Fifty fifty

Fifty fifty

Miri powitało nas bardzo kapryśnie. Wychodząc z lotniska natrafiliśmy na ulewę, co oznaczało, że w tym dniu już raczej nic nie zwiedzimy. Postanowiliśmy chwilę odpocząć w hostelu i wybrać się na szybkie zakupy, a przy okazji zobaczyć co dzieje się w okolicy. Kolejnego dnia wypadało święto niepodległości, w Malezji zwane Hari Merdeka, podejrzewaliśmy więc, że większość atrakcji będzie zamknięta. MiriNiemniej jednak zwarci i gotowi na wielkie święto i fetę na ulicach poszliśmy w miasto! A w mieście… upał, cisza i nic więcej. Kiedy spytaliśmy, gdzie się znajduje latarnia morska w kształcie konika morskiego, którą reklamują jako „warto zobaczyć” i jest symbolem Miri, nikt z zapytanych nie znał odpowiedzi. Wprawiło nas to w osłupienie. Zrezygnowani i zmęczeni skwarem udaliśmy się w stronę morza, posłuchać szumu fal i poleżeć na plaży. Niestety tam też nie doszliśmy :| Cały brzeg zajęty jest przez hotele, prywatne domy i budowę kolejnych obiektów. Jak się później okazało, na plażę można dotrzeć, ale tylko samochodem – wymaga to wyjechania ok. 20 minut poza miasto. Autobusów niestety brak. Zdziwiło mnie to, że ludzie, którzy mieszkają w mieście z teoretycznych dostępem do morza z czystą, piaszczystą plażą praktycznie w ogóle z tej opcji nie korzystają. W Polsce byłoby to nie do pomyślenia. Lekko podirytowani całą sytuacją poszliśmy na obiad, który okazał się na szczęście bardzo dobry, a pani Chineczka, która nas obsługiwała była prześmieszna ;) Cały czas uśmiechnięta i mówiąca: „O yes yes” :D „O yes, o yes” :)

Kolejnego ranka wyruszyliśmy zwiedzać jaskinie Niah. Zawiozła nas tam zaprzyjaźniona z hostelem babeczka, która dorabia sobie na wożeniu turystów w różne miejsca. Cena za przejazd w dwie strony (po 1,5h każda + oczekiwanie na nas ok. 4h) była jak najbardziej uczciwa i wyniosła 60 PLN. Jeśli zdecydowalibyśmy się na transport publiczny to musielibyśmy tą samą trasę pokonać z kilkoma przesiadkami, a koszt byłby prawie dwa razy wyższy. Bilet do jaskini kosztował nas 20 PLN. Ponadto aby dostać się do jaskini trzeba przepłynąć łódką na drugi brzeg rzeki, w której jak ostrzega tabliczka można spotkać krokodyle :) Usadowieni w łódce, zapłaciwszy po 1 PLN na głowę….. ruszamy. Powiedziałam Panorowi, żeby poszedł na dziób łodzi, bo będzie z tego miejsca miał lepszą pozycję do robienia zdjęć. Tak też zrobił. Po niespełna 10 sekundach od startu dopłynęliśmy do celu :) Na drugi brzeg!! Żaden krokodyl nas nie zjadł, żadnego też nie widzieliśmy. To był mój najkrótszy rejs i zarazem chyba najdroższy :) 10 sec za złotówkę ;D Później stwierdziłam, że wracając mogę to przepłynąć żabką, kraulem czy pieskiem i oszczędzić całą złotówkę (i tak byłam spocona jak dzika świnia :P więc kąpiel dobrze by mi zrobiła). Niestety pływanie jest tam zabronione i każdy obowiązkowo zmuszony jest do „rejsu” łódką :D

Dojście do Jaskinia Niahjaskini zajęło nam ok. 40 minut marszu po dżungli. Nie spotkałam niestety żadnego interesującego zwierzaka, jedynie czerwone robale i kilka gekonów. Jaskinia okazała się bardzo duża i ciekawa. Nie jestem miłośniczką jaskiń – wcześniej zaliczyłam jedną podczas wycieczki na snowboard na Słowacji ale nie była aż tak ogromna. Niah Cave zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie. Imponujące przestrzenie, wielkie głazy, piękne przesmyki w skałach z wpadającymi promieniami słońca oraz nietoperze, których są tam tysiące. Podłoże, drabiny i drewniane przejścia pokryte są ich odchodami. Na całe szczęście „bobki batmanów” nie śmierdzą tam praktycznie wcale. Nieprzyjemne jest tylko to, kiedy otrzesz się ubraniem, bądź złapiesz poręczy pokrytej czarno-brązową mazią ;) Ale kto by się tym przejmował… Na samym końcu szlaku, w kolejnej jaskini, czekały na nas rysunki na skale wykonane wiele, wiele lat temu. Nie były one jednak bardzo widoczne dla ludzkiego oka. Podejrzewam, że gdyby nie znaki i zdjęcia rysunków z krótką informacją obok, mało kto by je zauważył. Dla tych, którzy nie obejrzeli wszystkiego wcześniej czeka nie lada gratka – lustrzane odbicie: powrót z jaskini to ten sam szlak co do jaskini, te same skały, 40 minutowy marsz po dżungli, oraz kilkusekundowy rejs łódką :D

Na następny dzień w Miri ja i Panor zarezerwowaliśmy nurki. Baza co.co. dive okazała się dobrze zorganizowana. Pierwszy nurek był już po 40 minutach płynięcia w głąb morza. Na nurkach byliśmy tylko ja i Piotrek, więc mieliśmy prywatny wypad :) Przygotowani wskoczyliśmy do wody… sygnał zanurzania się ;) U mnie wszystko ok., u Panora gorzej. Patrzę w górę a mój buddy próbuje i próbuje zejść pod wodę, ale wyraźnie mu nie wychodzi. Okazało się, że kiedy Panor wskoczył do wody zgubił pas balastowy i nie było możliwości, żeby zanurzył się nawet na metr ;) Po uzupełnieniu balastu wszystko już poszło gładko. Pływaliśmy obok wraku z ławicami mniejszych rybek, widzieliśmy też kilka skrzydlic, barakud i wiele innych, których nie zdołałam zapamiętać. Drugi nurek był bliżej lądu i wyglądał zupełnie inaczej niż wszystkie dotychczasowe. Przy dnie znajdowała się rafa z ogromną ilością rybek clownfish (nemo) wyglądająca jak wielki ogród – stąd też nazwa miejsca nurkowego Anemo Garden. Wyglądało to naprawdę ładnie.

W czasie naszych nurków Polly i Elmer odwiedzili pobliski salon masażu. Aby się zrelaksować i poczuć trochę luksusu, zafundowali sobie niezapomniany chiński masaż. Jak się później okazało był on rzeczywiście niezapomniany – mocny i nieprzyjemny do tego stopnia, że Polly do dziś ma siniaki na rękach. Tłumaczenia obydwojga, że jest „too strong” nie przyniosły rezultatu.Mulu Park Gdy Polly zorientowała się, że kobieta nie zna żadnego słowa po angielsku, zdesperowana zaczęła pokazywać na poduszce co jest nie tak z masażem i jak by wolała – dostała więc dodatkowy ręcznik ;-) Lekcja na przyszłość… jeśli masaż ma być relaksujący dobrze, żeby masażysta chociaż trochę znał angielski :)

Po „nicnierobieniu” przez kilka dni w Miri przyszła pora na trochę ruchu. Na lotnisku czekał na nas malutki samolot śmigłowy, który miał nas zabrać do Mulu, do wielkiej dżungli i wyprawy na Pinnacles! Zameldowaliśmy się w eleganckim, chodź dość drogim resorcie, gdzie nocleg w 4-osobowym pokoju ze śniadaniem kosztuje 69 PLN na osobę, a 1,5 l wody niegazowanej 7,50 PLN. Innych opcji raczej nie ma, a jak są to jeszcze droższe :| Nocleg rezerwować trzeba z dwu- czy nawet trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Następnego ranka cała nasza czwórka wyruszyła małą łódką w górę rzeki. Przeprawa okazała się dość ciężka – poziom rzeki był tak niski, że panowie sterujący łódką musieli pomagać sobie kijami, ponieważ silnik rysował po kamieniach na dnie. W którymś momencie musieliśmy wysiąść z łódki i pomóc ją pchać. W międzyczasie mieliśmy krótką przerwę na zwiedzanie kolejnych jaskiń, z których słynie Mulu – Winds Cave oraz Clearwater Cave. Z tej ostatniej na powierzchnię wypływa krystalicznie czysta woda, w której mogliśmy się wykąpać – i było to bardzo ciekawe, choć zimne doświadczenie. Po godzinie płynięcia łódką dotarliśmy do miejsca, w którym panowie powiedzieli „papa”, a my szybkim tempem wyruszyliśmy w prawie 9-kilometrowy marsz. Dlaczego szybko? A to dlatego, że tu w okolicach 17:30-18:00 robi się już ciemno, a nie jest fajnie chodzić w nieznanym lesie po ciemku, w dodatku bez przewodnika. Na szlaku co kilometr ukazywała się nam upragniona tabliczka ile jeszcze zostało do przejścia. W okolicach 4 kilometra zażartowałam, że powinni zrobić nam niespodziankę i tabliczki powinny pojawiać się następująco: 8 km-> 7 km-> 6 km-> 5 km-> 4 km-> żartowaliśmy! Jesteś u celu ;) Maciek powiedział, że w tą stronę ok., ale oby nie było odwrotnie; tym bardziej zdziwiliśmy się, że w oczekiwaniu na tabliczkę wyznaczającą 2 km do końca ujrzeliśmy 6 km! Na szczęście ktoś zrobił głupi kawał i po prostu zamienił znak :) W końcu, po dwóch godzinach trekkingu, spoceni i zmęczeni dźwiganiem plecaków wypchanych po brzegi rzeczami do spania, jedzenia, ciuchami, sprzętem itd. – dotarliśmy do obozu. Czekała tam na nas garstka ludzi z obsługi i przewodnik, który miał nas kolejnego dnia zaprowadzić na upragnione Pinnacles. Wyprawa miała się zacząć równo o 6 rano, a skończyć po ok. 10-11 godzinach. Dzień wcześniej podczas małej pogadanki z przewodnikiem dowiedzieliśmy się o szczegółach trekkingu: o trasie i jej przeszkodach, o czasie, w którym należy pokonać dany dystans (jeśli jesteś za wolny po prostu wracasz), o końcowym odcinku wejścia na szczyt, który składa się z samych drabin, oraz o tym, że jeśli w nocy lub rano będzie padać silny deszcz trekking będzie odwołany z uwagi na zbyt duże ryzyko. Po tej przemowie i opowieści o facecie, który jako jeden z wielu płakał z bólu podczas schodzenia z powodu braku kondycji, zaczęło mnie ogarniać lekkie zwątpienie: czy sama dam radę wejść na szczyt? PinnaclesCzy nie jest to jednak trochę zbyt niebezpieczne? Czy moja kondycja jest wystarczająca? Odpowiedź miałam otrzymać następnego dnia.

Cóż… już w nocy zdałam sobie sprawę, że Pinnacles będę mogła pooglądać raczej na zdjęciach niż na własne oczy :) Całą noc padał tak silny deszcz, jakiego jeszcze w życiu nie doświadczyłam. Ulewę było słychać tak mocno, że wydawało mi się jakby ktoś otworzył tamę pobliskiej rzeki i cała woda miała się wlewać właśnie do obozowiska. Moje obawy, że z trekkingu nici, potwierdził z rana przewodnik.

Po południu rozmawialiśmy trochę na temat całej sytuacji i muszę przyznać, że z jednej strony żałowałam, że nie było mi dane zobaczyć Pinnacles, ale z drugiej trochę się cieszyłam, że ulewa była na tyle duża, że wycieczka została odwołana. Jak się później okazało nie tylko ja miałam podejście „fifty – fifty”.

Następnego dnia, już w Mulu, połowa bobrów wybrała się na canopy walk (przereklamowany), a po zmroku wszyscy udaliśmy się na nocny spacer po dżungli. Przyznam, że doświadczyłam tego po raz pierwszy i baaaardzo mi się podobało. Spacer tylko z latarkami w dżungli, w której słychać odgłosy różnych ptaków, owadów, płazów i innych stworzonek, pozwala zobaczyć rzeczy, których nie dojrzysz w trakcie dnia: ogromne patyczaki wyglądające dosłownie jak gałęzie, wielkie pająki, węże, różne rodzaje żab, śpiewające ptaki, niewiarygodnie wielkie owady, z których istnienia nie zdawałam sobie sprawy. Jeśli ktoś z Was będzie się zastanawiał czy warto iść na night walk, podpowiadam – nie wahaj się, tylko idź! ;) Gdy nadarzy mi się kolejna okazja doświadczyć to jeszcze raz, na pewno się zdecyduję.

 

7 comments

  1. Pojechana Październik 21, 2013

    Czytałam kiedyś jakieś statystyki, że mieszkańcy wybrzeża najrzadziej korzystają z plażowych atrakcji. My mamy do plaży 5 minut i co prawda jesteśmy na niej dość często (wieczorne piwko nigdzie nie smakuje tak dobrze), ale żeby się kąpać? Jakoś nigdy się nie chce, a bo mokro, sól i w ogóle hehe a jak człowiek na wakacjach jest to do wody wskakuje jak tylko nadarzy się okazja ;-)

    Odpowiedz
    • martuha
      martuha Październik 21, 2013

      No nie mogę tego zrozumieć ;D

      A tak na serio to marzy mi się taki domek na plaży. Pamiętam taki odcinek Californication gdzie Hank był w takim domku z Karen :) Do tego dodałabym duży ogród, psa, kota i kilka kur na ganku aaaa i pomost :P

      Odpowiedz
      • Pojechana Październik 21, 2013

        Filipiny są idealnym miejscem na tego typu relaksik :-) Wynajmijcie sobie bungalow na plaży w Corong Corong pod El Nido- ganek, palmy, psy, kury, kozy i najbardziej malownicze na świecie zachody słońca popijane melonowym lub kokosowym rumem (tylko Boracay!)

        Odpowiedz
  2. CiotkaA Wrzesień 12, 2013

    Uwielbiam czytać Wasze wpisy (myślę, że nie tylko ja) i do tego te przecudne zdjęcia !!!
    Powinniście zastanowić się nad publikacją tych tekstów w formie pamiętnika z podróży.
    Na jednym ze zdjęć zatykacie nosy, czyżby Elmer otarł się o coś o czym pisała Marta?
    Z niecierpliwością czekam na więcej .
    Buziaki :-)

    Odpowiedz
    • panor
      panor Wrzesień 13, 2013

      Elmer miał niezbyt świeżą koszulkę z którą sam miał mały problem aby wytrzymać:)))

      Odpowiedz
  3. osska Wrzesień 11, 2013

    Ale Stonoooooga ;-p

    Odpowiedz
    • elmer
      elmer Wrzesień 12, 2013

      W zasadzie to były dwie stonogi – jedna na drugiej ;-)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress