Jungle/forest? Nie tym razem ;-)

Jungle/forest? Nie tym razem ;-)

Będąc na wyspie Mabul w pewnym momencie pomyślałem, że przyzwyczaiłem się już do azjatyckich temperatur i panującej tu olbrzymiej wilgotności. Jednakże po zejściu z łódki w Sempornie moje przekonanie zostało brutalnie zweryfikowane :-) Pełne słońce, niesamowity gorąc i woda dosłownie wyczuwalna w powietrzu sprawiały, że określenie „sauna” w tym przypadku nie było przesadzone. Kolejne dni pokazały jednak, iż może być jeszcze „gorzej”. Natura postanowiła chyba popisać się przed nami swoimi możliwościami :-P

Palmowa plantacjaW takiej to właśnie „piekielnej” atmosferze poszliśmy szukać busa do Lahat Datu, miejsca przesiadkowego na trasie do Sukau – malutkiej wioski leżącej nad najdłuższą rzeką Borneo, czyli Kinabatangan. Wybraliśmy ten kierunek, ponieważ przewodnik opisywał to miejsce jako ostoję dzikich zwierząt, szukających schronienia przed stale postępującą wycinką dżungli pod plantacje palmowe. Dla nas z jednej strony fakt, że na małym terenie jest takie bogactwo życia był super wiadomością z uwagi na potencjalną obietnicę spotkania z prawdziwie dzikim życiem. Z drugiej jednak strony zniszczenie dżungli na prawie całej wschodniej części Borneo to przerażająca sprawa, a widok z okien samolotu czy busa jest koszmarnie nudny i dołujący – setki kilometrów lasu palmowego, gdzie buszują jedynie kozy i krowy… :-/

O ile dworzec (choć to raczej nazwa sporo na wyrost) i busa znaleźliśmy szybko, o tyle jego odjazd szybki i punktualny nie był. Najpierw mieliśmy ruszać w samo południe, później godzina zmieniła się na „jeszcze dwie osoby”, a następnie na „one more”. Dodać przy tym trzeba, że „one more” oznaczało w tym wypadku jedenastą osobę, podczas gdy w busie miejsc siedzących było dziewięć :-D Na nasze pytanie o to, jak zamierza wszystkich pasażerów pousadzać, nie zostawiając przy tym naszych plecaków, zarządzający dworcem z rozbrajającym spokojem odparł, iż nasza czwórka wraz czterema dużymi i czterema małymi plecakami będzie siedzieć na tylnej, trzyosobowej kanapie.

Było to mission impossible, więc zaczęliśmy nieco protestować i nagle okazało się, że możemy jednak jechać trochę większym busem, który nawet miał coś na kształt bagażnika. Ostatecznie ruszyliśmy około 13 – i to bez „one more person” :-) Po trzech godzinach dotarliśmy (jadąc cały czas przez palmowe plantacje) do Lahat Datu. Niestety na dworcu autobusowym nie znaleźliśmy transportu do Sukau (busów nie było, a transport prywatny kosztował krocie), więc zarzuciliśmy plecaki i poszliśmy w miasto szukać taksówki. Ta trafiła się szybko, targowanie na papierze z 300MYR do 160MYR też przebiegło sprawnie i dwie godziny później byliśmy w Sukau. Sukau B&BNaszym miejscem docelowym było Sukau Bed & Breakfast. Tylko, żeby było śmieszniej, w tej mieścinie większość „spalni” miała taką frazę w nazwie. Dlatego po którymś z kolejnych postojów nasz driver zdenerwował się i pojechał sobie, na szczęście zostawiając nam nasz dobytek ;-) Tak więc ostatnie 500 metrów pokonaliśmy na piechotę, docierając do końca drogi, gdzie nie było już nic więcej poza gospodarstwem nad rzeką oferującym noclegi oraz dżunglą; dżunglą mega prawdziwą, deszczową, jaką do tej pory mogłem zobaczyć tylko w TV, bo tajska, którą zwiedzaliśmy w górach koło Chang Mai, tak naprawdę była tylko namiastką, ironicznie nazwaną jungle/forest ;-)

Sukau Bed & Breakfast okazało się być bardzo przyjemną miejscówką. NosaczCzyste pokoje, mili gospodarze, latające w salonie i na werandzie nietoperze, niesamowite dźwięki zwierząt za oknami… Czego chcieć więcej… ;-) Okazało się, że „więcej” jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło popłynąć o szóstej rano na wycieczkę po rzece by spotkać wiele małp (przedziwnie wyglądające nosacze, złośliwe makaki długoogoniaste i jeszcze co najmniej dwa inne gatunki, których nazw angielskich nie znał niestety nasz operator łódki) i ptaków (orły, czaple, zimorodki i dzioborożce).

Po powrocie i krótkim odpoczynku Marta i Piotrek zostali na werandzie, a ja z Polly wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy. Skończyło się na obiedzie w prywatnym domu u sympatycznego Malaja, uczestniczącego w rządowym programie Homestay, a w drodze powrotnej na ucieczce przed makakami długoogonowymi, którym chyba nie spodobało się, że robiłem im fotkę zwykłym telefonem, a nie wypasioną lustrzanką :-D

Pod wieczór poszliśmy wreszcie w dżunglę; pod wieczór, bo zwierzaki są szczególnie aktywne albo z samego rana albo właśnie wtedy, kiedy kończy się całodzienny upał. Sam nadal się dziwię, jak to możliwe, ale najwyżej trzy minuty od wejścia do lasu zobaczyliśmy orangutana.Orangutan To było duże zaskoczenie, bo nasza gospodyni powiedziała, że musielibyśmy mieć mega szczęście, aby tego stwora spotkać. Zatem jesteśmy chyba farciarzami :-P Wszystkiego jednak mieć nie można i jak widać za dużo wymagać też nie, bo Pan Orangutan okazał się być strasznie wstydliwą istotą i za nic w świecie nie chciał dać zrobić sobie dobrego i ostrego zdjęcia. Cały czas chował się wysoko na drzewie za gęstymi liśćmi i nie wiedzieć dlaczego rzucał w nas gałązkami ;-) Panorów, wracających z głębi lasu po dość stresującym spotkaniu z makakami, też próbował w ten sam sposób odstraszyć. Stąd wniosek – nie podchodzić do makaków :-D a orangutany można podziwiać bez obaw.

Właśnie podczas tej wycieczki natura pokazała nam, że w Sempornie wcale nie było wilgotno :-P Ja miałem w dżungli zaparowane okulary (przy temperaturze trzydziestukilku stopni), nasze podkoszulki zrobiły się bardzo szybko kompletnie mokre, Panor nie mógł niczym wytrzeć obiektywu, bo dosłownie nie mieliśmy na sobie nic dość suchego :-)

Następnego dnia rano ruszyliśmy do Kota Kinabalu. Na przysłowiowe „raty”. Po tym, jak za przejechanie czterdziestu kilometrów zapłaciliśmy jak za zboże (a nie było innej opcji aby wydostać się z wioski), mieliśmy na skrzyżowaniu w punkcie przesiadkowym czekać na autobus, któremu dotarcie do KK miało zająć minimum 8h. Nam zajęło to nie dość, że tylko równe 5, to jeszcze wszystko odbyło się w bardzo przyjemnej atmosferze. Jak to zrobiliśmy? Po prostu łapiąc stopa :-) Po tym jak zapytałem: „a może na stopa?”, Polly namalowała markerem (niechcący zabranym przez Panora) na kartce znaczek KK i po max 5 minutach zatrzymał się zajebisty lśniący, czarny samochód – Toyota Hilux z odkrytą paką.Autostop To właśnie na tej pace spędziliśmy kolejne 60 minut, podczas których nasze auto wyprzedzało wszystkie samochody, jadąc pewnie ze 120 na godzinę. Po krótkim postoju kierowca zaprosił nas do środka, tłumacząc się obawą przed policją i możliwym deszczem. A tak naprawdę chodziło mu o to, że nie mógł jechać tak szybko jak planował, kiedy my siedzieliśmy z tyłu. Arif okazał się być niesamowicie fajnym gościem ;-) Wesoły, uśmiechnięty, wyglądający trochę jak amerykański hiphopowiec. Jeszcze nigdy nie podróżowałem 160 km/h po krętej, górskiej drodze podrasowanym, 256-konnym samochodem, przy okazji słuchając fajnej muzy, podskakując nie tylko na nierównościach drogi, ale także od basów z subwoofer’a. To był czad.

A jak do tego wszystkiego dodać jeszcze jego dwie małe, śpiewające (a później śpiące na Polly i Marcie) córeczki, to możecie sobie wyobrazić, jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że Arif jeździł tą drogą od dwudziestu lat i nigdy nikogo wcześniej nie zabrał, mimo, że w punkcie gdzie staliśmy, często ktoś mu machał i prosił o podwózkę :-D Byliśmy jego pierwszymi autostopowiczami i jak sam stwierdził, nie wie do końca dlaczego zdecydował się zatrzymać akurat tym razem. Coś jednak musiało być na rzeczy, bo dzień później zabrał nas na przejażdżkę po mieście swoim 500-konnym, limitowanym Land Roverem, zawiózł na lotnisko i powiedział, że mamy mu dać znać jak za półtora tygodnia wrócimy do KK, a jeśli będzie wtedy w mieście to na pewno się spotkamy. I, że to wszystko wina Polly, gdyż to ona stała z kartką łapiąc stopa :-D

PS – durian faktycznie strasznie śmierdzi…. Szczególnie jak się nim komuś odbije w zamkniętym samochodzie ;-) Testowanie owocu to również zasługa Arifa bo nie wiem, kiedy sami byśmy się na to zdecydowali!

PS 2 – ale smakuje dość ciekawie, pomimo dziwnej kremowej konsystencji :-)

 

4 comments

  1. Marcinos Wrzesień 5, 2013

    Hie hie dobre Elmer:) Pozdrowka z Edynburga !!! btw. powinienes sprobowac durian pancakes:)) zwlaszcza rano hie hie:)))

    Odpowiedz
    • elmer
      elmer Wrzesień 6, 2013

      Siemka. Pozdro z Mulu Park :-D Na razie wystarczy mi smaku duriana. Maja tutaj duzo lepsze owoce :-D

      Odpowiedz
  2. HiszpAnka Wrzesień 4, 2013

    No RAJ!!!:-) Uściskajcie ode mnie jakiegoś MONO;-) Zawsze chciałam to zrobić:-D

    Odpowiedz
    • elmer
      elmer Wrzesień 6, 2013

      Z tymi uwciskami latwo nie bedzie ;-) W Mulu rozmawialismy z przewodnikami i dobrze sie stalo ze postanowilismy wycofac sie dosc szybko przy spotkaniu z makakami. Inaczej moglyby zaatakowac i pogryzc. Sa podobno dosc wredne i nie lubia jak do nich podchodzi sie za blisko :-)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress