Galapagos nie tylko dla bogaczy

Galapagos nie tylko dla bogaczy

Tak jak wcześniej wspominał Panor, Galapagos od początku było naszym obowiązkowym punktem podróży. Niestety z biegiem czasu (i wydatków) oboje z Maćkiem coraz bardziej liczyliśmy się z tym, że Galapagos zobaczymy jedynie na zdjęciach Panorów… I kiedy już prawie pogodziliśmy się z tą myślą dotarło do nas, że w okolice wysp możemy już szybko nie zawitać, a wyjazd specjalnie tutaj będzie nas kosztował nieporównanie więcej – jedziemy więc, choćbyśmy mieli później jeść sucharki ;)

Zanim się rozmyśliliśmy szybko kupiliśmy bilety lotnicze (w rzeczywistości zajęło to dwa dni i całą masę nerwów) i zaczęliśmy przeszukiwanie netu pod hasłem „jak przeżyć na Galapagos, nie zbankrutować, a w dodatku co nieco zobaczyć”. I okazało się, że kilka osób, wliczając w to mojego ulubionego kuzyna ze Szczecina  o tym pisało, a więc da się. Po przyjeździe do Guayaquil i ulokowaniu się w gościnnym domu Juana Carlosa z CS zaczęliśmy poważne planowanie. O ile CS w Ekwadorze działa zaskakująco prężnie, o tyle na Galapagos z hostami nie jest kolorowo – domyślam się, że dostają jakiś milion próśb rocznie, i znaleźć kanapę w ten sposób jest naprawdę ciężko, co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Na mój request odpowiedział w końcu Juan, z wyglądu wypisz wymaluj Johnny Depp, i polecił swój hostel Casa Nostra, w którym możemy zamieszkać – co prawda nie za darmo, ale ze specjalną CS zniżką ;) Ostatecznie wyszło nas to 15 dolków za pokój za noc – 30 dolarów mniej za dzień niż za najtańszy nocleg, jaki można było zarezerwować przez serwisy typu Agoda czy booking.com. Była to absolutnie najniższa cena, jaką można dostać w Puerto Ayora, a warunki były naprawdę spoczko – mieliśmy prywatny pokój w swojej części domu, z własną łazienką, mogliśmy też korzystać z kuchni, salonu, tarasu, a przede wszystkim wiedzy Juana, który jako lokalers najlepiej wiedział co i jak zrobić, żeby zaoszczędzić parę groszy. Niezależnie od tego, czy korzystasz z CS czy nie, i tak nie warto rezerwować sobie noclegu z wyprzedzeniem, bo na pewno będzie sporo drożej niż na miejscu. My byliśmy na początku wysokiego sezonu, a mimo to ze znalezieniem pokoju nie mielibyśmy problemu – już po wyjściu z autokaru mieliśmy kilka propozycji spania i z tego co pamiętam ceny zaczynały się od 20 dolków. Przeciętnie pokój można wynająć za 30 dolarów.

galapagos_002Już wieczorem po przyjeździe zrobiliśmy obchód miasta, w tym baz nurkowych, i okazało się że kolejnego dnia wszystkie płyną na Gordon Rocks, a więc najlepsze nurkowisko dostępne dla tych, którzy z oczywistych przyczyn nie mogą wybrać się na kilkudniowy rejs i dotrzeć do wysp Wolfa i Darwina. Tuż po świcie siedziałam więc w taksówce jadąc na drugą stronę wyspy, aby po godzinie zaokrętować się na spory żaglowiec i ruszyć w stronę skał. Spośród kilku osób, które były na łodzi poza mną, pełnokrwistą i zazwyczaj stale mieszkającą w kraju Polką, był jeszcze mega fajny pół Polak-pół Francuz oraz Polka od urodzenia mieszkająca w Niemczech, nie znająca polskiego nic a nic – nagromadzenie rodaków na metr kwadratowy zaskakująco wysokie! Już w czasie dwugodzinnego rejsu mieliśmy okazję zobaczyć wielkie płaszczki, rekiny i pilot-whale (uwaga, po polsku: grindwal pacyficzny!), a podobno nawet mola-mola – chociaż nie wiem, jak kapitan mógł to stwierdzić po kawałku płetwy… Niestety pod wodą już ich nie znaleźliśmy, widziałam za to sporo rekinów-młotów (i ze trzy inne rodzaje), a także kilka różnych płaszczek, wielkie ławice unikające polujących na nie lwów morskich, masę żółwi, „pole” morskich węży i wiele innych podwodnych kreatur. Widoczność nie była zachwycająca, a przy wychodzeniu fale przyprawiały o spory zawrót głowy, ale być tam i nie zanurkować – po prostu nie wypada ;-) Nurki w różnych bazach kosztują podobnie, z moich doświadczeń wynika, że najtańszy, chociaż zapewne nie najlepszy jest Nautilus – dwa nurki kosztowały 120 dolarów.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do jednej z darmowych atrakcji: Las Grietas, wulkanicznego kanionu wypełnionego mieszanką słonej i słodkiej wody. Żeby się tam dostać trzeba najpierw wziąć wodną taksówkę, aby po jakichś 2 minutach znaleźć się na drugim brzegu zatoczki i rozpocząć spacer w niesamowitym, lawowym krajobrazie. Po ok. 20 minutach w dość upalnym i suchym otoczeniu nie myśleliśmy już o niczym innym jak o zanurkowaniu w tej krystalicznie czystej wodzie i podziwianiu mieszkających w kanionie rybek, kiedy uświadomiłam sobie, że maska z rurką leżą w gotowości na hotelowym łóżku. Po chwili okazało się, że do kompletu Maciek zapomniał również… kąpielówek ;) Na nasze szczęście na miejscu spotkaliśmy sympatyczne Argentynki z pokoju obok, które poratowały nas sprzętem do snurkowania, a że Maciek w bokserkach prezentował się prawie tak samo dobrze jak w kąpielówkach nie zwlekaliśmy ani chwili i wskoczyliśmy do wody. Pływając w kanionie trzeba uważać na jedno dość niespodziewane zagrożenie – skaczących ze ściany lub szczytu urwiska lokalnych małolatów, którzy ryzykując rozwalenie się o postrzępione skały wykonują szalone akrobacje powietrzno-wodne, nie biorąc za bardzo poprawki na pływających w dole ludzi. Trzeba przyznać, że odwagi gówniarzom nie brakuje!

galapagos_013Po powrocie z Las Grietas przespacerowaliśmy się do pobliskiego centrum Darwina, gdzie również nie pobierają żadnej opłaty za wstęp. Już po drodze spotkaliśmy wielkie okazy morskich iguan i wylegujące się na brzegu lwy morskie, a w środku czekały na nas jeszcze olbrzymie, strasznie leniwe żółwie i równie nieruchawe iguany. W kolejnym żółwim sanktuarium, które odwiedziliśmy na wyspie Santa Isabela dowiedzieliśmy się, że w miarę możliwości wszystkie jaja żyjących na wolności żółwi są starannie zbierane i przenoszone do sanktuariów, w których po wykluciu się małe żółwiki w spokoju przeżywają kilka lat, i dopiero po osiągnięciu właściwych rozmiarów wypuszczane są na łono natury.

Wieczorem czekało nas szczególne spotkanie – przypadkiem w tym samym czasie i na tej samej wyspie przebywał Cristiano, Włoch, z którym zdobywaliśmy indonezyjski wulkan Rinjani, a później chillowaliśmy się na wyspach Gili! Kilka miesięcy później, kilka tysięcy kilometrów dalej? Nie było innej opcji niż wychylenie wspólnego browarka czy dwóch… czy może trzech? Szczęśliwie łódź na Santa Isabelę mieliśmy dopiero po południu ;) Rejs zdecydowanie nie należał do najprzyjemniejszych. Na łodzi było strasznie ciasno i duszno, a morze było naprawdę niespokojne, dlatego przez całe dwie godziny walczyłam z błędnikiem i innymi dolegliwościami, aby po ciężkich bojach przegrać walkę na 10 minut przed wejściem do portu… ;) Koszt takiej łódeczki w jedną stronę to 25/30 dolków.

Santa Isabela jest największą wyspą archipelagu, jedną z pięciu zamieszkanych – ale jej portowa mieścina w niczym nie przypomina rozwiniętego turystycznie Puerto Ayora. Jest to zaledwie kilkanaście utwardzonych ulic, trzy sklepiki na krzyż, kilka „biur podróży” – i tyle. Chociaż nie, jest też niezwykły kościół, w którym na ołtarzu stoi wielki żółw, a na witrażach zamiast wizerunków świętych jest głuptak, flaming i iguana ;)

Na Santa Isabeli spędziliśmy dużo czasu włócząc się po plaży zdominowanej przez iguany, a także spacerując ładną trasą wśród małych lagun z flamingami (w sumie to widzieliśmy całe 2), prowadzącą do żółwiego sanktuarium. Naszym głównym celem była jednak wycieczka na wulkaniczne tunele częściowo zalane wodą oraz snurki. Znajome Argentynki dały nam cynk u kogo jaki rabat udało im się uzyskać – po powołaniu się na nasze koleżanki dostaliśmy taki sam, dzięki czemu znów zaoszczędziliśmy po 10 czy 15 zielońców na głowę. Wycieczka oznaczała ponowny rejsik; tym razem jednak ocean był spokojniejszy i wyprawa okazała się czystą przyjemnością. Wypływając z portu wyprzedziliśmy całe stadko pingwinów Humboldta, a nad nami unosiły się fregaty, ogromne ptaki, które wyglądają jak skrzyżowanie pterodaktyla z nietoperzem. Los Tuneles to rzeczywiście piękne miejsce: lawowe pomosty porośnięte gigantycznymi kaktusami zawieszone są nad turkusową wodą, w której pływają żółwie i całe ławice kolorowych rybek. galapagos_035Mnie jednak najbardziej zachwyciła możliwość obejrzenia z bardzo bliska głuptaków – przezabawnych sporych ptaków o błękitnych stópkach, śmiesznym śpiewie i ogólnie niesamowicie pozytywnej aparycji. Akurat trwał okres godowy tych ptaków, mieliśmy więc okazję podziwiać je w pokracznym tańcu godowym ;) Po podglądaniu głuptaków popłynęliśmy w inne miejsce na przyjemne snurki, z żółwiami, rekinami, konikiem morskim i ośmiornicą w rolach głównych, a po powrocie z wycieczki postanowiliśmy zostać z Maćkiem w porcie, gdzie stacjonuje stadko lwów morskich. Snurkowanie z tymi zwierzakami było jednym z najlepszych doświadczeń z Galapagos – na lądzie leniwe i niezgrabne, śpiące wszędzie gdzie popadnie, w wodzie wyczyniają takie akrobacje, że nie sposób oderwać wzroku. Zwierzaki te zresztą stale kontrolują, czy nadal mają przed kim się popisywać – co chwilę podpływają tuż przed twarz widza i gapią się prosto w oczy, aby po kilku sekundach kontynuować szaleństwa. Są po prostu genialne!

Pobyt na Santa Isabeli kosztuje więcej niż Puerto Ayora. Najtańszy nocleg znaleźliśmy za 15 dolków za osobę, czyli dokładnie dwa razy drożej niż płaciliśmy w Casa Nostra. Droższe jest też jedzenie – lunch, w dodatku czasem tylko jednodaniowy, kosztuje od 6 do 10 dolków, podczas gdy na jednej z ulic Puerto Ayora dwudaniowe almuerzo z napojem można zjeść nawet za 3 dolki. Zawsze oczywiście warto przejść się na market, gdzie całkiem pożywne przekąski można kupić za dolara. Woda na wyspie też kosztuje sporo – dwa litry kosztowały dokładnie tyle samo co tyle samo coli czyli 2,5 USD.

Po powrocie na Santa Cruz mieliśmy jeszcze cały dzień na eksplorację wyspy – lokalnym transportem (taksówki kosztują trochę dużo, co przy prawie darmowym paliwie jest naprawdę dziwne) pojechaliśmy więc obejrzeć wydrążone przez lawę, ciągnące się czasem przez kilka kilometrów, podziemne tunele (wejście kosztuje 3 USD). Dla mnie, w za dużych mężowych japonkach (moje schły po kolejnym klejeniu), podziemny spacer był trochę walką o przetrwanie (moje i jego japonek), ale dla Maćka błądzenie w ciemnościach w idealnie okrągłym, zabłoconym i zawalonym skałami tunelu było spełnieniem marzeń ;) Po wyjściu ucięliśmy sobie miłą pogawędkę z właścicielką tego terenu, która nie chciała nas wypuścić, zanim dosłownie nie wypełniliśmy plecaka świeżo zerwanymi z drzewa pomarańczami ;) Był to już zresztą kolejny raz, kiedy na wyspach dostaliśmy owoce – raz przechwyciłam turlającą się po ziemi pomarańczę, a kiedy odniosłam ją na stoisko z owocami dostałam jeszcze jedną w prezencie, innym razem do zakupów w sklepie dostałam kiść bananów ;) Na temat bananów się nie wypowiem, ale pomarańcze były najlepszymi, jakie jadłam w życiu – sporą część prezentu skonsumowaliśmy jeszcze tego samego dnia na pięknej plaży w Tortuga Bay (kolejna darmowa atrakcja). W samym Puerto Ayora jest kilka plaż, ale jeśli chce się spędzić kilka godzin w pięknym otoczeniu warto przespacerować się ok. 40 minut właśnie tam.

Po tygodniu spędzonym na Galapagos bardzo się cieszę, że mimo pewnych wątpliwości zdecydowaliśmy się odwiedzić wyspy. Było to niepowtarzalne doświadczenie – na własne oczy zobaczyć zwierzaki znane dotychczas tylko z programów przyrodniczych, które w dodatku w ogóle nie boją się ludzi! Już pierwszego dnia orientujesz się, że coś tu nie gra, kiedy mały ptaszek pakuje się niemalże pod nogi, bo chce ci się przyjrzeć z bliska, albo sam możesz podejść do lwa morskiego na kilka centymetrów i nie wzbudzać przy tym żadnych emocji. Jednak właśnie to świadczy o niesamowitości Galapagos – to zwierzęta są u siebie i czują się pewnie i bezpiecznie, zamiast strachu czując jedynie ciekawość. Możliwość podejrzenia natury z takiego bliska wynagradza wszystkie koszty, jakie jednak trzeba ponieść, żeby odwiedzić wyspy – oprócz dość drogiego zakwaterowania i jedzenia dochodzą jeszcze loty (tylko z Ekwadoru, ok. 1000 PLN/os.), obowiązkowa opłata za wstęp do parku narodowego (100 dolarów) i dodatkowe 10 dolków za świstek papieru ze swoimi danymi, wydawany przed wylotem z Quito lub Guayaquil.

 

4 comments

  1. ola Wrzesień 2, 2015

    Super zdjęcia :) jakimi liniami lecieliscie na Galapagos? Widziałam, że na stronie Lan jest taryfa dla lokalsow i taryfa dla gringo. Ktos to faktycznie sprawdza na lotnisku? Roznica w cenie jest niestety pokaźna :(

    Odpowiedz
    • polly Wrzesień 26, 2015

      Hej Ola,

      dzięki :) lecieliśmy Tame, ale z tego co pamiętam pomiędzy różnymi liniami nie było wielkiej różnicy – trzeba było się liczyć z wydatkiem ok. 1000 pln. Nie pamiętam jednak nic o taryfie dla białasów…

      Odpowiedz
  2. Sheepy Sierpień 15, 2014

    Tak, te sucharki to hit Dobrze ze pojechaliście bo wiele dobrego słyszałam o wyspach Galapagos. Zazdroszcze!!!

    Odpowiedz
  3. Asia | Byłem tu. Tony Halik. Sierpień 15, 2014

    „jedziemy więc, choćbyśmy mieli później jeść sucharki”
    Istota podróżowania. Nic dodać, nic ująć. :)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress