieszyło się nam nigdzie postanowiliśmy poczekać na naprawdę dobrą aurę.

Nie zawiedliśmy się – parę dni później spędziliśmy kilka fantastycznych godzin w uroczych i wcale nie zatłoczonych miejscówkach, zajadając się kolejnym pysznym lunchem. elnido_31W okolicy El Nido jest tak wiele przepięknych wysepek, że można spokojnie spędzić cały tydzień przemieszczając się łodzią do różnych punktów i wcale nie mieć dość. Niezwykła rzeźba terenu upodabnia to miejsce do osławionej wietnamskiej zatoki Ha Long, a według niektórych nawet z nią wygrywa – przekonamy się o tym już wkrótce J To, co z pewnością działa na korzyść filipińskich wysepek, to stosunkowo niewielka liczba turystów – nie mieliśmy problemu ze znalezieniem plaży tylko dla siebie, chociaż oczywiście trochę łodzi dookoła krążyło. Mogło to też oczywiście wynikać z faktu, że byliśmy tam na początku sezonu, zapewne w szczycie trochę się to zmienia ;)

Po powrocie do miasta zostaliśmy zaproszeni na wieczorną balangę urodzinową jednego z mieszkańców El Nido – tak oto z ustawionego na świeżym powietrzu sound systemu popłynął set Fajfera, przy którym bawiło się filipińsko-międzynarodowe towarzystwo. Pech straszny, że tutejszy rum jest tak zdradziecko mocny i impreza skończyła się dla nas wcześniej, niż byśmy tego chcieli – no ale po takim czasie w abstynencji nie mogliśmy nie wyjść z wprawy ;-) Kolejny dzień w dużej mierze spędziliśmy w łóżkach, a później na pobliskiej plaży – bezalkoholowo…

Puerto Princesa – miasto na bank

Z El Nido wróciliśmy bezpośrednio do Puerto Princesa – nie było innego wyjścia, gotówka topniała w zastraszającym tempie, a jedyne na całym Palawanie bankomaty (w ilości oszałamiającej) obsługujące cudzoziemskie karty znajdują się właśnie tam, a więc kilkaset kilometrów od miejsca, w którym byliśmy… 1 listopada, pielęgnując rodzime tradycje, ruszyliśmy na komunalny cmentarz, gdzie przekonaliśmy się, że Filipińczycy, mimo tej samej wiary co my spędzają to święto nieco inaczej. Też na cmentarzach, też z rodziną, ale na wesoło, jedząc świński tłuszczyk na świeżo pomalowanych grobach, paląc papierosy i słuchając muzyki razem z tymi, którzy odeszli. Wiara zajmuje w Filipinach, podobnie jak w całej Azji, dość istotne miejsce, a widok kościołów wśród palm na początku mocno dziwi ;-) Mi najbardziej podobały się jednak indywidualne manifesty wiary, jak np. pokryty graffiti ze świętą rodziną jeepney (lokalny środek transportu, skrzyżowanie jeepa z osobową ciężarówką) czy zdobione „na królewicza” figurki  młodego Jezusa znajdujące się w sklepach i knajpach.

Największą atrakcją Puerto Princesa (poza ogromną liczbą bankomatów) jest podziemna rzeka, znajdująca się jedyne kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Na wycieczkę do tego miejsca, ogłoszonego jednym z 7 nowych cudów świata natury, wybraliśmy się z lokalnym tour operatorem, który zgrupował nas razem ze sporą wycieczką z Korei ;) Tej nacji jeszcze nie znaliśmy – braki zostały szybko nadrobione, a ich zachowanie od razu wprawiło nas w dobry nastrój. Dlaczego? Otóż jak się okazało bardzo żywiołowo i, co najważniejsze, jednocześnie, reagują na otaczający ich świat i przedstawiane informacje. Co to znaczy? Po każdej odpowiedzi na puerto_princessa_06pytanie o naszą narodowość, cel podróży czy cokolwiek innego, cała dziewiątka robiła głośne WWWWOOOOWWW!!! albo OOOOOOO!!!, jakby właśnie poznali jakąś nieprawdopodobną wręcz nowinę. Podobnie reagowali na widok morza zza drzew albo duże fale podczas płynięcia łódką – nie sposób w końcu się nie roześmiać :-D Nie do śmiechu było jedynie naszemu przewodnikowi, który po tym, jak grupa zamiast czekać w kolejce do łódki postanowiła focić siebie na tle morza wyszeptał, że Koreańczycy to najgorsi turyści ze wszystkich nacji – nam jednak wydali się sympatycznie śmieszni ;-) Wesołą atmosferę dodatkowo podtrzymał nasz „flisak”, który opowiadając o jaskini, w której płynęliśmy, sypał żartami jak z rękawa. Płynęliśmy więc przez batroom (komnatę wykorzystywaną przez nietoperze jako sralnik) i oglądaliśmy nagi tyłek Sharon Stone (formacja skalna łudząco przypominająca nagą kobietę) w bardzo dobrych humorach ;-)

Z Puerto Princesa przenieśliśmy się na cudowną wysepkę Malapascua, na której spotkaliśmy się z zupełnie niecudownym tajfunem Haiyan, o czym możecie przeczytać tutaj >>>, a następnie po wydostaniu się z wysepki i zameldowaniu rodzinom przenieśliśmy się z Cebu do Puerto Galera.

Fuck & dive w Puerto Galera ;)

Pobyt tam wykorzystaliśmy na… (uwaga, niespodzianka) nurkowanie i leniuchowanie ;-) W okolicy miasta znajduje się kilkadziesiąt świetnych miejsc nurkowych – tym razem mieliśmy okazję podziwiać zarówno maleńkie stworzonka (całą masę ślimaków i krewetek), węże morskie, duże kraby (w tym jeden pięknie obrośnięty miękkim koralem) wielkie ławice przeróżnych, głównie małych rybek, a także niewidziane wcześniej stargazery (przedziwne, spore ryby błyskawicznie zakopujące się w piasku). Dzięki uprzejmości Stefana ze Szwajcarii prezentujemy też kilka podwodnych fotek (w tym kilka z nocnego nurka).

W trakcie ponurkowych spacerów puerto_galera_06po Puerto Galera obserwowaliśmy zupełnie inne ciekawostki. PG można najkrócej określić jako miasto szczególnej miłości… Wszędzie, dosłownie w każdym miejscu, wpada się na mieszane biało-ciemniejsze pary – w zdecydowanej większości męska część tej pary to bardzo dojrzały, żeby nie powiedzieć stary białas, uwieszony na ślicznej, około dwudziestoletniej Filipince. „Zakochani” chodzą objęci jak nastolatki, niemal jedząc sobie z dziubków cieszą się tą „prawie” bezinteresowną radością daną im (czy może bardziej jemu) na czas kilkutygodniowych wakacji. Momentami było to naprawdę mało apetyczne ;-) Przy okazji warto napisać o innym ewenemencie Filipin – roi się tutaj od chłopaków wyglądających jak dziewczyny, ale nie starających się ukryć swojej pierwszej płci, jak to ma miejsce np. w Tajlandii. Szczególnie wielu chłopaków z pięknymi włosami paradujących w obcisłych damskich ciuszkach spotykaliśmy w El Nido – ciekawy obrazek, który nikogo tutaj nie oburza. Po tradycyjnej Polsce, w której coraz większą popularność zdobywają żenujące parady prawdziwych patriotów, taka tolerancja w katolickim przecież kraju miło zaskoczyła ;)

Ostatnie godziny na Filipinach spędziliśmy w Manili, ciesząc oko nieprawdopodobnymi wręcz korkami. Poza przebiciem się z dworca do hostelu w okolice lotniska nie zrobiliśmy już absolutnie nic. I to jest ten jeden drobny niedosyt, jaki mam po Filipinach – z powodu czających się na nas niespodzianek pogodowych nie zwiedziliśmy w tym kraju żadnych większych miast. Wrażenie to zacieramy właśnie w wietnamskim Ho Chi Minh – a na Filipiny pewnie jeszcze kiedyś wrócimy ;)

 

4 comments

  1. Pojechana Luty 9, 2014

    Ale cuda pod wodą, bosko! A na Filipinach (my je akurat ubóstwiamy) je się ryby i owoce morza i wtedy jest pysznie, ale to już Wam mówiłam :-P No i mango w każdej postaci i potrawkę z kwiatu banana, ajć!

    Odpowiedz
  2. Karolina Listopad 19, 2013

    Mnie też korki dobijały, czasami czekaliśmy nawet 40 min. na jeepneya, żeby przejechać z jednej części Metro Manila do drugiej. Szczerze mówiąc za wiele nie straciliście nie zwiedzając Manili ;) Warte zobaczenia jest Intramuros i Chiński Cmentarz, no i Makati, ale bardziej w celu zobaczenia jak żyje się niewielkiemu procentowi Filipińczyków ;) Może jeszcze kiedyś uda Wam się tam wrócić i nadrobić zaległości :) Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    • Polly Listopad 20, 2013

      To czego szczególnie żałuje to Cebu City, ale po znalezieniu info o kolejnym tajfunie, który miał przejść przez okolice uznaliśmy, ze mamy juz dość ;-) Moze kiedyś jeszcze uda sie tam trafić, zwłaszcza ze nie zobaczyłam wyrakow, a wiec wyjazdu na Filipiny nie uważam za zaliczony!

      Odpowiedz
  3. amister Listopad 19, 2013

    Fuck&Dive :o)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress