Kolka, klasztor i kondory

Kolka, klasztor i kondory

Po intensywnym miesiącu w Boliwii i trekkingowo-kulturalnym tygodniu w Cusco moim największym marzeniem było zakotwiczyć w jakimś względnie ciepłym miejscu i odpocząć od wszystkiego choć przez chwilkę. Kiedy więc dotarliśmy do Arequipy i zobaczyłam, że na dachu hostelu mamy kanapy i duuuuużo słońca wiedziałam, że to moja kwatera na jakiś czas :) Z leniuchowaniem i czytaniem kłóciła się tylko konieczność zakupu biletów na Galapagos, z pozoru pierdoła, która okazała się być małym koszmarem… Ponieważ nie chcę podnosić sobie ponownie ciśnienia wspomnę tylko, że zajęło nam to dwa dni i utratę tańszej taryfy, przy okazji odkryliśmy, że jeden bank odłączył moją teoretycznie aktywną jeszcze kartę na rzecz nowej, nieaktywnej nawet po aktywacji, a drugi zablokował na koncie wszystkie środki, które mieliśmy na przeżycie – i zapomniał nas o tym poinformować… Najważniejsze jednak, że z pomocą karty Panora bilety udało się kupić – słowa te piszę z pięknej wyspy Santa Cruz w archipelagu Galapagos :)

Arequipa słynie z dwóch rzeczy – starego miasta zbudowanego z białego kamienia wulkanicznego oraz z gigatycznego zakonu św. Katarzyny, który zajmuje znaczną część starego miasta, jest niesamowicie klimatyczny i w niczym nie przypomina tego, który odwiedziliśmy w Potosi. Podobnie jak tam, siostrzyczki z Arequipy pochodziły z bardzo dobrych rodzin, a wygodę i dobrobyt postanowiły przenieść również za zakonne mury. Ich kwatery nie były ascetycznymi celami, a kilkupokojowymi domkami, z własną kuchnią i pokoikiem dla służby. W zakonie zdarzały się nawet imprezy z muzykami zapraszanymi z miasta, co ukrócone zostało dopiero w 300 lat po założeniu zakonu przez siostrzyczkę nasłaną na niesforne zakonnice przez samego papieża ;)

Po zwiedzeniu tego i kilku innych zabytków w mieście postanowiliśmy odwiedzić kanion Colca – sami, ponieważ Panor zdobywał w tym czasie sześciotysięcznik, a później razem z Martą planowali wycieczkę na dno kanionu. My zdecydowaliśmy się na niezwykle lajtową opcję, tzn. wizytę w miejscu, z którego rozciąga się ponoć najpiękniejszy widok na kanion, a przy okazji można podziwiać szybujące tuż nad głowami kondory. Większość osób, z którymi rozmawialiśmy odradzała wyjazd tam na własną rękę jako droższą alternatywę dla zorganizowanej wycieczki, jednak po średnio udanym grupowym zwiedzaniu świętej doliny Inków chcieliśmy to zrobić po swojemu – i jak się okazało bardzo dobrze na tym wyszliśmy. Przejazdy lokalne zawsze są dużo tańsze niż wycieczkowe, nocleg znaleźliśmy super tani (a przy okazji najlepszy, jaki mieliśmy od bardzo długiego czasu, była nawet ciepła woda w kranie, dobro niespotykane od opuszczenia chilijskiego Santiago), ale największą oszczędność przyniosło nam uniknięcie zakupu łączonego biletu turystycznego, bez którego teoretycznie nie można wejść na Cruz del Condor, do kanionu itd. Normalnie bilet ten kosztuje 70 soli, my jednak przyjeżdzając godzinę przed świtem i będąc jedynymi turystami o tak nieludzkiej godzinie wzięliśmy panią bileterkę z zaskoczenia. Kiedy dowiedziała się, że nie mamy zamiaru schodzić do Oasis i interesują nas jedynie kondory uprzejmie zapytała, czy możemy chociaż zakupić bilet za 5 soli. Oczywiście mogliśmy, i po chwili z peruwiańskimi studenckimi wejściówkami w kieszeni, zupełnie sami rozkoszowaliśmy się wschodem słońca, budzącymi się ze snu kondorami, masą przepięknych kolibrów – krótko mówiąc piękną chwilą, dla której warto było wstać o 3:30 ;) Niedługo później na krawędź kanionu, będącego drugim najgłębszym kanionem na świecie (najgłębszy znajduje się kilka kilometrów dalej, a nie, jak mogłoby się wydawać, w USA) zaczęły zjeżdzać wielkie tłumy i atmosfera poranka minęła bezpowrotnie – na pociechę rozbudzone kondory dały piękny popis szybując tuż nad głowami turystów, co pozwoliło w pełni docenić ich wielkość.

Po powrocie do Chivay w trakcie obiadu poznaliśmy Sebastiano, za dnia pracującego przy wydobywaniu surowca do budowy dróg za pomocą dynamitu, wieczorem stającego za barem własnej dyskoteki – a że akurat była to sobota zostaliśmy oczywiście zaproszeni na wieczorną potańcówkę ;) Wcześniej jednak postanowiliśmy zrelaksować się w miejscowych gorących źródłach. Muszę przyznać, że po blisko roku bez gorącej kąpieli było to dla nas naprawdę spore wydarzenie, w basenach spędziliśmy zdecydowanie zbyt dużo czasu, przez co po powrocie do domu padłam na pyszczek, a wieczorne wyjście stanęło pod dużym znakiem zapytania. Z pokoju na miasto wygonił nas w końcu głód, przejmujące zimno zrobiło swoje i rozbudziło nas zupełnie, i przed 23, mimo sprzeciwów Maćka przerażonego dobiegającymi z wnętrza peruwiańskimi hitami, stawiliśmy się na dysce. Sebastiano powitał nas jak starych znajomych, na bar wjechał od razu dzban rumu z colą, później kolejny, a potem jeszcze jeden – szczęśliwie udało nam się wymknąć przed czwartym, który z pewnością okazałby się gwoździem do trumny ;) Między jedną a drugą szklaneczką nasz imprezowy współtowarzysz, przewodnik Pedro, na informację, że jesteśmy z Polski orzekł, bardzo serio, że wszyscy Polacy są dla mieszkańców Chivay jak rodzina i każdy zawsze nam tu pomoże. To niecodzienne wyznanie ciut nas zdziwiło, ale po chwili wszystko było jasne – na początku lat 80. to właśnie Polacy jako pierwsi pokonali kajakami cały kanion Colca, a relacja z ich wyprawy rozsławiła kanion na cały świat, dzięki czemu miejscowi żyją teraz w dużej mierze z turysów właśnie. Kolejne przedpołudnie przed powrotem do Arequipy poświęciliśmy więc na tropienie polskich śladów w miasteczku – od tablicy pamiątkowej na rynku po Avenida Polonia, tuż przy początku kanionu, a cała wycieczka i wszyscy poznani w jej trakcie ludzie pozostawili po sobie wyłącznie miłe wspomnienia ;) Panorom trekking na dno kanionu, chillout w miejscowości Oasis oraz wspinaczka 1200 metrów niemal pionowo w górę również bardzo się podobały, Colca i okolice są więc zdecydowanie warte odwiedzenia – zarówno na sportowo, jak i na relaksie!

 

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress