Kolumbijska końcówka

Kolumbijska końcówka

Na naszym blogu pojawił się pierwszy film nurkowy, jest liczbowe podsumowanie minionego roku, bystre oko wychwyci jednak brak ostatniego tekstu – zapisków z ostatniego z odwiedzonych przez nas krajów Ameryki Południowej, Kolumbii. A że drugie od powrotu choróbsko, przez które przechodzę weekendowo w domowych pieleszach, zapewnia wolny czas, najwyższa pora w końcu opisać i ten kraj.

Gdzieś od Boliwii, a może nawet wcześniej, Kolumbia jawiła nam się trochę jako kraj obiecany. Wynikało tak z opowieści napotkanych podróżników – absolutnie wszyscy byli nią bardzo zachwyceni, rozwiewając nasze wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa, kusząc ciepłem, pięknymi plażami, ciekawymi miastami i innymi kolumbijskimi cudami. Ze względu na te rekomendacje postanowiliśmy drastycznie skrócić Ekwador i na Kolumbię przeznaczyć ok. dwóch i pół tygodnia, a więc i tak najmniej ze wszystkich odwiedzonych krajów (poza Brunei, gdzie trzy dni to było za dużo), ale więcej nie mogliśmy ugrać, powrót do Europy zbliżał się nieubłaganie… Czy rzeczywiście warto było tak kombinować? Pierwsze dni, czy może nawet nieco ponad tydzień, to trochę rozczarowanie – drożyzna, znane już krajobrazy, długie przejazdy… do efektu wow brakowało wiele. Jednak później robiło się coraz lepiej, coraz bardziej latynosko, gorąco i w rytmie wszechobecnej salsy i reaggetonu. Ale po kolei…

Jeszcze w stolicy Ekwadoru przeżyliśmy mały zawał serca, kiedy w wieczór przed odjazdem spojrzeliśmy w elektroniczne bilety autokarowe, aby w polu „miejsce odjazdu” znaleźć niezwykle dokładne określenie: „Quito”. Ekstra. Miasto może gigantyczne nie jest, ale głównych dworców autobusowych ma dwa, na południowym i północnym krańcu doliny, teoretycznie z północnego jedzie się na północ (Kolumbia), a z południowego w drugą stronę, ale równie dobrze możemy jechać z zupełnie innego miejsca. Strona Cruz del Sur okazała się równie bezwartościowa co info z biletu, nie pozostało nam więc nic innego niż telefon na peruwiańską infolinię. Słabe połączenie i wciąż niedoskonały hiszpański nie dawały gwarancji, że dobrze zrozumieliśmy instrukcje podawane przez panią, na nasze szczęście wkrótce przełączyła nas do kolegi mówiącego trochę po angielsku, który skierował nas na południowy dworzec po czym rozłączył się… a tak przynajmniej wydawało się, do momentu kiedy chwilę później nie wyszło na jaw, że padło hotelowe wifi. Padło i już nie wstało, co nie pozostawiło nam innej opcji jak zaufać panu i jeszcze przed świtem ruszyć na wskazany przez niego dworzec.

Odjazd zaplanowany był na 6.15, a najpóźniej pół godziny przed powinniśmy jeszcze wymienić bilety elektroniczne na papierowe. Kolumbia_01Niestety po przyjeździe na dworzec okazało się, że stanowisko, gdzie moglibyśmy się czegoś dowiedzieć nie zostało jeszcze otwarte – trzeba poczekać przynajmniej do 7 rano… Zaniepokoiło nas też, że za wyjątkiem jednego pana nikt z obsługi nie kojarzył autokarów Cruz del Sur, ale kazali nam cierpliwie czekać i się nie denerwować. Chwilę później przechwyciłam dwie dziewczyny błąkające się po dworcu z biletami Cruz del Sur w dłoniach. Bilet był na ten sam kierunek (obsługiwany raz w tygodniu) i choć godzina odjazdu była inna (ale zaledwie o 45 minut), najważniejsze było, że dworzec się zgadzał. Wkrótce otwarto interesujące nas stanowisko, w którym miła pani poinformowała nas, że Cruz del Sur zajmuje się inna osoba, zapewne niedługo się pojawi, ale żeby się nie denerwować, bo autokar odjeżdża przecież o… 10! Skończyło się na tym, że wyjechaliśmy jakoś po 8 ;-) Uradowani weszliśmy na pokład wesołego busa – większość osób znała się już dobrze, bo jechała nim piąty dzień, prosto z Chile! Masakra…

Niecałą dobę później, oczywiście standardowo ok. 4 nad ranem, wysiedliśmy w średnio zachwycającym Cali, stolicy salsy. Mieliśmy zamiar odpocząć tam nieco zanim ponownie władujemy się w autokar – i dobrze wyszło, bo dalsza podróż do Medellin, ze względu na drobne problemy z silnikiem i częste kontrole policji, zajęła nieco więcej niż powinna, przez co finał mistrzostw świata oglądaliśmy w dworcowej poczekalni.

Medellin cieszyło się złą sławą jako miejsce krwawych wojen narkotykowych i rodzinne miasto Pablo Escobara, zwanego królem kokainy. Kiedyś jedno z bardziej niebezpieczniejszych miejsc na ziemi, dzisiaj przyciąga zaskakująco wielu turystów, z których większość zatrzymuje się w enklawie białasów, El Poblado. Po wizycie w centrum miasta nie mamy złudzeń, że jest to dobry wybór – z Plaza Botero wypełnionym ciekawymi rzeźbami sąsiadują ulice i place pełne zalegających na chodnikach narkomanów, a my po raz drugi w czasie całej naszej podróży czujemy na sobie przeszywający wzrok wielu par oczu – i nie jest to fajne wrażenie. Dlatego więc po smacznym almuerzo i zaskakująco krótkim spacerze po ścisłym centrum miasta postanawiamy przenieść się w okolice hostelu, licząc na równie zabawową atmosferę jak poprzedniego wieczoru (kiedy zmęczeni ostatnimi podróżami po jednym piwku poszliśmy spać). Niestety okazuje się, że impreza i tym razem nie będzie nam pisana – wczorajszy tłok spowodowany był finałem mistrzostw i weekendem, w poniedziałek wszyscy odsypiają: na ulicach, w restauracjach i parko-placyku pustki. Kolejny dzień, mimo naszych nadziei, również nie jest super imprezowy, zresztą ceny w tej dzielnicy są zdecydowanie na zachodnie (a więc nie nasze) kieszenie, z poczuciem niedosytu opuszczamy więc Medellin i ruszamy do Cartageny, po której spodziewamy się naprawdę dużo.

W przewodniku wyczytałam, że pogoda w Medellin określana jest mianem wiecznej wiosny, co przy panującym tam raczej sporym ciepełku wydało się dość dziwne. Po przyjeździe do Cartageny okazało się jednak, że może być dużo, dużo, duuuużo cieplej. Tak ciepło, że nawet ja biorę pod uwagę tylko pokój z klimatyzacją ;-) Po dłuższym czasie poszukiwań prowadzonych w upiornym skwarze znajdujemy odpowiednią i rozsądną cenowo kwaterę (o co w Kolumbii wcale nie jest łatwo), gdzie bierzemy pierwszy z serii kilku dziennie prysznicy i po chwili w przyjemnych pokojowych 23 stopniach idziemy poszukać czegoś do zjedzenia.Kolumbia_18 Na nasze szczęście tuż obok hotelu znajduje się coś w rodzaju połączenia bazaru z galerią handlową, w której odkrywamy przyjazną naszym kieszeniom knajpkę należącą do niesamowicie wylewnej babeczki, gdzie w kolejnych dniach stołujemy się jeszcze kilka razy. Po śniadanio-obiedzie wracamy do pokoju, gdzie wegetujemy aż do wczesnego wieczora, kiedy zwiedzanie miasta nie grozi już roztopieniem się. I tak przez kilka dni ;-)

Co rzuca się w oczy od razu po przyjeździe na wybrzeże to kompletnie inny wygląd mieszkańców tej części Kolumbii. W drodze do miasta, a także w samej Cartagenie, która była w przeszłości ważnym punktem handlu niewolnikami, widzimy bardzo dużo osób, których przodkowie pochodzą z Afryki: czarna skóra, burza czarnych loków, szerokie biodra i gorące rytmy salsy wibrujące w rozgrzanym powietrzu – jesteśmy na Karaibach (no prawie ;). Pierwszy spacer po mieście rozwiewa nasze wątpliwości, czy tym razem będzie to miejsce warte wizyty. Cartagena to zdecydowanie jedno z najładniejszych miast Ameryki Południowej, a może nawet jedno z najciekawszych, jakie odwiedziliśmy w czasie minionego roku. Na kolonialnej starówce z łatwością można się zgubić, odkrywając urokliwe zaułki, pełne turystów, knajpek i sklepów placyki, puste brukowane uliczki i ciekawe kamienice; poza murami starego miasta można odsapnąć na jednej z kilku miejskich plaż, pospacerować po równie klimatycznej dzielnicy Getsemani albo zwiedzić położoną na wzgórzu fortecę. Co przemawia na korzyść tego miasta to fakt, że nie jest ono wyłącznie centrum turystycznym, jak równie zachwycające Cusco. Turystów jest oczywiście masa, ale mieszają się oni z miejscowymi, którzy również przesiadują w barach, na placach, dominują na plażach. Moim ulubionym miejscem, gdzie w kolejnych dniach spędzam sporo czasu, jest Plaza Trinidad, niewielki placyk przylegający do kościoła – najstarsza część miasta, która po zmroku zmienia się w tłoczne miejsce spotkań z muzyką, żonglerami, masą ludzi sączących piwko czy pałaszujących kolację w gronie starych i nowo poznanych znajomych. Można tam spędzać całe godziny. Co ważne, Cartagena jest także bezpieczna – spory w tym udział ma 2000 policjantów, którzy każdego dnia pilnują porządku na ulicach.

Kiedy już schodziliśmy miasto wzdłuż i wszerz, przenieśliśmy się do Tagangi, małej (kiedyś) rybackiej osady, położonej w sąsiedztwie sporego miasta Santa Marta. W Tagandze liczyliśmy na błogi relaks i rajskie plaże – co w pierwszych chwilach po przyjeździe nie wydawało się wcale takie oczywiste. Mimo niedzieli mieścina pełna była pijaniutkich Kolumbijczyków, krzyczących i śpiewających na koszmarnie zaśmieconej plaży. Nie wróżyło to najlepiej naszemu przyszłemu wypoczynkowi… Jednak gdzieś nad ranem impreza się skończyła, a ranek powitał nas palącym słońcem, w miarę ogarniętą plażą i błękitną wodą. Taganga jest bardzo ładnie położona – wciśnięta w małą zatoczkę, otoczona przez zazwyczaj zielone wzgórza. My niestety trafiliśmy na kolejne wariactwo pogody; nie padało tak długo (z tego co pamiętam ok. 9 miesięcy), że wszystko dookoła zamieniło się w popiół. Temat suszy był numerem jeden w każdym serwisie informacyjnym, a sytuacja stale ulegała pogorszeniu – ostatniego dnia naszego pobytu w miasteczku wyłączono wodę, nie można więc było wziąć prysznica czy spłukać toalety…

Ostatnie chwile naszego rocznego wyjazdu spędzaliśmy na czystym lenistwie, Kolumbia_20z rozbrzmiewającej muzyką plaży uciekając tylko na regularne chwile ochłody w klimatyzowanym pokoju, który jednak po dwóch czy trzech dniach zamieniliśmy na średnio przewiewny namiot – na drugą część plażingu przenieśliśmy się do parku Tayrona, fantastycznego miejsca oddalonego zaledwie o godzinę drogi od Tagangi. Park słynie z przepięknych, piaszczystych plaż, z których każda jest inna, ale wszystkie jak z pocztówki, niebezpiecznych prądów morskich, nietypowej dżungli (w czasie naszej wizyty mocno przesuszonej), małp, pelikanów i miliardów jaszczurek, zamieszkujących chyba każdy metr kwadratowy terenu. Dla mnie to także miejsce, w którym można spotkać dzieciaki żywcem wyjęte z filmu „Apocalypto”, uzależnić się od najlepszego na świecie soku pomarańczowego i zjeść genialne krewetkowe ceviche w naprawdę rajskich okolicznościach przyrody. Bardzo fajna wakacyjna destynacja, chociaż oczywiście droższa niż reszta i tak nie najtańszej Kolumbii. Po pięciu dniach spędzonych w tym raju, gdzie nie bolał nawet regularny brak wody do mycia ani chmary komarów, wróciliśmy do cywilizacji, tj. do Tagangi, gdzie Panor zdążył jeszcze wykonać kontrolnego nura (podobno całkiem udany), aby dzień później przelecieć do stolicy kraju, Bogoty. Był to jeden z czterech lotów, jaki kupiliśmy w Ameryce Południowej, ale na samą myśl o kolejnych kilkunastu/kilkudziesięciu godzinach w autokarze – a różnica w cenie była akceptowalna…

Przejazd z lotniska do domu Sebastiana, couchsurfera Panorów, który zaprosił nas do siebie, był sporym szokiem. Bogota to chyba najbardziej rozwinięte miasto Ameryki Południowej, jakie odwiedziliśmy: szerokie autostrady, szklane wieżowce, dzielnice biurowców i nowoczesnych osiedli mieszkaniowych. Kolejnego dnia po przylocie zapisaliśmy się na jedną z darmowych wycieczek po jego centrum, która okazała się jednak nieco rozczarowująca – zobaczyliśmy niby wszystko, co było warte uwagi (i dostępne, bo akurat tego dnia, ze względu na jakieś ważne wydarzenia polityczne, pół starówki było zamknięte dla postronnych), ale przez cały czas towarzyszyła nam ekipa telewizji Caracol, i cały tour kręcił się wokół przyszłego programu… Zniechęceni olaliśmy drugą wycieczkę z tego cyklu, poświęcając więcej czasu świetnemu Muzeum Złota – zadziwiające, jak wiele skarbów udało się ocalić przed chciwymi Hiszpanami i jak ciekawie przedstawiona była ta kolekcja.

Następnego dnia po obiedzie pożegnaliśmy Sebastiana, zapakowaliśmy się w taksówkę, szeroką autostradą wróciliśmy na lotnisko i odlecieliśmy do Europy…

THE END

Chociaż może wcale niekoniecznie ;-)

 

2 comments

  1. panor
    panor Październik 30, 2014

    No zaraz zaraz;) był jeszcze Madryd i 1,5 tyg w Portugalii :P

    Odpowiedz
    • elmer
      elmer Październik 30, 2014

      Eeeee tam. Europa się nie liczy :-)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress