Na Jawie (prawie) jak we śnie

Na Jawie (prawie) jak we śnie

Dobrze jest znać lokalne ceny zanim przystąpi się do negocjacji z kimkolwiek. Wychodząc z dworca kolejowego w Jogjakarcie, dzięki informacji od naszej przyszłej gospodyni, doskonale wiedzieliśmy ile powinniśmy zapłacić za taksówkę, dzięki czemu po krótkiej chwili siedzieliśmy w samochodzie i wyjeżdżaliśmy z miasta do nieodległej wsi. Witri była jedyną osobą, do której wysłałam prośbę o gościnę – zgodziła się nas przyjąć, mimo że kolejnego dnia wyjeżdżała do Jakarty. U sąsiadkiKiedy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że nie było jej jeszcze w domu – szybko jednak przechwyciła nas jej niemówiąca słowa po angielsku sąsiadka i przygarnęła do siebie, gdzie poczęstowała nas wielką ilością ciastek i nieprawdopodobnie słodkim napojem. Później zabrała nas na pole, gdzie poznałam przesympatycznego pana, znającego nie tylko indonezyjski i jawajski, ale również m.in. angielski i francuski. Spotkałam go jeszcze później w wiosce i, mimo że byłam na skuterze i w kasku, nie tylko mnie poznał, ale jeszcze pamiętał imię! Inna sprawa, że dużo białasów po okolicy się nie kręciło, stanowiliśmy więc dużą atrakcję ;-)

Witri mieszka z siostrą (w czasie naszej wizyty przebywającą w Jakarcie) w wielkim, parterowym domu z ogrodem. Jako jedna z nielicznych w okolicy jest chrześcijanką, a najbardziej widoczną oznaką jej wiary są dwa psy (muzułmanie uważają psy za nieczyste,WR a więc nie cieszą się one największą popularnością w tym regionie). Korzystając w Indonezji z couchsurfingu po raz drugi ponownie trafiliśmy do chrześcijańskiego domu i znów w najbliższym sąsiedztwie znajdował się meczet, z którego głośników już o 4 rano rozlegało się półgodzinne nawoływanie niezbyt uzdolnionego wokalnie muezina. Może to jakiś sprytny pomysł na nawracanie niewiernych, ale jeśli tak to w naszym przypadku przynosi raczej odwrotny skutek ;-)

Wieczorem z naszą gospodynią i jej przyjaciółką Raniy, która pod jej nieobecność miała się zająć domem (i nami oczywiście), poszliśmy do knajpki w której serwowano grzyby – wiele różnych rodzajów i na mnóstwo sposobów, większość naprawdę pyszna. Po kolacji Witri zaproponowała, żebyśmy na potrzeby zwiedzania okolicy korzystali z jej skutera – pomysł wydał się świetny, musieliśmy tylko następnego dnia rano pojechać do wypożyczalni po skuter dla drugiej pary. Droga do miasta minęła bez problemów, czego nie można niestety powiedzieć o samodzielnym powrocie do domu. Ostatnia osoba, którą można było podejrzewać o takie pomysły, a więc szczęśliwy posiadacz motoru, Panor, dał się ponieść swojej maszynie, aby po krótkim locie w spektakularny sposób wylądować na kolanie…Kraksa Na szczęście na skrzyżowaniu stacjonowała policja – chociaż w pierwszej chwili, spodziewając się mandatu, papierologii i całej reszty nieprzyjemności, jaka spotkałaby nas w Polsce, nie myślałam o tym jako o szczęściu. Panowie zebrali jednak Panora i skuter, posadzili cierpiącego na ławeczce, a w czasie kiedy pan sprzedający herbatę opatrywał pokaleczone kolano poskładali maszynę i stwierdzili, że spokojnie można jechać dalej – oczywiście o ile naprawdę nie chcemy pojechać do szpitala. Nie chcieliśmy, i po krótkiej chwili (a dokładniej godzinie poszukiwania właściwego domu) dotarliśmy na miejsce. Tego dnia wyszliśmy już tylko do kliniki, w której pan doktor orzekł, że po 4 dniach bez chodzenia noga będzie jak nowa…

W związku z tym niespodziewanym rozwojem sytuacji opowieść o Jogjakarcie wymaga podziału na:

– relację Panora i Marty
– relację Polly i Elmera

:)

Marta i Panor

Yogyakarta kojarzy nam się niestety głównie z łóżkiem i lekarzami :) Ze względu na wypadek i dość mocną opuchliznę nie mogłem właściwie w ogóle się poruszać – nawet wyprawa do WC była nie lada wyzwaniem. Marta zaoferowała się zostać opiekunką i pielęgniarką. W związku z tym głównie odpoczywaliśmy i nadrabialiśmy zaległości w serialu „Breaking Bad”. Dopiero trzeciego dnia byłem w stanie wstać i udać się na obiad. Przejście niecałych 2 km (w dodatku o lasce, którą pożyczyła Witri – była to babmbusowa laska jej ojca, bardzo przydatna w kolejnych dniach) zajęło prawie 2h i dodatkowo dość mocno nadwyrężyło nogę. Kolejne doby niestety również spędziliśmy w domu. Rana zaczynała się powoli goić, ale opuchlizna niestety cały czas się utrzymywała. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu dalej siedzieć w jednym miejscu i ruszyliśmy w kierunku morza na dalszą rekonwalescencję :)

Polly i Elmer

Następnego dnia rano razem z Witri pojechałam po śniadanie i do mechanika ocenić szkody. Na szczęście nie były one znaczne: wymiana całego plastikowego przodu w skuterze kosztowała 220 tys. rupii, a więc jedyne 60 złotych. Po śniadaniu razem z Maćkiem postanowiliśmy pojechać na wschód od miasta, gdzie znajduje się wielki kompleks świątyń hinduistycznych z 9 wieku. Bardziej niż opcja zobaczenia tych zabytków emocjonowała mnie jednak perspektywa przejechania takiego dystansu (ok. 20 km w jedną stronę, z czego część przez miasto) w dość chaotycznym ruchu ulicznym. Okazało się jednak, że coś, co wygląda na zupełnie pozbawione jakichkolwiek reguł, działa całkiem nieźle, i jeśli ma się oczy dookoła głowy, ręce na hamulcach i stalowe nerwy można z tego nawet czerpać przyjemność! ;-)

Prambanan, który był naszym pierwszym celem, to pozostałość po epoce, kiedy miejscowi przeżywali fascynację przybyszami z Indii i nie znali jeszcze islamu. Na nasze „nieszczęście” parę lat temu byliśmy w Kambodży i oglądaliśmy położone w dżungli świątynie gigantycznego kompleksu Angkor Wat – a niewiele może się równać z tym niesamowitym miejscem. Dotyczy to również Prambanan, które oczywiście robi wrażenie, ale w takiej nieco mikro skali. PrambananMimo to można tam spędzić godziny na szwędaniu się od jednej do drugiej budowli oraz przyglądaniu się misternym płaskorzeźbom i idealnym kształtom poszczególnych świątyń, nawet mimo zniszczeń spowodowanych dużym trzęsieniem ziemi, jakie nawiedziło ten rejon w 2006 roku. Tego dnia na naszej trasie było jeszcze kilka małych świątyń (Plaosan, Sambisari), położonych pomiędzy polami ryżowymi albo bezpośrednio w miasteczkach – bardzo urokliwe miejsca.

Kolejnego dnia razem z Ranyi wybraliśmy się do Borobudur, absolutnego „must see” okolicy. Ta buddyjska świątynia, położona 35 km od miasta, jest z kolei największym takim przybytkiem w tej części Azji, a może i na świecie. Jako największa atrakcja tej części Jawy jest również cholernie droga i, podobnie jak inne tego typu miejsca na świecie, Bromobudurzarabia na cudzoziemcach – wstęp na lokalesów to jedyne 30 000 rupii, podczas gdyby białas musi wysupłać aż 190 000 (podobnie zresztą we wspomnianym wcześniej Prambanan). Poszczególne piętra tej wielkiej świątyni zbudowane są na planie kwadratu, dzięki czemu z lotu ptaka wygląda jak gigantyczna, kamienna mandala – ciekawe tylko, czy te kilkaset lat temu, kiedy powstała, ktokolwiek mógł nacieszyć oczy tym widokiem? My mogliśmy – chociaż tylko na zdjęciach ;-) Poza tym obejrzeliśmy setki posągów Buddy i scen z udziałem Buddy, przywołując wspomnienia z buddyjskiej Tajlandii, i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Jeszcze na trasie Raniy zabrała nas do restauracji, która specjalizuje się w sosie sambal, dodawanej do wszystkiego bardzo pikantnej paście z chilli. Sosy serwowane w tej knajpie (kilkanaście rodzajów) były np. z dodatkiem czosnku lub ziół, i przynajmniej teoretycznie o różnej mocy – dla mnie większość przekraczała próg bólu ;-)

Ostatni pełny dzień zostawiliśmy na zwiedzanie samego miasta. Niestety wybraliśmy się tam na tyle późno, że większość atrakcji zamknięto nam przed nosem ;-) Nie było jednak czasu na smutek, ponieważ dookoła dużo się działo – pełno było głośnych i nietypowych ulicznych występów, a w sklepach i na bazarach przyciągały nas niskie ceny. Na wieczór mieliśmy zaplanowany kabaret z udziałem lady boys, a więc panów przebierających się za panie :-P LBPierwszy występ sugerował jakąś pomyłkę – na scenie w rytm tradycyjnej indonezyjskiej muzyki bujało się kilka pań w wieku emerytalnym, jednak już po chwili w rytm „Waka waka” Shakiry wyskoczył(a) pierwsza gwiazda. Od tego momentu przez kolejne półtorej godziny wyliśmy ze śmiechu, pomieszanego czasem z lekkim zażenowaniem ;-) Widownia, składająca się w przeważającej mierze z tutejszych, żywiołowo reagowała szczególnie na indonezyjskie przeboje, podobno świetnie parodiowane przez występujących. Dla nas ciekawostką była też sama publika – w pierwszym, VIPowskim rzędzie siedziała muzułmanka w chuście (rewelacyjnie się bawiła), za nami z kolei pani z trójką swoich dzieci w wieku na oko 3-9 lat, a poza tym masa młodszych i starszych widzów, w tym kilku białasów (których w mieście było dość sporo). Wrażenia z całości zdecydowanie niezapomniane :-D Wieczór zakończyliśmy na Alun-Alun, wielkim prostokątnym placu z dwoma gigantyczni drzewami na środku – sądząc po obecnym tam tłumie jest to miejsce wieczornych spotkań większości mieszkańców miasta. Plac otacza niesamowicie wręcz zakorkowana ulica; korek spowodowany jest główną rozrywką lokalesów, cztero- i więcej osobowymi konstrukcjami poruszanymi siłą ludzkich mięśni – za pomocą pedałów. Każdy z tych pojazdów oplatają kolorowe neony, które układają się w angry birds, rybki, łabędzie i postaci z kreskówek. Jaka w tej jeździe dookoła placu, w hałasie i smrodzie spalin, kryje się frajda, nie wiemy – ku zdziwieniu naszej towarzyszki nie skusiliśmy się na wynajem ;-)

Po ostatniej nocy spędzonej w domu Witri, w którym przez ten czas poczułam się trochę jak w domu, przyszedł czas na pożegnanie z sympatyczną Raniy i klimatycznym miastem. Cztery godziny później byliśmy już w zupełnie innym miejscu – nadmorskiej miejscowości Pacitan, słynącej z pięknych plaż i dobrych warunków do surfingu. Plaża przy której znaleźliśmy pokoje była wielka, szeroka i piaszczysta – Pacitanniestety gigantyczne fale nie zachęcały do wejścia do wody, a cień był towarem deficytowym. W poszukiwaniu lepszych warunków do leniuchowania wypożyczyliśmy skuterki i najgorszą drogą, jaką miałam okazję pokonać na dwóch kółkach, dotarliśmy do przepięknej plaży Kapalai. Fale były co prawda jeszcze większe i groźniejsze niż na miejskiej plaży, ale dla samego widoku skalistych klifów i roztrzaskujących się o nie fal warto było przejechać te 40 km krętą drogą pełną stromych wniesień. Po prostu bajka!

Kolejnego dnia, po 10 godzinach spędzonych w minibusie, w czasie których przejechaliśmy zaledwie 250 km, znaleźliśmy się w mieście Malang, bazie wypadowej na wulkan Bromo i do kopalni siarki na wulkanie Ijen.

 

10 comments

  1. rude-boy Czerwiec 23, 2015

    Czym dojechaliście do Pacitan z Yogyakarty? Z jakiego miejsca z Yogyakarty startowaliście? z Pacitan łatwo złapać transport do Malang? Jak by wam się chciało jeszcze napisać ceny transportu to będzie rewelacyjnie :) dzięki

    Odpowiedz
    • panor
      panor Czerwiec 24, 2015

      Jechaliśmy lokalnymi busami… generalnie z transportem nie ma większych problemów, właściwie codziennie coś jeździ. Bus z Yogyakarty do Pacitan kosztował nas 15zł na głowę – niestety nie pamiętam miejsca.
      Z Pacitan do Malang analogicznie, zero problemu i kosztowało to 26zł na osobę.

      Odpowiedz
  2. Seba Październik 10, 2013

    nie spodziewałem się że po doświadczeniach z jazdą na motorze, na koh tao jeszcze coś takiego może się przytrafić. no ale dobrze że nic gorszego się nie stało teraz tylko trzeba to kolano dobrze doleczyc

    Odpowiedz
    • Seba Październik 10, 2013

      A tak jeszcze pytanie, to zdjęcie 38 to taka wysoka fala jest, czy tam jakaś półka skalna była??????

      Odpowiedz
      • panor
        panor Październik 16, 2013

        Była skała :)

        Odpowiedz
  3. HiszpAnka Październik 9, 2013

    O kurczę Pedro, ale dałeś czadu! El especialista de las motos ha tenido un accidente en una motocicleta;-) Trzeba było poćwiczyć przed wyjazdem na naszym Fosti Retro;-D (żarcik;-p) Mam nadzieję, że już wszystko dobrze i że nie ma żadnych powikłań. Szczególny podziw i uściski para la enfermera, Marta:-))) Trzymajcie się zdrowo!

    Odpowiedz
  4. Marcinos Październik 9, 2013

    dobre Panor hie hie:) mam nadzieje ze juz z noga wszystko w porzadku:) Zazdroszcze wam kulinarnych doswiadczen baaaardzo:) Zawsze chcialem sprobowac „prawdziwej”Sambali- polecam odmiane Naga Jolokia hie hie:) podobno az boli jak sie je hie hie:))

    Odpowiedz
    • elmer
      elmer Październik 9, 2013

      Oj nawet ta zwykła sambala jest piekąca i ostra jak diabli :-D Moje podniebienie nie jest chyba gotowe na jeszcze mocniejszą odmianę ;-)

      Odpowiedz
  5. CiotkaA Październik 8, 2013

    Relacja jak zwykle super!!!! dzięki :-)
    Ciesze się Piotrze, że z nogą już lepiej (pojazd dwukołowy cały czas nęci).
    Pozdrawiam wszystkich :-)

    Odpowiedz
    • panor
      panor Październik 8, 2013

      niestety, ale jak się nie dało chodzić, to pojazd dwukołowy był jedynym możliwym środkiem umożliwiającym przemieszczanie się, nawet na plażę :)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress