Odkrywamy Amerykę!

Odkrywamy Amerykę!

Pierwszy tydzień w Chile postanowiliśmy poświęcić na przypomnienie sobie elementarnej wiedzy o języku hiszpańskim, którą z wielkim zaangażowaniem, mimo sporego oporu „materii”, starała się w nas wcisnąć Ania (saludos!). W przypadku Maćka miało to być pierwsze spotkanie z tym językiem. Poza tygodniowym intensywnym kursem w Escuela Bellavista w Santiago zdecydowaliśmy się również zamieszkać z dwiema chilijskimi rodzinami – co oznaczało, że przed hiszpańskim nie było żadnej ucieczki ;-)

Po kilku miesiącach bez kontaktu z tym językiem kilka godzin zajęć wyłącznie po hiszpańsku, a potem wieczorne konwersacje z domownikami, doprowadzało nasze mózgi do wrzenia… Maćka zadanie było nieco prostsze: nie rozumiejąc wiele, a tym bardziej nie mogąc się wysłowić, po prostu grzecznie się uśmiechał – ja natomiast wygrzebywałam z zakurzonych zakamarków umysłu dawno zapomniane albo dopiero co nauczone słówka hiszpańskie, starając się złożyć je do kupy w niekoniecznie gramatyczną, ale chociaż odrobinę zrozumiałą całość ;-) Efekt był taki, że po kilku dniach potrafiłam w jednym zdaniu posługiwać się równocześnie hiszpańskim, angielskim i polskim – mętlik nie do ogarnięcia!

W domu Keki i Diego (Panory w tym czasie mieszkali u señory Angeliki) zostaliśmy w końcu 9 dni – w czasie całej naszej podróży nie zasiedzieliśmy się jeszcze tyle w jednym miejscu, ale zdecydowanie potrzebowaliśmy takiej miłej, domowej atmosfery, jaką tam znaleźliśmy. Dodatkowo, w co może ciężko uwierzyć, podobał mi się ten rodzaj rutyny, jakiego tam doświadczyliśmy – wczesne śniadanie, wyjście do szkoły, nauka, przerwy, powrót do domu, obiad z rodziną (raz w wersji chilijskiej, kolejnego dnia w polskiej) ;-) Mimo to w weekend z przyjemnością powróciliśmy do tego, co lubimy najbardziej – bez większego planu ruszyliśmy poznać miasto.

Santiago jest fantastycznie położone – z chile_1_015jednej strony ograniczają je majestatyczne Andy z ośnieżonymi szczytami, z drugiej inne, już sporo niższe wzgórza. Taka lokalizacja jest jednak równocześnie przekleństwem tego wielkiego miasta; ze względu na ogromną liczbę samochodów stojących w wiecznych korkach i zupełnie bezwietrzną pogodę, zawsze unosi się nad nim nieprawdopodobny smog. Z tego powodu otaczające je góry zobaczyłam dopiero drugiego czy trzeciego dnia pobytu w mieście… :-/ Kożuch zanieczyszczeń kryjący miasto jest szczególnie dobrze widoczny ze wzgórza San Cristobal, którego szczyt znajduje się tuż ponad tą brązową chmurą. Ponad smog wystaje również figura Matki Boskiej, królująca nad całym miastem. Na wzgórze można się wdrapać lub wjechać wiekową kolejką prosto z artystycznego centrum miasta – pełnej barów, knajp i kolorowej sztuki ulicznej dzielnicy Bellavista. U podnóża San Cristobal znajduje się także La Chascona, dom Pabla Nerudy zbudowany dla kochanki i późniejszej żony noblisty, Matyldy. Z zewnątrz budynek (a raczej kilka małych domków) nie robi wielkiego wrażenia, jednak jest zdecydowanie wart odwiedzenia – wnętrza są rewelacyjne! Pokoje urządzone są w charakterystycznym, dość dziwacznym stylu i pełne są przedmiotów z całego świata – drzwi z Polski, stoliki barowe z Francji, zastawa stołowa z Niemiec, poduszki z Indii. Tym, co decyduje o wyjątkowości tego miejsca, jest poczucie humoru gospodarza, które w pełnej krasie przejawia się w barze kapitańskim (niespełnionym marzeniem poety, panicznie bojącego się wody, była kariera kapitana). Neruda lubił zaskakiwać swoich gości wchodząc do jadalni przez tajne przejście ukryte w kredensie, a w trakcie przyjęć, zamiast tradycyjnej pieprzniczki i solniczki, na stole stały pojemniczki z napisami „marihuana” i „morfina”. Oprócz tego pomieszczenia w domu Nerudy zwiedzić można jeszcze bar letni, salon, bibliotekę, sypialnię Chascony, bibliotekę i gabinet – wszystko utrzymane w niezwykle klimatycznym stylu. Niestety we wnętrzach nie można robić zdjęć, ale zainteresowanym Google przyjedzie z pomocą ;)

Turystyczne centrum Santiago jest niezwykle kompaktowe; w ciągu kilku dni szwendania się po mieście, jakby przyciągani magnesem, ciągle trafialiśmy w te same miejsca – Plaza de Armas z imponującą katedrą, dzielnicę handlową z wieloma „tematycznymi” bazarami i perłą w koronie, zabytkowym Mercado Central, dzielnicę rządową w pobliżu Palacio de la Moneda, gdzie pełno jest pięknych budynków, w okolice budynku Akademii Sztuk Pięknych oraz Biblioteki. Pewnego popołudnia trafiliśmy na bardzo gorący moment – mecz miejscowej drużyny Colo Colo. Dopóki piłka była w grze kibice od stóp do głów ubrani w barwy klubowe zapełniali bary, pech  jednak chciał, że mój i Maćka powrót do domu zbiegł się z zakończeniem meczu, kiedy szczęśliwi kibice robili to, co z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego dla mnie powodu jest ogólnoświatowym kibolskim wyrazem zarówno radości, jak i żalu – demolowali autobusy (na naszych oczach z przejeżdżającego przegubowca poleciały wszystkie okna), zbierali się w coraz większe grupki (trafiliśmy w sam raz na zbiórkę na głównym placu) i ganiali się z policją. Już w domu dowiedzieliśmy się, że ze względu na temperament kibiców mecze organizowane są już wyłącznie za dnia, wieczorami i w nocy nie było szans na zapanowanie nad rozemocjonowanym tłumem.

Pomysł zwiedzenia niesamowitego południa Chile i przedostania się do Argentyny z powodu braku czasu porzuciliśmy jeszcze w Nowej Zelandii. Tuż przed naszym przylotem na północy Chile mocno zatrzęsła się ziemia, w związku z czym porzuciliśmy plan dojechania aż w tamte rejony. Wielki pożar w Valparaiso, który pochłonął ponad 500 domów, odwiódł nas również od pomysłu odwiedzenia tego niezwykłego miasta – mielibyśmy tam być zaledwie dzień czy dwa po tragedii, co nie wydało nam się być najlepszym pomysłem. W związku z tym prosto ze stolicy pojechaliśmy do La Sereny, skąd już zaledwie krok dzielił nas od Valle de Elqui, polecanej nam przez bardzo wiele osób. Już po drodze przeczytaliśmy, że ze względu na niezwykle czyste niebo i sprzyjające warunki meteorologiczne (ponad 300 bezchmurnych dni w roku), w okolicy położonych jest wiele obserwatoriów astronomicznych, z których kilka jest dostępnych dla turystów. Tymczasem w La Serenie powitało nas stalowoszare, w pełni zachmurzone niebo. Kolejny dzień upłynął w identycznej aurze, przez co zaczęliśmy się zastanawiać, czy naprawdę mamy tak wielkiego pecha, że trafiliśmy w tym rzadkim, pochmurnym okresie? Na szczęście kiedy kolejnego dnia ruszyliśmy w stronę doliny zaledwie kilkanaście kilometrów za miastem chmury gwałtownie się skończyły i chile_1_098przez kolejnych kilka dni, aż do powrotu do La Sereny, cieszyliśmy się pięknym, bezchmurnym niebem.

Pisco de Elqui to maleńkie miasteczko położone w dolinie pełnej winnic, otoczone pięknymi górami. Jego nazwa zdradza główne (obok turystyki) zajęcie miejscowych – produkcję pisco, narodowego chilijskiego trunku. Połączenie soczystej zieleni winorośli z przeważającym dookoła kolorem piaskowo-skalistym tworzy nieprawdopodobne połączenie; widoki są wprost nie do uwierzenia, zwłaszcza oglądane znad hotelowego basenu ;) Do Pisco przyjechaliśmy w czwartek przed Wielkanocą, i wydawało się, że jesteśmy tam jedynymi turystami – mieliśmy jednak wielkiego farta, bo już dzień później uliczki, restauracje, a przede wszystkim wszystkie hotele były pełne! Ze względu na bliskość gwiazd Valle de Elqui przyciąga wszelkiej maści pozytywnych dziwaków: jest np. bardzo popularnym miejscem do wypatrywania życia pozaziemskiego i tropienia obecności kosmitów. Doliny słyną też ze szczególnie dobrej energii i magicznego oddziaływania; jedną z popularnych opcji wycieczkowych jest więc duchowa podróż mająca na celu otwieranie czakr i napełnianie ich dobrą energią podczas spotkania z różnymi mieszkającymi w dolinie guru. My jednak skusiliśmy się na bardziej tradycyjne eskapady ;) Świetna okazała się wycieczka w Andy, 2 godziny drogi od miasta, gdzie po krótkim trekkingu w absolutnie niesamowitym, pustynnym otoczeniu, wśród kolorów, jakich nigdy nie spodziewałabym się w tak księżycowym krajobrazie, w ślicznej dolince zażyliśmy kąpieli w błotnistych termach. Z jakiegoś totalnie niezrozumiałego dla mnie powodu o tej wyprawie nie ma nawet słowa w żadnym z przewodników, co ma tę dobrą stronę, że poza uczestnikami naszej wyprawy (jeden minibusik) nie było tam nikogo ;)

Kolejnego dnia każdy wybrał to, co lubi najbardziej – Maciek samotną przechadzkę na pobliskie wzgórze, Panory wycieczkę rowerową, ja natomiast konną wyprawę po sąsiedniej dolince. Pierwsze zdziwienie: zaledwie dwie osoby z dziesięcioosobowej grupy miały wcześniej jakiekolwiek doświadczenie jeździeckie… Okazało się, że nie jest to żadną przeszkodą, nasz przewodnik w kilku zdaniach przybliżył tajniki jazdy konnej, które ograniczały się do nauki wsiadania, zsiadania, trzymania sznura zastępującego wodze i kluczowej wskazówki, żeby zaufać koniowi i niczym się nie przejmować ;) Druga niespodzianka – w tym bardzo skalistym terenie, gdzie każdy upadek na pewno skończy się na skałach lub kamieniach, toczki czy kaski są kompletnie nieznane; dostaliśmy za to sombrera na ochronę przed słońcem ;)

Po kilku dniach spędzonych w Pisco, autostopem przenieśliśmy się do ciut większej miejscowości Vicuna, skąd jeszcze tego samego wieczoru wybraliśmy się wycieczkę do obserwatorium Mammalluca, zbudowanego właśnie z myślą o turystach. Suche i czyste powietrze w tym rejonie gwarantuje świetne warunki do podglądania gwiazd – rzeczywiście jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknego nieba. Wszyscy, którzy chociaż trochę znają Maćka i jego zamiłowanie do gwiazd wiedzą, że był dosłownie w siódmym niebie ;) Reszcie też się podobało, zwłaszcza podglądanie przez teleskop Saturna i jego pierścieni.

 

3 comments

  1. HiszpAnka Maj 6, 2014

    No to super! W końcu nie musicie tworzyć między sobą albo ze mną sztucznych dialogów hihi;-). SUERTE!

    Odpowiedz
  2. HiszpAnka Maj 5, 2014

    Oj nie było z tą „materią” tak źle;-). Jak na tak intensywny kurs, to i tak dobrze sobie radziliście:-) Cieszę się, że wreszcie możecie troszkę popróbować swoich sił w „naturalnym środowisku” wśród nativos, a zadanie na pewno nie jest łatwe po tylu miesiącach gadania pewnie głównie po angielsku:-). Ja ze swojej strony: po pierwsze – życzę Wam dalszych przecudownych wrażeń, po drugie – zazdroszczę:-D, po trzecie nie mogę się doczekać opowieści z trochę „odjechanej” rzeczywistości latynoskiej:-). Pozdrówcie ode mnie los gauchos! A dla Was ode mnie un abrazo muy fuerte!!! Hasta pronto!

    Odpowiedz
    • polly
      polly Maj 5, 2014

      Faktycznie nie jest łatwo przestawić się na średnio znany język, ale jak uda nam się pogadać – frajda niesamowita :D No i w Boliwii zdecydowanie łatwiej zrozumieć co hablają, Chilijczycy bardzo przeginają z szybkością ;) Ściskamy mocno!

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress