Czasem piasek, czasem lód…

Czasem piasek, czasem lód…

Jest piątek, 11 lipca, godzina 17.00. Już od dziewięciu godzin siedzimy w mega wygodnym autokarze (Cruz del Sur) w dobowej podróży z Quito do Cali (Kolumbia). Właśnie wyjechaliśmy z Ekwadoru (zaczynam  żałować, że tak szybko, gdyż zabrakło nam czasu na np. trekking na wulkan Cotopaxi czy dłuższe posiedzenie w Banos, a sami Ekwadorczycy okazali się być, póki co, najbardziej sympatyczną nacją Ameryki Południowej) i jedziemy teraz przez niesamowite górsko-wąwozowo-kanionowe okolice. Na dodatek przed chwilą puścili nam film „Noe”, ale po hiszpańsku, dlatego ja zacząłem pisać poniższy tekst, a reszta bobrów czyta i słucha muzy ;-)

Ulokowanie drogi bardzo przypomina tą niebezpieczną z Boliwii, z tą różnicą, że teraz mamy wszędzie asfalt i barierki, a sam autokar jest o niebo lepszej klasy. Tak więc nie musimy chyba prosić niebios o bezpieczne dotarcie do celu :-D I wszędzie dookoła jest zielono ;-) Po kilku ostatnich krajach, gdzie w górach na ogół było sucho i skalisto albo piaszczysto, to co mam teraz przed oczami jest przyjemną odmianą. Chociaż z drugiej strony góry w Peru i Ekwadorze mają niesamowity klimat i na pewno już wkrótce będzie mi ich zajebiście brakowało… Nie wiem kiedy będę mógł po raz kolejny połazić 4000, 5000 albo i więcej m n.p.m… Naprawdę chyba uzależniłem się od tego :-D

I właśnie dlatego, że tak bardzo lubię góry, znowu napiszę o nich parę słów. Po nieco rozbudowanym wstępie, ten raczej dość krótki tekst będzie o mojej i Pauliny ostatniej wycieczce w wysokie rejony Andów, czyli o najładniejszym górskim jeziorze, jakie kiedykolwiek widziałem, połączonym z najbardziej niesamowitym trekkingiem, jaki dotychczas zrobiłem. Będzie też parę zdań o lodowcu, miasteczku Huaraz, o parówce, Trujillo, prekolumbijskim Chan Chan, oraz o zimnym browarku nad brzegiem oceanu w towarzystwie przesympatycznej baskijsko-belgijskiej pary.

huaraz_002Po spędzeniu w Limie trzech leniwych dni rozstaliśmy się z Panorami, ponownie wskoczyliśmy w nocnego busa (znowu) i przed wschodem słońca (znowu) dotarliśmy do Huaraz, miasteczka położonego na wysokości 3052 m n.p.m. pomiędzy łańcuchami górskimi Cordillera Blanca i Cordillera Negra. Napisałem dwa razy „znowu” bo już nie potrafię zliczyć, ileż to razy spędziliśmy noce w busach, co na ogół kończyło się właśnie dotarciem do miasta przed wschodem (absolutnie przeciwnie do pierwszego przykazania Lonely Planet – nigdy nie chodź po miastach Ameryki Południowej po ciemku, tym bardziej z plecakiem :-D) Drugi powód zaliczania wschodów to mianowicie baaaaardzo częste wstawanie przed świtem, aby coś zwiedzić czy przejechać do innego miasta ;-)

Z Huaraz widać na wschodzie kilka białych, wielkich gór. Jest to właśnie część łańcucha Cordillera Blanca, drugiego miejsca na Ziemi, po Nepalu, o ilości szczytów wyższych niż 6 km. Jest ich tam 22! A do tego można na nie robić kilkudniowe trekkingi. Dodatkowo jest tam, bagatela, 50 lodowców ;-) Dla mnie – RAJ. Niestety brak czasu (bus z Trujillo do Guayaquil i lot na Galapagos) pozwolił nam zrobić tylko dwie, jednodniowe wycieczki.

Pierwszego dnia po przespaniu paru godzin poszliśmy zwiedzać miasto i zorganizować sobie atrakcje. Później robiliśmy „nic”, przyzwyczajając się ponownie do wysokości, gdyż w czasie nocnej podróży w parę godzin znaleźliśmy się 3 km wyżej. Ja znowu odchorowałem te kilometry, na szczęście tym razem dokuczał mi tylko dość upierdliwy ból głowy i tylko przez jeden dzień.

huaraz_022Kolejnego dnia uderzyliśmy „z grubej rury” i wskoczyliśmy busikiem na 5 km, aby zobaczyć z bliska jeden z tych lodowców – Pastoruri. Wycieczka okazała się łatwym (200 metrów w pionie w górę), pięciokilometrowym spacerem z fajowymi widokami i lodowcem wpadającym do jeziora. Mieliśmy tylko lekkie problemy z oddychaniem ;-) Po drodze zobaczyliśmy petroglify, wielkie rośliny (puya raymondi), gazową sadzawkę i niesamowicie kolorowe, bardzo głębokie jeziorko.

Drugiego dnia już tak łatwo nie było. Musieliśmy wejść z 3900 na 4600 po dość stromych szlakach, pokonując w sumie 14 km, aby dotrzeć do Laguny 69, najbardziej zajebistego lodowcowego jeziora o najbardziej niesamowitym kolorze jakie kiedykolwiek widziałem! Dookoła niego kamieniste zbocza, nad nim górujący wielki, pokryty lodowcem szczyt, a z drugiej strony rewelacyjna dolina z najwyższą górą w Peru, czyli Huascaran – 6768 m n.p.m. Warto było zmęczyć nogi i prawie nie móc złapać oddechu aby zobaczyć to cudo. Do tego trafiło nam się bardzo fajne, irlandzko-szwajcarskie towarzystwo, z którym nie omieszkaliśmy posiedzieć na krawędzi uwidocznionego na zdjęciach, wielgachnego wodospadu. Już wiem że grozi mi za to w domu po powrocie „parę klapsów” za takie wyczyny. Pozdrawiam mamuśkę :-D

Ostatniego dnia czekał nas zasłużony odpoczynek, a później ZNOWU nocna przejażdżka do Trujillo, nadmorskiego miasta w którym spędziliśmy u couchsurfera Fernando dwa dni, dzieląc pokój z baskijsko-belgijską parą – Mimi i Pablo. Te dwa dni spędziliśmy we czwórkę łażąc po mieście i podziwiając największe prekolumbijskie miasto Chan Chan. huaraz_046Zbudowane z adobe, czyli cegieł zrobionych z ziemi, suszonych następnie na słońcu, było zamieszkane pomiędzy rokiem 850 a 1570. Mury otaczające poszczególne jego części dochodziły do 12 m wysokości i 5 m grubości. Z powodu nieco niefortunnego położenia na pustyni tuż nad brzegiem oceanu mieszkańcy zmuszeni byli doprowadzać wodę osiemdziesięciokilometrowym kanałem wprost z sąsiedniej doliny, korzystali także z filtrowanej przez piaski słonej wody morskiej. Byli świetnymi rybakami – w połowie często pomagały im pelikany. Chan Chan zostało opuszczone z powodu El Nino, które sprowadzając deszcze zmieniło imponujące budowle w kupy piasku… Większość miasta wygląda tak do dzisiaj, odrestaurowane zostały jedynie dwa kompleksy pałacowo-ceremonialne.

Ostatniego popołudnia i wieczoru postawiliśmy na chill i ostatnie chwile w Peru spędziliśmy popijając piwo na plaży w miasteczku Huanchaco, patrząc na surferów, latające pelikany i zachodzące słońce. Później wróciliśmy po nasze rzeczy i po pożegnalnej kolacji i drinkach pojechaliśmy na dworzec Cruz del Sur, aby po osiemnastu godzinach znaleźć się w Guayaquil, gdzie zaczęła się nasza nieco przykrótka przygoda z Ekwadorem.

PS. 1. Mimo, że Galapagos rzeczywiście jest unikalnym miejscem, to z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ja wolałbym spędzić więcej czasu w Huaraz czy też Banos lub Quito i zaliczyć jakąś Wielką Górę ;-)

PS. 2. Wcale nie trzeba zjeść parówki, aby później przez kilka dni bekać parówką. Wystarczy wysoko w górach leczyć sie duramidem, lekiem na chorobę wysokościową. Działać może i działa, ale w moim przypadku skutkuje definitywnymi zmianami w procesach trawiennych… :-P

PS. 3. Zliczyć nocne busy i wschody słońca pewnie dam radę przy pomocy pamiętnika Polly. Oczywiście będę mógł zerknąć tylko na ostatnie strony z podliczeniami przejazdów, lotów, czasów – innych nie pozwoli mi przeczytać ;-) I to będzie być może mój ostatni post, podsumowujący „liczbowo” naszą roczną podróż.

 

2 comments

  1. Byłem tu. Tony Halik. Lipiec 14, 2014

    Napiszę pewnie coś banalnego: świetna relacja i piękne zdjęcia. Ale chyba nic więcej nie trzeba dodawać. Życzę wielu przygód na dalszej trasie i na pewno będę do Was zaglądać częściej :)
    Pozdrawiam, Asia

    Odpowiedz
    • elmer
      elmer Lipiec 14, 2014

      Thx :-) Niestety jesteśmy już bardzo blisko końca naszej rocznej wyprawy…

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress