Incredible India, czyli kilka słów o kraju, w którym wszystko może się stać

Incredible India, czyli kilka słów o kraju, w którym wszystko może się stać

Jakoś tak wychodzi, że większość tekstów o przyszłych i przeszłych podróżach zaczyna się od stwierdzenia, że to akurat miejsce, które od zawsze chcieliśmy zobaczyć. I zawsze jest to prawda, ale w przypadku Indii szczególnie prawdziwa ;-)

O tym gigantycznym kraju nasłuchaliśmy się od przyjaciół, którzy mieli wizytę, a częściej kilka wizyt już za sobą – zawsze były to opinie mega pozytywne. Sama kultura, egzotyka, kolory pociągały nas na tyle mocno, że po ‚zaprawieniu’ się w bezproblemowej Tajlandii uznaliśmy, że czas zmierzyć się z Indiami. W marcu 2011 r., pozytywnie nastawieni, uzbrojeni w przewodniki, 3 tygodnie urlopu i dość szczegółowy plan zajęć, ruszyliśmy na spotkanie.

Pierwsze chwile w Delhi, gdzie mieliśmy tylko przejechać na dworzec i wsiąść w pociąg do Agry, mogły okazać się moimi ostatnimi… Daliśmy się zrobić cwaniakom na dworcu, którzy z całą stanowczością twierdzili, że nasze bilety są już nieważne (mundur zrobił swoje), wsiedliśmy w tuktuki i pojechaliśmy do bliżej nieokreślonego biura podróży, żeby wymienić internetowe bilety na właściwe. Ponieważ jednak transakcja trochę się przedłużała, godzina odjazdu pociągu zbliżała się nieubłaganie, a my zaczęliśmy samodzielnie myśleć ;-) opuściliśmy naszych nowych przyjaciół i postanowiliśmy wrócić na dworzec, oczywiście na piechotę, żeby nie dać się znów oszukać. Każdy kto był w Indiach wie, na jakich zasadach funkcjonuje ruch uliczny. Powiedzieć, że nie ma tam żadnych zasad to nic nie powiedzieć. Chcesz przejść przez ulicę – wchodź pod pędzący autobus, na pewno cię ominie. Ktoś stwierdził, że chce zawrócić na autostradzie? Świetny pomysł, kilku innych zrobi to samo, ale w trakcie manewru rozmyśli się i pojedzie w różne strony… Teraz już wiem, że należy iść przed siebie i jakoś to będzie, ale wtedy starałam się rozglądać na boki – do tej pory pamiętam brązowy samochód, który pędził prosto na mnie, a jednak mnie nie trafił… Nie wiem jak, nie wnikam, ale to był pierwszy raz w czasie tej podróży, kiedy miałam łzy w oczach – niejedyny ;-)

W końcu udało nam się w komplecie dotrzeć na dworzec, znaleźć odpowiedni peron, właściwy pociąg, a nawet nasz własny przedział i zrelaksować na tyle, na ile to możliwie w indyjskich pociągach. W Agrze czekał już na nas kolejny obrazek, który każdy z nas pamięta do dzisiaj. Jak to w Indiach, krów wszędzie jest sporo, nie mają takich specjalnych łapaczy kup jak konie na warszawskiej starówce, więc generalnie srają gdzie popadnie. Dokładnie przed naszą grupką jakaś krowa postanowiła opróżnić jelita, i jeszcze na dobre nie zdążyło toto dolecieć do ziemi, kiedy znikąd (serio!) pojawiła się jakaś mała dziewczynka, malutkimi rączkami zebrała wspomnianą kupę i uciekła. Szok! Po chwili zauważyliśmy, że dookoła suszą się elegancko rozłożone krowie placki, które służą później oczywiście na opał, ale wtedy naprawdę byliśmy pod wrażeniem ;-)

Sama Agra turystycznie ma rację bytu z jednego powodu – Taj Mahal. Jest to rzeczywiście zapierająca dech w piersiach budowla, szczególnie tuż zza głównego wejścia na teren, co oczywiście oznacza, że wpadasz na plecy tłumu turystów, którzy fotografują się na jego tle, a później sam pozujesz w różnych konfiguracjach, starając się nie dać wypchnąć za szybko… Taj z bliska też jest imponujący, zdobienia nieprawdopodobnie idealne, chociaż w środku spodziewałam się nieco więcej przestrzeni ;-) Później przyszła pora na zwiedzenie czerwonego fortu, jednego z kilku czerwonych fortów, jakie mieliśmy okazję odwiedzić w czasie tego wyjazdu, oraz na wizytę w opuszczonym mieście Fatehpur Sikri – teraz zamieszkałym przez duże grupy małych urwisów proszących o cokolwiek, nawet chusteczki jednorazowe i długopisy (wiele więcej do oddania nie mieliśmy…).

Następnie, po bezproblemowej, ale jednak trochę bezsennej nocy w pociągu, dotarliśmy do Udajpuru niezwykle klimatycznego miasteczka położonego wokół jeziorka, moim zdaniem must see podczas pobytu w Indiach. Nocowaliśmy w mega klimatycznym miejscu o nazwie Dream Heaven, z typową dla Indii roof-top restaurant, a więc restauracją na dachu z pięknym widokiem na miasto. Nie udało nam się zwiedzić pałacu, jednej z głównych atrakcji miasta (akurat trwało kilkudniowe wesele radży), ale za to znaleźliśmy ‚dzielnicę’, w której wszystkie domki pomalowane były na błękitno – przepiękne.

Połowa naszej grupy zapamięta Udajpur również ze względu na pewne dolegliwości, Udaipurktóre właśnie tam intensywnie nas przyatakowały… W moim przypadku wyszło to na plus – po bardzo męczącej nocy nie miałam innego wyjścia jak tylko wpakować się w zamówioną wcześniej taksówkę i udać się w podróż do Puszkaru. Nie byłoby to możliwe bez solidnej dawki prochów na chorobę lokomocyjną i wstrzymywaczy różnej maści, co spowodowało mocne otępienie w trakcie podróży, ale być może ocaliło zdrowie psychiczne. Już na początku podróży okazało się, że nasi kierowcy są absolutnymi królami szos, ale z biegiem czasu udowadniali swój talent coraz bardziej – do najlepszych trików należały jazda pod prąd na autostradzie i Ślubregularne wyprzedzanie na zakrętach w niezbyt przyjemnym górzystym terenie (no ale w sumie trąbili, więc nic złego nie mogło się przecież stać ;-)

Puszkar to dla Hindusów święte miasto, z jedyną w całych Indiach świątynią Brahmy, która chyba przyciąga weselników z całych Indii – jazgot grup muzycznych przygrywających pochodom weselnym był tam słyszalny w całym mieście praktycznie non stop, a nie jest to dźwięk, który łatwo się zapomina ;-) Dla mnie jednak Puszkar to przede wszystkim dochodzenie do formy żołądkowej, żywienie się skrawkami naleśników i unikanie intensywnych zapachów (w Indiach – niemożliwe…). Choróbsko ustąpiło dopiero na pokładzie najstarszego i najwygodniejszego autokaru, jakim miałam okazję jechać – mój fotel był rozwalony w idealnej pozycji, dzięki czemu mogłam komfortowo śnić o kurczaku i buraczkach Babci :-)

Najdłuższym przystankiem w naszej podróży były plaże Goa, Goanie do ominięcia przez tych, którzy choć raz bawili się przy transach ;-) Był to prawdziwy wypoczyn po tych właściwych Indiach – cicho, spokojnie (nie licząc imprezy czy dwóch), bez zwiedzania, za to z obowiązkowym codziennym burgerem z prawdziwej krowy (niesamowite, jak szybko mięsożercy brakuje tego smaku…) popijanym truskawkowym shakiem. Rozleniwienie złapało nas do tego stopnia, że nie wypełniliśmy kolejnego punktu w planie, którym było zwiedzanie Hampi.

Po tygodniu relaksacyjnym wróciliśmy na północ Indii, gdzie w Jaipur, zwanym też różowym miastem, spędziliśmy Holi, najbardziej kolorowe święto świata. Wyposażeni w woreczki z proszkiem w kilku niezwykle intensywnych kolorach, wbrew ostrzeżeniom obsługi hotelowej, ruszyliśmy na podbój miasta – i było naprawdę ekstra :D Jedyne do czego mogę to porównać to suchy śmigus dyngus, w którym uczestniczą wszyscy mijający cię ludzie, a że nawet mimo kolorowej warstwy ochronnej nasze europejskie gęby wyróżniały się na tle innych – byliśmy pokrywani proszkiem ze szczególnym zapałem ;-)

JaipurJaipur, nawet kiedy nie odbywa się w nim Holi, jest miastem wartym zobaczenia. Na uwagę zasługuje szczególnie wizytówka tego miasta – Pałac Wiatrów, przez okna którego kobiety jednego z radżów mogły obserwować codzienne życie, cały kompleks pałacowy, a także imponujący Fort Amber położony niedaleko.

Na zakończenie naszej wycieczki, po kilkugodzinnych perturbacjach ze strajkiem na kolei i oczekiwaniem na autobus, dotarliśmy do Delhi. Nauczeni doświadczeniem twardo negocjowaliśmy z kierowcami tuktuków, idąc na piechotę z całym majdanem na plecach, żeby zaoszczędzić jak się później doliczyliśmy dwa złote na całą siedmioosobową grupę ;-) Tym niemniej satysfakcję mieliśmy sporą, za naszą cenę dojechaliśmy w końcu do najbardziej obskurnego miejsca, w jakim miałam okazję spać (że nas nie zabili to rozumiem, ale że nikt nic nie ukradł to już mnie zdziwiło). Przed nami był ostatni dzień w Indiach: zwiedzanie stolicy z sympatycznym taksówkarzem, który bardzo starał się też robić za przewodnika – niestety jego angielski w niczym nie przypominał tego, czego nas uczono; ostatnie zakupy pamiątek, przypraw oraz ostatnie bro w restauracji Diamond, której właściciel wiele lat wcześniej studiował w Polsce i nadal conieco polskiego jeszcze pamiętał :-)

Indii nie udało mi się wrzucić na listę krajów odwiedzanych w czasie naszej zbliżającej się podróży, czego do tej pory nie mogę odżałować, ale jest to miejsce tak magiczne i wbijające się głęboko w pod i nadświadomość, że na pewno jeszcze tam trafię – i wszystkim gorąco polecam odwiedzenie tego kraju!

Część zdjęć wykonana przez: Jarosław Wrzesień & Przemysław Kwiatkowski

 

8 comments

  1. mohit verma Październik 26, 2017

    Hello,
    Thank you for sharing this information it’s very useful

    Odpowiedz
  2. jimmy Październik 18, 2017

    Hello..!! i am really thankful to share such an useful info

    Sincerly

    Odpowiedz
  3. kingsholidays Wrzesień 29, 2017

    The hill station is found within the higher reaches of the the Himalaya and offers a hypnotic read of the snow clad mountains and therefore the lush inexperienced valleys with their innumerous water bodies.

    Odpowiedz
  4. edyta Styczeń 4, 2014

    Witam,
    bardzo sympatycznie czyta się o Waszej wyprawie, co napawa mnie optymizmem, bo też wybieram się do Indii (luty coraz bliżej :)) również zaczynamy w Delhi, więc troszkę skorzystamy z Waszej trasy :) mam jednak pytanie, co do sposobu kupowania biletów, jak Wy to zrobiliście? :) proszę o jakąś podpowiedź – najlepiej mailowo :)

    Odpowiedz
    • panor
      panor Styczeń 11, 2014

      Hej, mieliśmy małą awarię serwera i niestety poleciała część komentarzy:(
      W każdym razie raz jeszcze:) Większość kupiliśmy przez internet… loty, pociągi. Największym problemem była płatność kartą nie wydaną w Indiach. Większość stron nie przyjmowała polskich… znaleźliśmy 2 stronki gdzie udało nam się przejść poprawnie przez proces zakupowy: http://www.cleartrip.com/ i http://www.makemytrip.com

      Odpowiedz
  5. Lachman Lipiec 17, 2013

    Indie są faktycznie incredible, to kompletnie inna planeta. Pamiętam Szwajcarkę która przez pierwszych kilka dni płakała w poduszkę i chciała do domu. A potem została na dwa miesiące i była zachwycona. Ja też pierwszego dnia miałem trochę dość, a pod koniec pobytu żałowałem że tak krótko. Trzeba będzie tam kiedyś wrócić…

    Odpowiedz
  6. elmer
    elmer Lipiec 17, 2013

    Nic dodać nic ująć. A najbardziej zdumiewające jest to jak szybko początkowy szok z powodu wszechobecnego chaosu przeradza się w zachwyt ;)

    Odpowiedz
    • panor
      panor Lipiec 17, 2013

      No może poza tym, że w trakcie Holi banda pijanych Hindusów obłapiających dziewczyny ze wszystkich stron nie jest już taka fajna :)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress