Silne prądy i spotkanie ze smokami

Silne prądy i spotkanie ze smokami

Będąc na Bali rozważaliśmy wspólnie różne możliwości przemieszczenia się w kolejne miejsce. Ja z Panorem zdecydowaliśmy się kupić bilet lotniczy i wyruszyć w stronę wyspy Flores aby ponurkować w Parku Narodowym Komodo – znanym ze wspaniałego podwodnego życia. Startowaliśmy z lotniska o nazwie Port  Lotniczy Denpasar. Jak się okazało jest to lekko „myląca” nazwa ;) Lotnisko nie znajduje się w stolicy Bali Denpasar, ale bliżej Kuty. Oczekując na nasz lot dość nerwowo, co jakiś czas spoglądaliśmy na monitor ukazujący listę odlotów. Niestety mijały kolejne minuty, a naszego lotu na liście nie było. Obsługi linii lotniczej w której kupiliśmy bilet również – nikt nic nie wiedział. W międzyczasie okazało się, że niektóre linie stosują nieładne praktyki: jeśli jest zbyt mało pasażerów na dany lot, jest on po prostu odwoływany. Zaczęliśmy się denerwować, że z nurków będą nici. Na nasze szczęście po ok. 1,5 godziny opóźnienia lot ukazał się na monitorze ;) Po błyskawicznej odprawie byliśmy już w chmurach i lecieliśmy na Flores.

Żeby nie marnować czasu od razu po przyjeździe udaliśmy się do polecanego Komodo komodo_05Dive Center aby zarezerwować kolejne 4 dni nurków (po 3 dziennie). Trochę obawiałam się samego nurkowania. Sporo osób opowiadało nam, że nurki na Komodo zaliczane są do dość ciężkich z powodu prądów jakie tam panują, a ja dopiero co zrobiłam kurs AOWD na Bali. Na koncie trzydzieści nurków, a doświadczenia w nurkowaniu w prądzie praktycznie żadnego. Jedynie to nurki w dryfie. Stąd moje lekkie obawy, ale w końcu wszystko dla ludzi;) Opisaliśmy co nas trapi w bazie i powiedzieli, że będzie dobrze ;) Nie ryzykujesz, nie wiesz co tracisz!

Kolejnego dnia wcześnie rano, bo już o 7:10 byliśmy w bazie zwarci, gotowi i bardzo ciekawi prądów a przede wszystkim nowych miejsc i rzeczy, które mogliśmy zobaczyć pod wodą. Łódka, którą pływaliśmy okazała się bardzo fajna. Była duża, na dole były kanapy ze stolikiem, dwa materace z możliwością położenia się po nurkach. Tyle tylko, że po wypłynięciu na otwartą wodę zaczęło tak wiać i chlapać, że nie dało się tam wysiedzieć, bez całkowitego przemoczenia ;) Większość czasu spędzaliśmy na dachu łódki, gdzie było sporo materacy i miejsca do grzania i opalania się.

Same nurki były czadowe. Codziennie spotykało nas coś innego. W regionie jest tyle niesamowitych miejsc, że każdego dnia, każdy nurek może być zupełnie gdzie indziej – nam przez te 4 dni nie udało się zobaczyć nawet połowy dostępnych punktów. Ponadto jeśli już płyniesz w to somo miejsce, to postrzegasz i przepływasz je w inny sposób. Jednego dnia jest spokojnie, następnego można płynąć w dużym prądzie, a jeszcze kolejnego opłynąć wysepkę z przeciwnej strony. Mi ze wszystkich zejść pod wodę na Komodo zapadły w pamięć trzy: Crystal Rock, Manta Point oraz Cauldron.

Crystal Rock z powodu silnego prądu jaki panował pod wodą. komodo_40Już na łódce dowiedzieliśmy się, że nie będzie czasu po wskoczeniu do wody na przepłukanie maski i tego typu rzeczy. Po opuszczeniu łódki od razu popłynęliśmy w dół aby jak najszybciej dotrzeć na głębokość około 25 metrów i przyczepić się do skały hakiem ze stalową liną (żeby prąd nas nie porwał). Trzymając się liny przez kilkadziesiąt minut mogliśmy oglądać przecudny widok ogromnych ławic przeróżnych gatunków ryb, polowania drapieżników i w tym samym czasie cudownie zsynchronizowanych prób ucieczki całych ławic (często wprost na nas). Widzieliśmy wiele rekinów w tym jednego kilkumetrowego (na ten widok zawsze zapiera mi dech w piersiach) oraz niesamowitą rafę koralową. Wiem, że rafa może się znudzić, ale tam każda miała w sobie coś oryginalnego. Była to też dobra lekcja dla mnie i Piotrka. Mogliśmy na własnej skórze poczuć działanie silnego prądu oraz zdobyć nowe doświadczenie, które przydało się w kolejnych dniach.

Kolejnym niezapomnianym miejscem było Manta Point. Tu mieliśmy porównanie, ponieważ już raz nurkowaliśmy w miejscu o takiej samej nazwie, tylko na Bali. komodo_35Takie same nazwy lecz warunki nie do porównania! Przez pierwsze 20-25 minut jedyne co robiliśmy to płynęliśmy w silnym dryfie i od czasu do czasu widzieliśmy rybę czy korala – poza tym sam piasek. Później zaczęła się prawdziwa frajda ;) Po ujrzeniu pierwszej manty Dive Master – Willy przyczepił się hakiem do skałki, następnie Panor przytrzymał się jego butli, ja butli Panora, a kolega z Walii – mojej. Zaczęliśmy oglądać jak ogromne manty jednym machnięciem skrzydeł są w stanie utrzymać się w miejscu przez kilka minut jedząc ogromne ilości planktonu. My nie byliśmy w stanie dość długo trzymać się butli kolegi, bo zaczynała nas boleć ręka. Co rusz musieliśmy ją zmieniać. Prąd był tak silny że nie robiąc nic prócz trzymania się, nasze ciała były ustawione w pozycji całkowicie poziomej. Manty podpływały to z lewej to z prawej strony. Jedna, którą pokazałam Panorowi do sfilmowania miała co najmniej 5 metrów i przepłynęła bardzo blisko nas. Mam nadzieję, że będzie to widać na filmie, który Panor przygotuje po powrocie z podróży. Specjalnie wypożyczył kamerę w bazie, ponieważ jego niestety „utopiła” się na pierwszym nurku na Komodo ;( Zaraz po wskoczeniu do wody obudowa nie wytrzymała i kamera została doszczętnie zalana.

Trzecim niezapomnianym dla mnie miejscem jest Cauldron. A czemu? Też z powodu prądu ;) Lecz zupełnie innego, niż te które do tej pory widziałam. Willy wspominał nam o nim na briefingu ale jakoś nie dawałam wiary. Najpierw płynęliśmy w dryfie, aby w końcu zawiesić się ponownie na linach i oglądać ryby żerujące w prądzie. Po kilkuminutowym oglądaniu tego spektaklu trzeba było płynąć dalej. Pierwszymi byli Willy i Andrew. Kolejnymi ja i Panor. Puściliśmy się więc skały tak jak oni. Po chwili zorientowaliśmy się, że bąble, które puszczamy z ust nie uciekają do góry. Spostrzegliśmy, że się kręcą i to w dodatku w dół. Spojrzeliśmy na komputer, który pokazywał raz za razem większą głębokość 12m, 13m, 15m. Zanurzaliśmy się nieświadomie coraz bardziej, kręcąc się przy tym w kółko. Z całych sił próbowaliśmy machać płetwami, żeby tylko unieść się nieco wyżej, gdzie czekali już na nas zrelaksowani Willy i Andrew. Po dłuższej chwili udało nam się w końcu do nich dotrzeć ;) Po skończonym nurku wszyscy niedowierzali i śmiali się z całej sytuacji. Do tego Willy wspomniał, jak to Panora oczy patrząc na niego z głębi stawały się coraz większe i większe ;)

Każde z jedenastu zejść pod wodę było fajne, ale te trzy miejsca zapamiętam na dłużej. Nurkowanie na Komodo pozwoliło mi zobaczyć zupełnie nowe techniki i możliwości jakie wykorzystuje się przy nurkowaniu w prądzie bądź dryfie. Mogę stwierdzić, że zdobyłam cenne doświadczenie w tego typu nurkach, które wykorzystam w przyszłości.

komodo_20

Komodo Dive Center umożliwiło nam skorzystanie z opcji zamiany ostatniego naszego nurkowania na wypad w poszukiwaniu słynnych smoków z Komodo. Zamiast kupować specjalnie kilkugodzinną wycieczkę, w trakcie dnia nurkowego popłynęliśmy na wyspę Rinca, gdzie wraz z parą Holendrów udaliśmy się na krótki trekking. Wybraliśmy tą wyspę a nie Komodo, ponieważ nasłuchaliśmy się, że na Komodo jest bardzo komercyjnie i tandetnie. Warany dokarmiane są przez tamtejszych ludzi, tylko po to, żeby były atrakcją dla turystów. Nasz trekking po Rinca trwał około godziny. Większość waranów, które widzieliśmy wylegiwała się pod kuchnią tamtejszych rangerów, ponieważ czuła zapach jedzenia. Mieliśmy także możliwość przyjrzeć się  samicom dzielnie pilnującym jam, w których znajdowały się wcześniej złożone jaja. Okres godowy waranów przypada na okres od maja do sierpnia, a jaja składane są we wrześniu. Wybraliśmy więc idealny moment na wycieczkę, ponieważ odwiedziliśmy wyspę na początku października. W trakcie całego trekkingu ukazał nam się jeden bawół jedzący trawkę na polanie ;) Zastanawialiśmy się wcześniej gdzie one wszystkie się podziewają. Jak przekazał nam przewodnik większość zwierzyny była przy wodopoju, ponieważ trwała pora sucha w Indonezji. Dojście do wodopoju było w związku z tym niestety zabronione. Na nasze nieszczęście z powodu burzy musieliśmy skrócić trekking o kilkanaście minut. Dalsze chodzenie po wyspie nie miało sensu. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki. komodo_14Padało tak mocno, że zmuszeni byliśmy schować aparaty fotograficzne do oceanbag’a aby je ochronić przed „zatopieniem”. Trochę zdjęć jednak mimo wszystko udało nam się zrobić kiedy deszcz padał przez chwilę lżej ;)

Główną atrakcją miasta Labuan Bajo w którym mieszkaliśmy jest nurkowanie i wycieczka na spotkanie z waranami. Jeśli ktoś ma możliwość powinien skorzystać z opcji wymiany nurka na wycieczkę (chodź teraz zastanowiłabym się czy marnować nurka na warany… hiehie). Wydaje mi się że godzinny, maksymalnie 1,5 godzinny trekking jest wystarczający, żeby zobaczyć smoki, piękne widoki, wykonać kilka zdjęć i kupić pamiątkę. Jeśli chodzi o samo nurkowanie to jak do tej pory jest ono moim jednym z „Top 3” zaraz po Sipadanie i nocnym nurku na Bali – USS Liberty Wreck. Prócz tych dwóch rzeczy miasto nie oferuje raczej nic ciekawego. Kilka pubów i sporo włoskich, dość drogich restauracji. My byliśmy tam 6 dni, w tym 4 dni przeznaczyliśmy na nurkowanie i jeden obowiązkowo na wypoczynek przed lotem. Podczas tego jednego dnia wynudziliśmy się potwornie, a kolejnego polecieliśmy w stronę „magicznej” Kuty ;P

 

2 comments

  1. CiotkaA Listopad 5, 2013

    No to daliście czadu, przygody to na pewno się Was trzymają :-). Całe szczęście, że generalnie z pozytywnym zakończeniem. Manty i warany piękne i trochę przerażające, zwłaszcza manty.
    Super relacja :-)

    Odpowiedz
  2. Pojechana Listopad 2, 2013

    Fajowe te smoki :-) I czekamy na film!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress