Na równiku

Na równiku

W czasie kiedy Paulina i Maciek zwiedzali Huaraz i Trujillo, ja z Piotrkiem prosto z Limy przedostaliśmy się do Guayaquil – największego miasta Ekwadoru. Droga jaką pokonaliśmy była baaaardzo długa, a końcówka szczególnie męcząca. Kupiliśmy bilety na autobus w Cruz del Sur i w ciągu 28 godzin mieliśmy dotrzeć na miejsce. Po drodze spotkały nas niestety niemiłe niespodzianki, które wydłużyły podróż do 32 godzin :\ Wszystko szło dobrze, aż do granicy z Ekwadorem, gdzie wszyscy wysiedliśmy z busa i grzecznie ustawiliśmy się w kolejce po stempelki do paszportu.  Mogłoby się wydawać, że uwiniemy się z tym szybko, szczególnie że wszędzie wisiały kolorowe plakaty informujące, że urzędnicy przeszli szkolenie, urząd modernizację i wszystko teraz działa sprawnie w „trosce o klientów”. Na nasze nieszczęście urzędnicy byli tak powolni, że na owe dwa stemple (wyjazdowy z Peru i wjazdowy do Ekwadoru) czekaliśmy prawie 2 godziny, a kolejną spędziliśmy czekając na resztę osób z autokaru, które stały za nami. Kiedy myślałam, że już wszystko mamy za sobą i będziemy jechać już bez przystanków, znowu czekała nas przykra niespodzianka. Kilkanaście kilometrów za granicą patrole straży dwa razy przeszukały autokar w poszukiwaniu przemytu wszelkiego rodzaju. Sprawdzali bagaże, jedną z pasażerek dopytywali o szczegóły zakupu telewizora, pana siedzącego obok nas o kilkadziesiąt koszulek, które stanowiły zawartość jego torby. Spowodowało to kolejne opóźnienia; do Guayaquil dojechaliśmy ok. godziny 23:00. Wsiedliśmy do taksówki i zmęczeni pojechaliśmy w kierunku hotelu. Na początku trochę się przeraziłam okolicą, bo wszędzie było ciemno, głucho i nieprzyjemnie. Szybko jednak zmieniłam zdanie. Okazało się, że w całej dzielnicy nie było prądu, stąd ta cała ciemnica. Rano wszystko wyglądało już normalnie ;)

Guayaquil było naszym przystankiem przed siedmiodniowym safari nurkowym po wyspach Galapagos. ekwador_003Musieliśmy przed tą podróżą zaopatrzyć się w obowiązkowe tam rękawice oraz w ocieplacz nurkowy, który miał nas chronić przed zimnymi wodami oceanu sięgającymi ok. 18°C. Po udanych zakupach poszliśmy do parku w centrum miasta, gdzie można obejrzeć kilkadziesiąt żyjących tam dzikich iguan. Duże, małe, zielone, pomarańczowe, chodzące po parku, wygrzewające się na drzewach i ławkach gady, wszystkie zaprzyjaźnione z ludźmi. Mogłam do większości podejść, leciutko dotknąć, pogłaskać i zrobić sobie zdjęcie ;) Takiego parku ze zwierzętami brakuje mi w Warszawie ;)

Fajną opcją na zobaczenie zwierząt jest odwiedzenie parku historycznego, który jest całkowicie za darmo. Sam park przypomina małe zoo, ponieważ dużą jego część stanowią wybiegi dla zwierzaków. Wzdłuż alejek można zobaczyć papugi, tapiry, sarenki, kociaki, flamingi i oczywiście  wszędobylskie jaszczury. Jest też zakątek ze zwierzętami hodowlanymi, gdzie ciekawostką była dla mnie bardzo puchata kura. Wyglądała dość dziwacznie, a najfajniejsze było to, że doczytałam, że to „Polish Chicken” ;) Pierwszy raz w życiu widziałam polską kurę w Ekwadorze, w dodatku tak egzotyczną ;)

W Guayaquil udało nam się również wejść po 444 schodach ekwador_022na wzgórze Santa Ana, z którego rozpościera się ładny widok na miasto, na kolorowe domki i deptak Malecón 2000 nad rzeką Guayas. Samo wejście na wzgórze jest dość łatwe, a co najważniejsze co kilkanaście schodów stoi ochrona, która pilnuje, żeby przypadkiem żadnemu turyście nic się tam nie stało. Można chodzić tylko wyznaczonym szlakiem, a próba wejścia w jakiś zaułek szybko kończy się interwencją ochrony, która informuje, że ze względu na bezpieczeństwo absolutnie nie można tam chodzić. Przekonali się o tym Polly i Maciek, którzy chcieli zobaczyć coś więcej i skręcili w boczną uliczkę.

Po szybkim turze w Guayaquil polecieliśmy na upragnione Galapagos, o którym Panor i Polly opowiedzą w oddzielnych postach. Nie będę się więc o nim rozpisywać ;) Dodam tylko, że od czasu Limy w Peru nasza czwórka rozdzieliła się aż na 2 tygodnie! Spotkaliśmy się ostatniego dnia na Galapagos, z którego już wszyscy razem udaliśmy się w stronę Baños.

Baños jest bardzo fajnym górskim miasteczkiem, nad którym góruje aktywny wulkan Tungurahua (5016 m n.p.m.), który wybuchł ostatnio w 2010 roku. Uśmiechniętych ludzi widzi się wszędzie, do tego klimatyczne knajpy, sklepiki z pamiątkami i słodkimi cukierkami charakterystycznymi dla tej miejscowości. Na kilka dni, które tam spędziliśmy, Polly udało się załatwić nocleg u Mafer, bardzo fajnej dziewczyny, która przyjechała tam z Quito na weekend ze swoją siostrą. A że miała do dyspozycji cały dom babci to chętnie nas przyjęła. Później dojechała jeszcze kolejna siostra, rodzice i sama babcia ;) Było bardzo sympatycznie.

Samo Baños to miejsce, w którym można skorzystać z wielu różnych dostępnych atrakcji – jazdy konnej, wspinaczki, jazdy na rowerze czy raftingu. My w końcu zdecydowaliśmy się na to ostatnie. ekwador_051Przez kilkanaście miesięcy podróży mieliśmy wiele możliwości raftingu, niemniej jednak zawsze coś stawało nam na przeszkodzie (najczęściej była to wysoka cena). Na początku nie byłam zbytnio przekonana do tego sportu. Zimno, mokro i trochę niebezpiecznie. Klasa rzeki III+/IV*. Ale po chwili na pontonie zmieniłam zdanie. Mokra pianka już tak nie przeszkadzała, a lekki deszcz który siąpił z nieba nie wydawał się taki zimny jak myślałam. Wszystko za sprawą adrenaliny, której poziom w moim ciele znacznie się podniósł. Nasza drużyna liczyła sześć osób (trzy po każdej stronie) i sternika/przewodnika. Na początku równe wiosłowanie raczej nam nie wychodziło, myliliśmy komendy i wyglądało to dość komicznie. Ale już po kilku minutach zebraliśmy się i jak prawdziwa drużyna wioślarska całą swoją siłą, zgodnie ze wskazówkami sternika, płynęliśmy do przodu podskakując, unikając wielkich fal i zderzenia z ogromnymi głazami. Musiałam nieźle kombinować, żeby nie wypaść przy kolejnych podskokach. Moc napierającej wody jest ogromna, że trzeba się sporo nagimnastykować aby równocześnie mocno trzymać się nogami i dobrze wiosłować. Każdemu, kto ma okazję na spróbowanie tego szalonego sportu, serdecznie go polecam ;)

Baños słynie również z La Casa del Arbol czyli małej huśtawki zawieszonej nad urwiskiem, na której można się pobujać w niesamowitych okolicznościach przyrody. Kiedy tam przyjechaliśmy z naszymi couchsurferkami, huśtawkę oblegała paczka młodziaków z rumem i wódką w rękach. Musieliśmy trochę poczekać aż się wyszaleją i zrobią sobie zdjęcia we wszystkich możliwych kombinacjach. Jeden gościu zdjął nawet wszystkie swoje ciuchy i na golasa kołysał się we wszystkie strony, oczywiście popijając przy tym alko. Było przezabawnie ;) Wkrótce przyszła kolej na nas ;) Dzięki długim linom, na którym zawieszona jest huśtawka, i mocnemu rozbujaniu, mogłam poczuć się znakomicie. Powiew wiatru, dookoła góry, nad nimi pięknie kłębiące się chmury i przepaść pod nogami, pozwoliło mi odnieść wrażenie krótkiego lotu ;) Na naszych zdjęciach można zobaczyć to cudo i wyobrazić sobie co czuliśmy bujając się tam.

Następnego dnia rozdzieliliśmy się. Polly z Maćkiem i trzema siostrami udali się do SPA, gdzie relaksowali się w nietypowej saunie, przypominającej wielkie drewniane pudełko z dziurą na głowę, ekwador_058dzięki czemu mogli rozkoszować się genialnym widokiem na skąpaną w deszczu okolicę. Ja z Panorem zdecydowaliśmy się zobaczyć wodospad Pailón del Diablo, który polecały nam trzy siostry. Początkowo mieliśmy wynająć rowery, po drodze do wypożyczalni złapaliśmy jednak autobus. Trasa, którą się jedzie w tamtym kierunku, to zwykła jednopasmówka z wąskim poboczem, do tego wszystkiego w weekend ruch jest zdecydowanie zbyt duży i jazda w takich warunkach zapewne nie należy do przyjemnych… Po dotarciu do Pailón del Diablo czekało nas jeszcze krótkie zejście do miejsca, z którego w pełni można było podziwiać moc wodospadu. Ilość i siła wody była po prostu imponująca. Nie mogliśmy się napatrzeć na to zjawisko – pierwszy raz w życiu widziałam tak potężny wodospad. Wszystkie inne poprzednio były wysokie i raczej wąskie lecz ten, oglądany z bliska, zrobił na mnie duże wrażenie. Po lekkim przemoknięciu i trekku z powrotem w górę złapaliśmy busa i wróciliśmy do miasta, żeby coś zjeść, spakować się i popołudniowym busem udać się w stronę Laguny Quilotoa do miasteczka o tej samej nazwie. Podróż tam niespodziewanie zajęła nam aż dwa dni. Jechaliśmy w weekend, w związku z tym droga do Latacunga była mocno zakorkowana, co spowodowało że odcinek 80 km pokonaliśmy w prawie 3 godziny. Po przyjeździe do miasta chcieliśmy złapać kolejny autobus, który miał zawieźć nas do mieściny o nazwie Zumbahua. Niestety okazało się, że nic tego dnia już nie jeździ i jedyną opcją jaka nam pozostała był nocleg w pobliskim hostelu i wznowienie podróży kolejnego dnia.

W mieścinie, w której znajduje się laguna, mieszkaliśmy w małym hosteliku u miłego małżeństwa z córką. Lokum było w miarę tanie ale udało nam się wynegocjować jeszcze lepszą stawkę za noc. Wpisując się do księgi gości zobaczyliśmy, że klientów tam mają co kilka tygodni… Może dlatego jak już tam doszliśmy sympatyczna pani chciała nas za wszelką cenę zatrzymać. I udało jej się ;) Jedyną niegodnością w tym gościnnym miejscu była temperatura – w pokojach mieliśmy ok. 9°C (a w nocy pobiliśmy rekord wyjazdu: 7°C). Okropnie zimny wiatr przedostawał się przez wszystkie możliwe szczeliny do naszych pokoi i siedzenie tam było możliwe tylko w łóżku pod kilkoma kocami i w pełnym ubraniu, z ciepłymi skarpetami i rękawiczkami włącznie. Ziąb szybko wygonił nas z pokoi, żeby zobaczyć lagunę Quilotoa. Polly z Maćkiem zdecydowali się przejść ścieżką wzdłuż szczytu krateru, my natomiast chcieliśmy zobaczyć lagunę z bliska. Do krateru schodzi się piaszczystą ścieżką ostro w dół. ekwador_082Tą samą trasą wraca się z powrotem. Całość zajmuje ok. 2 godzin. Na dole jest możliwość wynajęcia kajaków… ale my tę opcję odpuściliśmy ;) Laguna na brzegach porośnięta jest zielonymi glonami, przez co woda wydaje się być jaskrawozielona. Widok z góry jest bardzo ładny. Laguna ze wszystkich stron otoczona jest górami w różnych kolorach zieleni, fioletu i żółci – takie kolor zawdzięcza porastającym je drzewom i kwiatom. Trekking w takim środowisku dla mnie należał do przyjemnych – mimo ciężkiej wspinaczki w górę warto było!

Następnego dnia znowu wcześnie, bo o 6:20, poszliśmy na jeden z dwóch bezpośrednich autobusów, który planowo o być o 6:40 miał nas zabrać do Latacungi. Czekaliśmy, chodziliśmy, chowaliśmy się przed zimnym wiatrem za budynki… wszyscy mocno zziębnięci, a autobusu jak nie było tak nie było. Co jakiś czas tylko tamtejsi taksówkarze pytali nas, czy na pewno nie chcemy jechać… ale my twardzi, żeby zaoszczędzić parę groszy, uparcie dziękowaliśmy i mówiliśmy że czekamy na busa. W końcu po godzinie stania na dworzu ulegliśmy i wzięliśmy taksówkę do sąsiedniego miasteczka, z którego busy odjeżdżają co godzinę. Jadąc taksówką dogoniliśmy autokar, na który czekaliśmy – do Quilotoa nie wjechał, ponieważ był już pełny ;( Nasza dalsza podróż odbyła się już bez większych utrudnień. W rozsądnym czasie dojechaliśmy do Quito – stolicy Ekwadoru, a zarazem naszej ostatniej destynacji w tym kraju.

W Quito znaleźliśmy pokoje w całkiem fajnym hotelu w centrum, skąd na piechotę mogliśmy dojść do najciekawszych zabytków miasta. Po przyjeździe oprócz obejrzenia pamiętnego meczu Brazylia – Niemcy, ekwador_105w którym gospodarz mistrzostw poległ 1 do 7, nie zrobiliśmy już nic konkretnego. Kolejnego dnia ja zostałam w pokoju, a reszta grupy pojechała na górujący nad miastem szczyt, na który dostać się można nowoczesną kolejką linową TelefériQo. Przy dobrej pogodzie rozciąga się stamtąd piękny widok na całe miasto oraz majestatyczny wulkan Cotopaxi – trójka bobrów miała to szczęście i widziała go w całej okazałości. W dodatku w wagoniku poznali podróżującą z piętnastoletnią córką, mieszkającą w Stanach Ekwadorkę, która przejęła dowodzenie nad grupą, objaśniając ze szczytu co gdzie się znajduje i co warto zobaczyć w Quito i okolicach. Chwilę później cała trójka siedziała już w taksówce jadąc 25 km za miasto, dokładnie na równik. Taksówka w jedną stronę to koszt ok. 19$; tę samą trasę można pokonać miejskim autobusem za jednego dolara ale podróż trwa co najmniej 1,5 godziny – a w perspektywie był kolejny półfinałowy mecz…

Dzięki pani z kolejki dowiedzieliśmy się, że równiki w Quito są dwa: pierwszy i właściwy. W miejscu tego niewłaściwego, wyznaczonego kilkadziesiąt lat temu, znajduje się pomnik Mitad del Mundo – trzydziestometrowy monument, zbudowany w latach 1979-1982. Kilka lat później, wraz z rozwojem technologii GPS okazało się, że równik jednak wcale tam nie przebiega! Naprawdę leży on 240 metrów od Mitad del Mundo, gdzie znajduje się małe muzeum. Na miejscu czeka wiele atrakcji potwierdzających niesamowitą siłę środka ziemi. Jedną z nich jest zlew napełniony wodą – po wyjęciu korka okazuje się, że w zależności od ustawienia zlewu woda wiruje w dwóch różnych kierunkach albo wir nie tworzy się wcale. Na samym równiku woda po prostu leci w dół, na półkuli północnej kręci się zgodnie ze wskazówkami zegara, na półkuli południowej odwrotnie. Na linii równika można też dokonać rzeczy pozornie niemożliwych, np. postawić surowe jajko na główce od gwoździa, co dwukrotnie udało się zrobić Maćkowi i raz Panorowi ;) Na równik powinny się wybrać osoby, którym zależy na zrzuceniu wagi – podobno każdy waży tam 1 kg mniej! Dodatkowo w muzeum można dowiedzieć się nieco o rdzennej ludności Ekwadoru.

Po tej ciekawej wycieczce trochę spóźnione towarzystwo wróciło do hotelu, gdzie już wspólnie obejrzeliśmy mecz Argentyna – Holandia, w którym tylko karne były ciekawe. Niestety przegrała drużyna, która była naszym faworytem od samego początku mistrzostw. Wieczorem Elmery i Panor spotkali się jeszcze z Mafer (couchsurferką z Baños), przeszli się po La Ronda (takim Nowym Świecie w Quito), a na koniec raczyli się lokalnym, oczywiście alkoholowym trunkiem, którego nazwy jednak nikt nie pamięta ;)

Następny dzień, już w komplecie, przeznaczyliśmy na zwiedzanie okolic naszego hostelu czyli starego miasta. Snuliśmy się wolno po mieście, odwiedzając napotkane kościoły, place i piękną bazylikę. Bazylika z zewnątrz i również w środku zrobiła na mnie spore wrażenie. Piękne witraże, cisza i panujący we wnętrzach chłód pozwala odsapnąć oraz wyciszyć się trochę.

Ekwador jak dla mnie jest bardzo fajnym państwem. Ma praktycznie wszystko co turyście do szczęścia potrzeba. Góry, wulkany, dżunglę, której niestety nie udało nam się odwiedzić oraz ocean z niezapomnianym nurkowaniem na Galapagos. Można tam naprawdę wiele zobaczyć i nie zbankrutować, ponieważ atrakcje (prócz Galapagos) są w przystępnej cenie. Ludzie w tym kraju są bardzo mili i przyjaźnie nastawieni. Zazwyczaj widziałam ich uśmiechniętych i chętnie pomagających (inaczej niż w poprzednich krajach Ameryki Południowej, które odwiedzałam). Ciekawe czy jeszcze kiedyś uda mi się odwiedzić ten kraj??? Czas pokaże…

*Klasa IV charakteryzuje się trudnymi do pokonania odcinkami, które wymagają pewnego doświadczenia, siły fizycznej i koniecznie przewodnika, który zna rzekę i potrafi pokierować uczestnikami. Na rzece są dosyć ostre spadki, silne wiry, jest kręta, a z jej dna mogą wystawać kamienie i skały. Istnieje ryzyko wywrotki. Polecana dla zaawansowanych.

 

1 Comment

  1. Asia | Byłem tu. Tony Halik. Lipiec 16, 2014

    Ja chcę do takiego spa! Chociaż też byłabym rozdarta, wybierając między unieruchomieniem w drewnianym pudełku, a możliwością zobaczenia wodospadu. ;)
    Fantastyczne foty, ptaki obłędne. Pozdr. A.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress