Piekło w raju

Piekło w raju

Lot na Cebu kupiliśmy jeszcze na Bali – zamierzaliśmy odwiedzić wyspę Bohol, gdzie znajdują się sławne Czekoladowe Wzgórza, w pierwszej kolejności ruszyliśmy jednak w stronę położonej na północy wyspy Malapascua, która przyciąga nurków z całego świata możliwością spotkania z rekinami kosogonami. W trakcie jazdy autobusem żegnaliśmy odchodzący tajfun Wilma, który przyniósł solidne opady deszczu i spowolnił nas lekko powalając drzewo na jedynej drodze. Przed północą dotarliśmy do portowej miejscowości Maya i zakwaterowaliśmy się w rodzinnym Abba Guesthouse, gdzie dowiedzieliśmy się o kolejnym tajfunie, który tworzył się nad oceanem. Informacja nie brzmiała przerażająco – tajfun miał być jedyneczką w pięciostopniowej skali, nie zastanawiając się więc długo z samego rana popłynęliśmy na Malapascua’ę. Szukając hotelu kierowaliśmy się jednak nie tylko, tak jak dotychczas, ceną, ale również solidnością budynku. Sprawdziliśmy kilka miejsc zanim dotarliśmy do Exotic Island Dive Resort – najlepszego i najsolidniejszego hotelu na wyspie. Niespodziewanie los się do nas uśmiechnął: albo nasze umiejętności targowania się sięgnęły zenitu, albo przyjmujący nas kolega miał wyjątkowo dobry dzień – w każdym razie za dobę w super ekstra deluxe pokoju mieliśmy płacić nie 7200, a 2000 peso za cztery osoby! W normalnych okolicznościach jest to kwota przekraczająca nasz budżet na mieszkanie, ale tym razem miały być one nieco inne. Z perspektywy potajfunowej oceniamy to jako najlepszą możliwą decyzję – Exotic był jedynym kompleksem na wyspie, który przetrwał Yolandę praktycznie bez szwanku…

Zanim jednak na poważnie przejęliśmy się nadchodzącym tajfunem spędziliśmy fantastyczny dzień na plaży, haiyan_83a kolejnego ruszyliśmy na nurki, które okazały się jednymi z ciekawszych w czasie całej tej podróży. Na spotkanie z rekinami ruszyliśmy jeszcze przed świtem, aby o 5 rano wraz z wieloma nurkami wejść do wody. Kosogony, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam, charakteryzuje niesamowicie długa płetwa ogonowa, którą ogłuszają ofiarę, aby później spokojnie skonsumować. Monad Shoal położone w okolicy Malapascua to jedyno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można je spotkać. My mieliśmy wielkie szczęście zobaczenia kilku i muszę powiedzieć, że był to jeden z bardziej niesamowitych podwodnych widoków, jaki miałam okazję oglądać.

Tego dnia zeszliśmy pod wodę jeszcze dwa razy; oba nurki zrobiliśmy obok wysepki Gato. Te miejsca nurkowe cechuje niezwykła różnorodność – w jednej chwili oglądaliśmy piękne ślimaki albo koniki morskie, a chwilę później podziwialiśmy przepływającego obok rekina białopłetwego albo największą barakudę, na jaką kiedykolwiek się natknęliśmy. Miejscówka zachwycała również przepięknymi miękkimi koralami, których widzieliśmy całe mnóstwo, fajnym przeżyciem było również przepłynięcie podwodnym tunelem, na końcu którego znajdowała się duża „komnata”, a w niej jaskinia. W pełni usatysfakcjonowani wróciliśmy do hotelu – na kolejny dzień mieliśmy zaplanowane jeszcze jedno zejście na rekiny i być może coś jeszcze. Już wieczorem zaczęły nam jednak więdnąć nastroje…

Razem z Maćkiem i poznanym w czasie nurków Lorenzo powłóczyliśmy się trochę po knajpkach i sącząc piwo z jego znajomymi zaczynaliśmy odczuwać coraz większy stres. haiyan_14Wiedzieliśmy już, że zbliżający się tajfun wpadł w najwyższą, piątą kategorię, a opowieści o ewakuowanym hotelu, który teraz był cały zabijany dechami czy wspomnienie mamy jednego z kolegów, która zginęła na wyspie w czasie poprzedniego, nie tak mocnego tajfunu, pobudzały tylko wyobraźnię. Dla nas przeżyciem byłby jakikolwiek tajfun, supertajfun to coś zdecydowanie ponad nasze pojęcie… Na domiar złego nasze nurki zostały odwołane – nie było już chętnego do wypłynięcia na morze, wszystkie łodzie były wciągane na ląd albo chowane w małej zatoczce. Nie pozostało nam już nic więcej niż w delikatny sposób poinformować rodziny o nadchodzącym tajfunie – zanim jednak wymyśliłam jak to zrobić, żeby nie wywołać zbiorowej histerii okazało się, że na już też za późno ;-) Siostra zaczepiła mnie pytaniem gdzie dokładnie jesteśmy, bo jej kolega nurek jest na Malapascua i pisze, że cała wyspa na pewno będzie zniszczona bo idzie wielki tajfun, kto mógł już się ewakuował i generalnie nie ma nadziei… Mimo to starałam się nieco uspokoić nastroje, że na pewno będzie ok., bo budynek mamy mocny i przecież nie może wiać tak mocno, żeby go rozwaliło; już wkrótce sama powtarzałam sobie te słowa jak mantrę :-/ Przed snem rozśmieszył nas jeszcze Panor, który w ostatnim smsie przed wyłączeniem zniszczeniem sieci komórkowej dostał dwa darmowe dzwonki na telefon – żartował, że propozycje operatora to „Hope” i „November Rain” ;-)

W piątek obudziliśmy się przed 6 rano – na zewnątrz było pochmurno, ale nie padało, a wiatr był niezbyt mocny. Wkrótce jednak wichura zaczęła przybierać na sile – o 7 z dwóch rosnących obok liściastych drzew poleciały gałęzie, o 8 padła pierwsza palma, po niej poleciały kolejne (jedna przeleciała po naszym dachu i zwisała smętnie do góry nogami tuż przy oknie). Rozlegające się od początku głośne walenie skończyło się około 9:30 – właśnie wtedy wszystkie palmy rosnące w bezpośrednim sąsiedztwie budynku i uderzające w ściany straciły czubki, a w kilku przypadkach zostały wyrwane z korzeniami. Staraliśmy się udawać, że nas to nie rusza – siedząc na łóżku i oglądając „Breaking Bad” sączyliśmy rum i piwka, jednak po chwili postanowiliśmy przenieść się do łazienki – wiatr walił prosto w wielkie okna naszego pokoju, które co prawda były częściowo zastawione dyktą, a my dodatkowo zasłoniliśmy je zasłonami, materacem i łóżkiem, ale w każdej chwili spodziewaliśmy się, że oberwiemy kokosem, palmą czy kawałkiem dachu… Jak się później okazało nasze obawy były jak najbardziej słuszne – jakimś cudem w szczelinę między dyktą a oknem (kilka centymetrów) wbił się kilkumetrowy kawałek łodzi, prawdopodobnie część masztu. Gdyby coś takiego wjechało od innej strony byłaby szansa na bobrowy szaszłyk :-/

Nasz łazienkowy schron szybko stracił swoje walory. Wiatr zaczął zmieniać kierunek, po chwili przed zakratowane okienko (brak szyby był mimo wszystko atutem) zaczęła wpadać woda, w dodatku wiało coraz mocniej, a dźwięk wpadającej przez kraty wichury przypominał coś jakby rozpędzające się do nieskończoności śmigło, które groziło oderwaniem się… Przenieśliśmy się więc z powrotem do pokoju – haiyan_20kolejna dobra decyzja, kilka minut później nie byliśmy w stanie otworzyć drzwi do łazienki, a przez szparę wlewała się woda – po chwili na podłodze mieliśmy jej prawie po kostki. Z powodu niedostępnej toalety musieliśmy stworzyć ‘pokojowy’ kibelek, z którego z powodu wypitych wcześniej płynów wzmacniających musieliśmy skorzystać ;-) Koło godziny 10 hardcore przerodził się w prawdziwy armagedon – dookoła nas wszystko huczało i wyło, budynek trząsł się w posadach, drżało też łóżko na którym siedzieliśmy. Ponieważ wiatr wiał w „plecy” budynku mogliśmy uchylić drzwi, widok był jednak tak przerażający, że szybko je zamknęliśmy, nikomu nie przyszło też do głowy kręcić filmiku… Widoczność ograniczała się do kilku metrów, wszystko było skryte za ścianą wody walącej z nieba i z morza, kikuty palm i oderwane dachy już nawet nie chwiały się pod wpływem wiatru, tylko trwały wygięte w zupełnie nienaturalnej pozycji. Jednak tym, co przerażało nas najbardziej były ostatnie prognozy, jakie widzieliśmy – według nich najgorsze miało dopiero nadejść, a tajfun w pełnej sile dojść miał do nas między 11 a 13. I to właśnie była rzecz, o której nie mogliśmy przestać myśleć, mimo że bardzo się staraliśmy – skoro teraz jest tak źle, to co będzie za chwilę?!? Wraz ze zbliżaniem się do godziny 11 zaczęliśmy nieśmiało zauważać, że wiatr chyba nieco słabnie, było jednak jeszcze za wcześnie na radość, bo mogło to też oznaczać, że przesuwa się nad nami oko tajfunu, a więc równie dobrze możemy być w połowie… Około 12 nie mieliśmy już wątpliwości, wichura faktycznie słabła, wiało na pewno grubo ponad 100 ale już nie 260 km/h (w podmuchach do 320), jak podobno było w najgorszym momencie. Wyszliśmy na balkon, skąd roztaczał się przerażający widok na kompletnie zrujnowaną okolicę. Nie licząc naszego hotelu, który przetrwał bez większych uszkodzeń, cała okolica wyglądała koszmarnie. Połamane i powyrywane drzewa, drewniane chatki najbliższej wioski bardzo poważnie uszkodzone (wszystkie bez dachów, część zawalona), dach hotelu naprzeciwko jakby ugodzony strzałą – z wbitą wielką belką, stanowiącą wcześniej element nośny jakiegoś dachu. Po trzech kolejnych godzinach poczuliśmy się na tyle pewnie, żeby wyjść z budynku i ocenić, jak wielkie zniszczenia spowodował tajfun. Widok mroził krew w żyłach – okazało się, że dzięki sąsiedztwu z naszym hotelem i wielkim murem, który go otaczał, „nasza” wioska ucierpiała nie tak bardzo, jak kolejna, położona z dala od hotelu. Była ona kompletnie zrównana z ziemią, kilkadziesiąt domków zostało przemielonych przez ogromną siłę tak bardzo, że nie została nawet jedna stojąca ściana. Ludzie, którzy kiedyś tam mieszkali chodzili teraz po półmetrowej warstwie kawałków blachy, drewna, części swoich dawnych okien i drzwi, a także kabli wysokiego napięcia wymieszanych z ubraniami i elementami wyposażenia. Dopiero ten dramatyczny widok, a nie wcześniejsze przeżycia w pokoju, spowodowały, że popłynęły nam łzy… Zniszczenia były ogromne, zdawaliśmy też sobie sprawę, że ci ludzie jeszcze przed tajfunem nie mieli prawie nic, a teraz nawet to zostało im odebrane. Na szczęście nie spełniły się nasze najgorsze obawy, że możemy również natknąć się na ciała – z tego co wiemy na wyspie nikt nie zginął i była to jedyna dobra wiadomość, jaką wtedy uzyskaliśmy.

Przez cały atak tajfunu najbardziej martwiliśmy się właśnie o mieszkańców tych wioseczek – jeszcze w czwartek wielu z nich mówiło, że piątek zamierzają spędzić w swoich domach i sklepikach. Jak się później na szczęście okazało ostatecznie ewakuowali się oni do szkoły, hoteli i innych murowanych domów, dzięki czemu z tego co wiemy na wyspie nie było ofiar śmiertelnych. Wiele było jednak miasteczek i wiosek, w których sąsiedztwie nie było dobrze wykonanych budynków; w tej sytuacji w starciu z żywiołem mieli oni bardzo niewielkie szanse na przeżycie…

We wspomnieniach z przejścia tajfunu nie można pominąć nieprawdopodobnej wręcz organizacji i przygotowania naszego hotelu. W czwartkowy wieczór rozdali krótkie info o tym, żeby w piątek nie wychodzić z pokoju, ogłosili wcześniejsze rozpoczęcie happy hours (skwapliwie wykorzystywane ;-), a następnie zebrali zamówienia na posiłki na następny dzień. haiyan_35Podśmiewaliśmy się, że trochę to podobne do grającej do końca orkiestry z Titanica i że na pewno nie ma co liczyć na jakiekolwiek dostawy – ale ku naszemu zdziwieniu około 8 rano, już w czasie wichury, dotarły do nas zamówione omlety ;-) Na obiad musieliśmy poczekać nieco dłużej, a zestaw był jednakowy dla wszystkich (podobnie jak kolacja), ale nadal – nie spodziewaliśmy się dostać czegokolwiek, biorąc pod uwagę, że kuchnia i restauracja znajdowały się bezpośrednio na plaży, a wszystko dookoła było zniszczone! Już wieczorem mieliśmy z powrotem prąd, działającą klimatyzację i wodę pod prysznicem – luksus, jakiego mieszkańcy wyspy nie zaznają przez najbliższe kilka tygodni, a może i miesięcy… Przez kolejne godziny i dni Exotic, jako jedyny w pełni działający hotel z otwartą restauracją, był centrum kryzysowym dla wszystkich turystów przebywających na wyspie. Już w sobotę rano wypłynęła pierwsza łódź, która miała za zadanie sprawdzić sytuację na lądzie i wysłać w świat wyczekiwaną przez nasze rodziny informację, że goście hotelu są cali i zdrowi. Kolejnego dnia pierwsza duża grupa białasów przepłynęła na Cebu – my zabraliśmy się w poniedziałek rano i od momentu dotarcia na większy ląd szukaliśmy zasięgu sieci komórkowej, żeby w końcu zadzwonić do domu, osobiście uspokoić nasze rodziny i usłyszeć, że w Polsce wszyscy jakoś wytrzymali te nerwowe dni.

Zanim jednak opuściliśmy wyspę Marta i Panor mieli okazję zanurkować na hotelowej rafie, pielęgnowanej przez Exotica od co najmniej 12 lat. Był to pierwszy nurek po tajfunie i ku przerażeniu wszystkich okazało się, że zamiast pięknej rafy jest tylko piach i dwa martwe korale, a z zatopionych wielotonowych samochodów zostały dwa koła i kawałek podwozia. Kontrolne nurkowanie w miejscu występowania kosogonów potwierdziło, że zniszczenia sięgają nawet na głębokość 30 m! Nurkom udało się na szczęście namierzyć kilka rekinów, nie wiadomo jednak, czy wobec zmiany środowiska nie zdecydują się przenieść gdzieś indziej – co dla wyspy żyjącej z życia podwodnego będzie stanowiło smutny koniec ;/

Kiedy kończyłam pisać te słowa siedząc w knajpie w Puerto Galera CNN podało, że w Cebu, gdzie byliśmy jeszcze dzisiaj rano, uderzyło trzęsienie ziemi… Ciekawe ile jeszcze mieszkańcy Filipin będą w stanie wytrzymać :-/

UWAGA! Zbieramy kasę na pomoc dla mieszkańców wyspy Malapascua! Pieniądze są potrzebne nie tylko na materiały budowlane, ale w pierwszej kolejności na jedzenie i wodę – do momentu kiedy opuściliśmy wyspę dotarła na nią zaledwie jedna (!) łódź z pomocą, co nie wystarczyło dla wszystkich poszkodowanych. Wszystkie środki, które przelejecie przekażemy do hotelu Exotic, który z pewnością sprawnie je zagospodaruje i realnie pomoże całej wyspie. LICZYMY NA WASZĄ SZYBKĄ POMOC I Z GÓRY SERDECZNIE DZIĘKUJEMY!!!

 

5 comments

  1. Malapascua, Filipiny. Piekło, czy raj? | ethnopassion Grudzień 23, 2014

    […] Fot. 4bobry.pl […]

    Odpowiedz
  2. Anna Listopad 13, 2013

    Serce mi pęka jak patrzę co zostało po rajskiej wyspie Malapscua,na której rok temu miałam okazję byc,uwieczniliscie nawet te bungalowy w których mieszkaliśmy,a właściwie ruiny które po nich zostały…poryczałam się:-))))

    Odpowiedz
    • Anna Listopad 13, 2013

      Oczywiście te uśmiechniete buźki które dodałam na końcu miały byc smutne to pomyłka….

      Odpowiedz
  3. Pojechana Listopad 13, 2013

    Pobeczałam się :-( Kurde uważajcie na siebie głuptasy!

    Odpowiedz
  4. CiotkaA Listopad 12, 2013

    Drogie, DZIELNE BOBRY, muszę przyznać, że pozytywnych wrażeń jak i strachu mieliście mnóstwo, mam nadzieję, że teraz będzie trochę spokoju :-)
    A że Opatrzność nad Wami czuwa to pewne i niech tak zostanie :-)
    Take care !!!!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress