Irańska obsesja

Irańska obsesja

Powrót do rzeczywistości po rocznym podróżowaniu z początku był łatwiejszy, niż się tego spodziewałam. Własna łazienka, w której na stałe mam swoją szczoteczkę do zębów i suchy, pachnący ręcznik to fantastyczny luksus po ciągłej zmianie miejsc i życia o jednym plecaku. Ilość posiadanych przeze mnie ciuchów i butów przyprawiła o prawdziwy zawrót głowy – nareszcie miałam większy wybór niż pięć koszulek, jedna sukienka, świetnie pasująca do butów trekkingowych. Dłuższą chwilę zajęło mi pokonanie odruchu wchodzenia pod własny prysznic w klapkach… ;)

Przez pewien czas cieszyłam się nawet z powrotu do pracy i tej zapomnianej kompletnie rutyny. Stan zadowolenia minął oczywiście dość szybko, a poranne wstawanie i zamknięcie na kilka godzin boli teraz mocniej niż przed wyjazdem. Na ratunek przyszły mi książki podróżnicze i blogi ludzi, którzy właśnie przeżywali swoje/moje przygody, a także oczywiście snucie kolejnych planów wyjazdowych. I gdzieś w takiej czarnej dupie listopadowego popołudnia spędzonego w biurze, z milionem rzeczy do zrobienia, na podminowaniu sięgającym zenitu, trafiłam na wywiad z chłopakami z nasi goreng. Przeczytałam, zobaczyłam jeszcze jeden filmik, i byłam pewna – kolejny kierunek to Iran. Od tego czasu datuje się okres mojej małej obsesji irańskiej.

U większości Iran budzi jak najgorsze skojarzenia. Wariactwo religijne, atom, rewolucja, oblężona ambasada i krwawo stłumione protesty uliczne nie robią najlepszego PRu. Gdzieś przeczytałam, żeby w rozmowach zastąpić złowrogo brzmiącą nazwę Iran dawną nazwą tego kraju – Persja. I rzeczywiście, reakcje były skrajnie inne, bo wiadomo, Persja to starożytna cywilizacja i piękne dywany, podczas gdy Iran = oś zła stworzona przez wroga Zachodu, Chomeiniego. Jakby dwa zupełnie różne miejsca na ziemi.

Zonka w PersjiMało kto bierze ten kraj pod uwagę planując swój wyjazd wakacyjny. I jest to wielki błąd! Z przeczytanych i wysłuchanych relacji z irańskich wojaży wyłaniał się obraz pięknego i gościnnego kraju, z niesamowitymi ludźmi, piękną architekturą i zabytkami, w dodatku nieskażonego masową turystyką. Zaczęłam się nawet obawiać, że moje oczekiwania wobec niczego jeszcze nieświadomych Irańczyków są tak duże, że mogę się rozczarować. Po dwóch tygodniach spędzonych tam mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to absolutny numer jeden na mojej liście. I mam nadzieję, że chociaż częściowo uda mi się to przekazać dalej.

Przez jakiś czas czailiśmy się na jakąś super promocję na lot (zdarzają się okazje nawet za 600 zeta), w końcu jednak nie chcieliśmy już dłużej czekać, i kupiliśmy bilet Pegasusem ze Lwowa przez Stambuł za nienajgorszego tysiaka w obie strony. Wieść o wyjeździe do Iranu rodzice przyjęli ze względnym spokojem, przygotowywaliśmy ich na to od pewnego czasu, ale informacja o tym, że lecimy z Ukrainy – to dopiero było news ;) Tymczasem różnica na bilecie w tych samych datach z Berlina i ze Lwowa wynosiła 100 euro.

Od razu po zakupie biletów lotniczych, dwa miesiące przed wyjazdem, napisałam na forum couchsurfingu, że oto przybywamy i co pozostali radzą zobaczyć. Natychmiast dostałam wiele odpowiedzi z rekomendacjami, z których większość kończyła się zaproszeniem do domu. Do tej pory żadne z moich zapytań nie spotkało się z tak żywiołową reakcją. Było to tym bardziej zaskakujące, że couchsurfing jest w Iranie de facto zabroniony… a tu proszę, działa najlepiej ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie krajów. Wiadomości od irańskich hostów spływały jeszcze kilka dni, a ja miałam okazję przekonać się, jak niesamowicie pozytywne osoby odpisują. Jeden z chłopaków, z którym ostatecznie niestety nie spotkaliśmy się w realu, na moje pytanie o możliwość przelotu i rezerwacji miejsca zaproponował, że to za nas załatwi. Zdziwiłam się, że można założyć rezerwację nie płacąc za bilet – a ze względu na sankcje nie można płacić przelewem bankowym ani kartą. Mostafa odpowiedział, że nie można, ale po prostu kupi nam bilety, a pieniądze oddamy jak go odwiedzimy. Byłam w niezłym szoku! Oczywiście CS opiera się na zaufaniu i życzliwości ludzi, ale wydanie kilku stówek dla osób, których nie widziało się na oczy – to jednak dość niecodzienne. Jak się później okazało, nie w Iranie ;)

Jadąc do Iranu trzeba pamiętać o wizie. Początkowo mieliśmy ubiegać się o nią za pośrednictwem ambasady w Warszawie, ostatecznie zdecydowaliśmy jednak skorzystać z wizy on arrival, wydawanej na 15 dni. Ten rodzaj wizy jest oczywiście związany z pewnym ryzykiem, dlatego postanowiłam zabezpieczyć się na wszystkie możliwe sposoby i poza obowiązkową rezerwacją hotelu na jedną noc chciałam zdobyć zaproszenie od Irańczyka. Jeszcze w Polsce gościliśmy u siebie kolegę z Isfahanu, który robił tour po Europie w przerwie doktoranckich studiów w Szwajcarii. VisaPonieważ nie wracał jeszcze do domu sam zaproszenia nie mógł wystawić, ale dał mi kontakt do swojego kumpla, który w dodatku miał w planach doktorat w Polsce. Z obopólną korzyścią zaczęliśmy więc mailować: ja odpowiadałam na jego pytania o życie w Warszawie, on pomagał wyznaczyć optymalną trasę na dwutygodniowe wojaże, wystawił piękny list zapraszający, w którym zobowiązał się do opieki nad nami i wsadzenia w samolot powrotny zgodnie z planem, a w końcu zaprosił do swojego domu.

W miarę zbliżania się daty wyjazdu nasz plan kurczył się coraz bardziej, aż w końcu ograniczyliśmy się do kilku najbardziej znanych miast: Isfahanu, Yazd, Shiraz i Teheranu, oraz do jednej wioseczki niewymienianej w żadnych przewodnikach, ale nieźle zareklamowanej przez zapraszającego nas tam cs. Iran to jednak spory kraj, i mimo niezłej sieci dróg oraz tanich lotów, postanowiliśmy nie pędzić na załamanie karku.

Dni przed wyjazdem upłynęły mi na coraz bardziej gorączkowym kompletowaniu garderoby. Kobiety w Iranie, niezależnie od tego, czy miejscowe czy turystki, muszą nosić chustę zakrywającą włosy, a także ciuch z długim rękawem, zakrywający w dodatku tyłek. O ile z chustą nie miałam problemu, o tyle drugi wymóg był nieco bardziej problematyczny. Ostatecznie wzięłam jakiś jesienny płaszczyk (zły wybór, przy 30 stopniach i pełnym słońcu żyć się odechciewa) i jedną jedyną sukienkę, która miała długi rękaw, nie miała dekoltu, a w dodatku nie była mini. Nie chciałam szczególnie rzucać się w oczy, dlatego wszystkie moje ciuchy były w buro-zielonym kolorze. Ceny ubrań w Iranie nie są wcale bardzo atrakcyjne (moje manto, a więc płaszczyko-sukienka, kosztowało 20$), lepiej więc wyposażyć się w jakieś luźne, nieprzezroczyste ciuchy w sklepach indyjskich. Na miejscu okazało się, że niektóre z dziewczyn chodzą ubrane bardzo kolorowo, z chustami lekko zarzuconymi na włosy, a bardzo wiele z nich nosi naprawdę mocny makijaż. Szczególnie intensywnie malują się te chodzące w czadorach ;) Z wyborem ubrań faceci mają oczywiście łatwiej – krótkie spodenki lepiej zostawić w domu, ale krótki rękawek to norma.

Wakacje zaczęliśmy od Lwowa, do którego przejechaliśmy dzięki blablacar z Ukraińcem Władimirem. Po przejechaniu granicy nasz nowy kolega zaprosił nas na kawkę do dość podejrzanego, acz serwującego niezłe napoje miejsca, gdzie mocno ściskałam swój plecak z całą gotówką na wyjazd (tak tak, w Iranie nasze karty są bezużyteczne i całą kasę trzeba przywieźć w kieszeni) wpatrując się w mijające nas dwukonne furmanki i rozpadające się samochody pokonujące głębokie koleiny. A niedługo później meldowaliśmy się w najstarszym na Ukrainie, pięknym Hotelu George, tuż przy pomniku Mickiewicza, w samym centrum miasta, który dzięki słabej hrywnie był dla nas co najmniej atrakcyjny cenowo. Zresztą cały lwowski weekend to miłe zaskoczenie naszą siłą nabywczą – połączone ze zwiedzaniem pięknego miasta pozostawiło niezłe wrażenie. No, ale nie o Lwowie miało być…

Na lotnisku w Stambule zaczął mnie łapać lekki stresik, który potęgowała obecność pań ubranych w stylu ninja, którym towarzyszyli głośni i średnio przyjaźni panowie. Jednak już przejście do naszego gate’u przyniosło miłą odmianę – ciche rozmowy, przyjazne spojrzenia i… piątkę Polaków ;) W samolocie z podekscytowania nie mogłam zasnąć, dzięki czemu przed oficerem imigracyjnym pojawiłam się w roli bladego zombiaka, który szybko jednak zmieniał się w zombiaka czerwonego. Ubierając się modłę irańską przegięłam trochę z warstwami, i poza obowiązkową chustą, szczelnie zapiętym płaszczem i długimi spodniami, miałam jeszcze bluzkę i sweter… no i te emocje! Oczywiście wszystko przebiegło bez problemów, panowie przeprowadzili zakłady, kto poprawniej przeczyta nazwisko „Skoczyński”, kazali zapłacić 60 jurków za stempel wjazdowy, a po chwili głośnym „Polska” wywołali nas po odbiór paszportów.

Lotnisko Chomeiniego strategicznie położone jest jakieś 100 km od miasta. Komunikacja publiczna oczywiście nie funkcjonuje, po przyjeździe jest się więc skazanym na zmasowany atak taksówkarzy, proponujących przejazd za jedyne 40-50 dolków. Nauczeni doświadczeniem odszukaliśmy jednak oficjalne biuro, w którym przejazd kosztował już raptem 23 zielońce. Chwilę później, prowadząc pierwszą rozmowę w farsi-miganym, mknęliśmy na dworzec autobusowy, 10 minut po przyjeździe zapakowaliśmy się do VIP busa do Isfahanu, 3 minuty później zasnęłam kamiennym snem, aby 5 godzin później przepakować się do samochodu Saeeda i w końcu dotrzeć do celu. Zaczęło się! :D

P.S. Więcej zdjęć niebawem – z kolejnym wpisem

 

 

2 comments

  1. Atamanka Maj 27, 2015

    U mnie Iran po pierwszej wizycie wskoczył na pierwsze miejsce na liście 83 odwiedzanych krajów. Po kolejnej nadal tam jest, mimo wielkiej konkurencji w postaci Afganistanu. Jestem zakochana w Iranie. Już niedługo znów wrócę….

    Odpowiedz
    • polly
      polly Maj 27, 2015

      Przypuszczam, że w moim przypadku będzie podobnie – a mam nadzieję wrócić do Iranu najdalej w przyszłym roku. Tymczasem jutro odbieram naszego isfahańskiego kumpla z lotniska ;)
      Afganistan konkuruje? Czyżby pomysł na kolejny kierunek? Napisz coś więcej! :)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress