Droga śmierci – przeżyliśmy

Droga śmierci – przeżyliśmy

Po autobusowej podróży z La Paz do Rurrenabaque, pod wielkim znakiem zapytania stanął nasz plan przejechania „starej” drogi śmierci na rowerach. Zgodnie stwierdziliśmy, że chyba starczy nam mocnych wrażeń i raczej odpuścimy sobie tą bardzo znaną atrakcję. W La Paz jest bowiem mnóstwo firm, które oferują możliwość wypożyczenia downhillowego roweru i przejechania 64 km stromą i krętą górską drogą. Pewnego dnia snuliśmy się leniwie po mieście i przypadkiem trafiliśmy na jedną z polecanych przez wcześniej poznanych podróżników, agencji rowerowych. Oglądając kilka filmików promocyjnych na wystawionym w lobby telewizorze i rozmawiając z miłą panią, ponownie nabraliśmy ochoty aby zmierzyć się z tym wyzwaniem ;)

La Paz daje wiele możliwości rowerowego przejechania drogi śmierci. Oferty bardzo często kuszą ceną, ale tych z najniższą raczej nie powinno się wybierać. Rowery są w złym stanie, występują problemy z hamulcami, amortyzatorami itp. Na ustach osób które mają przejazd już za sobą, najczęściej pojawiają się nazwy trzech organizatorów: Gravity, Madness, Barracuda. Wszystkie te agencje dysponują rowerami z pełnym zawieszeniem, umożliwiają wypożyczenie kompletnego sprzętu wraz z kaskiem integralnym, posiadają duże doświadczenie oraz bardzo dobre opinie. Barracuda jest najtańszą z nich i właśnie na nią się zdecydowaliśmy.

Plan wyprawy wygląda drogasmierci_titikaka_021mniej więcej tak: wjazd busikiem na wysokość 4700 m.n.p.m., briefing, ubranie się, sprawdzenie rowerów, zjazd rowerem około 24km po drodze asfaltowej, powrót do busa i podjazd pod górę drogą około 8km. Następnie start na właściwej szutrowej drodze śmierci i zjazd rowerem 32km. Koniec przejazdu znajduje się na wysokości 1185 m.n.p.m. Przez cały czas przed i za grupą jedzie po jednym przewodniku, a na samym końcu jedzie bus z rezerwowymi częściami, ciuchami na zmianę i zapasowym rowerem. Trzeba mieć ze sobą sporo ubrań, bo zjazd z wysokich gór do dżungli wiąże się ze znaczącą zmianą pogody. Na górze temperatura czasem spada nawet do -15 stopni, aby na mecie dobić do +35 ;) Dodatkowo od Barracudy każdy dostaje bardzo fajne i sprawne rowery firmy Kona, wiatro i wodoodporne ciuchy oraz małą wodę, którą ma się zawsze przy sobie.

W dzień wyprawy z samego rana stawiliśmy się w miejscu zbiórki i ruszyliśmy busem, z rowerami na dachu, w kierunku punktu startowego. Po szybkim briefingu, ceremonii poświęcenia rowerów i podarunku dla matki ziemi w postaci rozlania i wypicia trunku 98% wystartowaliśmy!!

Pierwsza część była naprawdę niezłym wprowadzeniem. Kręta droga w bardzo dobrym stanie, na zakrętach nawet barierki. Jedzie się w normalnym ruchu ulicznym, ale jest on na tyle mały, że właściwie nie przeszkadza. Zabawa jest przednia, bo spokojnie można rozpędzić się do prędkości 50-60km/h, a co najlepsze nie trzeba w ogóle pedałować ;) Co kilka kilometrów mieliśmy krótkie postoje na których przewodnicy robili fotki, kręcili filmy, opowiadali o okolicy, pokazywali piękne widoki i czasem przywoływali stare historie, które dotyczyły oczywiście wypadków samochodowych czy rowerowych. Całość zajęła niecałą godzinę. Gdy dojechaliśmy do celu, rozemocjonowani władowaliśmy się do busa, dostaliśmy przekąski i ruszyliśmy w kierunku słynnej drugiej części trasy – „starej” drogi śmierci.

Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, żarty się skończyły. Piękna pogoda, która towarzyszyła nam od rana zmieniła się diametralnie. Wszędzie była mgła, a przez to słaba widoczność i spora wilgotność powietrza. Nawierzchnia jest tam typowo żwirowa, chociaż w ostatnim czasie trochę poprawiona. Wąsko, a do tego wszystkiego w niektórych miejscach raptem 3 metry szerokości. Za krawędzią oczywiście wielka przepaść, a czasem nawet widoczne wraki samochodów. Można sobie jedynie wyobrazić jak do 2006 roku (wtedy otworzyli nową lepszą trasę) wyglądał ruch samochodowy tą drogą. Mijanie się jest tam ekstremalnie niebezpieczne, szczególnie w nocy oraz podczas padającego deszczu. Ciężarówki czy autokary nierzadko musiały cofać do miejsca, gdzie można było w miarę bezpiecznie się wyminąć. Co gorsza, przewodnik powiedział nam, że w najbliższym czasie cały ruch ponownie zostanie puszczony starą trasą (na prawie pół roku), gdyż konieczne jest wykonanie remontu dwóch mostów na aktualnie używanej drodze.

Ruszyliśmy… na początku dość niepewnie. Z czasem jednak coraz szybciej, coraz odważniej. drogasmierci_titikaka_029Muszę przyznać, że w najwęższych miejscach trochę zmagałem się z lękiem wysokości i musiałem trzymać się prawej krawędzi (bo oczywiście tak jak w drodze do Rurre, ruch na całej trasie jest odwrócony). Dość często mieliśmy przystanki, aby przewodnicy mogli upewnić się, że wszystko jest ok, że grupa trzyma się razem, aby ostudzić trochę nastroje… no i co najważniejsze aby trochę odpocząć. Co jak co, ale mimo pełnego zawieszenia wyboista droga dawała się trochę we znaki ;) Co jakiś czas mijaliśmy krzyże, które przypominały o wielu nieszczęściach jakie wydarzyły się tam w przeszłości. Po drodze przejechaliśmy też przez dwa wodospady zalewające trasę. Oczywiście była możliwość ominięcia tego fragmentu „na sucho”, niemniej jednak przewodnik zablokował ten właśnie odcinek stawiając swój rower w poprzek. Wszyscy więc musieli zaznać krótkiej przymusowej kąpieli ;) Pod koniec trasy pokonaliśmy też małą rzekę i nie wszyscy dojechali na drugi brzeg bez „postoju” ;) Czas w trakcie zjazdu mijał nam bardzo szybko, szczególnie w pierwszej części, gdzie byliśmy dość mocno skupieni. Pod koniec droga była mniej kręta i można było rozwijać znów duże prędkości. Dlatego też, przewodnik mocno studził nastroje opowiadając co i rusz mrożące krew w żyłach historie i przypominając, że właśnie większość wypadków zdarza się na ostatnich odcinkach, gdzie wszyscy są już zbyt pewni siebie, rozluźnieni ale też trochę zmęczeni. W rezultacie po niecałych 4h wszyscy cali i zdrowi dojechali do mety; mocno wykończeni ale zadowoleni że się udało. W drugiej grupie Barracudy niestety nie mieli tyle szczęścia – trzy osoby wracały do domu poturbowane ze sporymi opatrunkami.

Czy warto? Myślę, że jak najbardziej. Szczególnie dla fanów downhillu i szybkiej jazdy na rowerach. Nie jest to naprawdę nic trudnego i nawet mając porządny lęk wysokości można spokojnie dojechać do mety. Widoki piękne, wrażenia murowane. Pamiętajcie tylko, aby nie oszczędzać za bardzo, bo naprawdę dla kilku złotych nie ma co ryzykować i jechać na zdezelowanym rowerze. Na niektórych odcinkach jest naprawdę mało miejsca na błąd ;) U bobrów najbardziej podobało się Marcie i Maćkowi. Ja lekko zmagałem się z lękiem wysokości, więc nie na każdym etapie mogłem dotrzymać im tempa. Polly stanowczo stwierdziła, że miłośnikiem downhillu raczej nigdy nie zostanie ;)

Kolejnego dnia, późnym popołudniem, ruszyliśmy w stronę Copacabany, czyli nad jezioro Titicaca. Podróż miała zająć drogasmierci_titikaka_048tylko 3h, ale nie wszystko poszło tak jak powinno. Po drodze jest bowiem krótka przeprawa na drewnianych barkach przez jezioro; aż dziwne, że do dziś nie zbudowali mostu! Niestety, ale bardzo mocno wiało i fale nie pozwalały na przepłynięcie. Innej drogi nie było, więc czekaliśmy prawie 4h. Mieliśmy dużo szczęścia, bo początkowo operatorzy barek mówili, że tego dnia pewnie już nic nie wypłynie i mieliśmy w perspektywie nockę w autobusie ;) W końcu około północy dojechaliśmy do celu. Oczywiście wszystko w miasteczku było pozamykane i po dłuższych poszukiwaniach udało się znaleźć hotel, który niestety nie był zbyt tani. Następnego dnia czekały nas więc kolejne poszukiwania i przeprowadzka…

Jedno z największych jezior Ameryki Południowej i największe jezioro wysokogórskie na świecie najlepiej podziwiać wybierając się na jedną z wysp. Taki też mieliśmy plan ;) Polly uparła się, aby spędzić tam też nockę, dlatego popłynęła sama dzień wcześniej. Nam nie chciało się codziennie przeprowadzać, więc we trójkę zostaliśmy w nowym hostelu w samym centrum miasta. Po południu wybrałem się z Maćkiem na jedną z okolicznych gór aby podziwiać widoki ;) Były naprawdę spektakularne; olbrzymie jezioro, gdzie często nie widać horyzontu (czasem bardziej przypominające morze), w oddali góry z białymi szczytami, wyspy, piękny widok na miasto, okoliczne doliny, a w dodatku daleko przed nami ciemne burzowe chmury. Wyglądało to naprawdę nieźle, ale perspektywa, że ulewa do nas dotrze zmusiła nas do szybkiego powrotu do hostelu. Po zejściu z góry zdążyliśmy jeszcze kupić bilety na kolejny dzień na łódkę.

Wczesnym rankiem stawiliśmy się w porcie, gdzie czekała na nas przykra wiadomość: wieje, są duże fale i dlatego łódki nie pływają. Szybko jednak okazało się, że kilka firm planuje wypłynąć. Dostaliśmy zwrot pieniędzy i za otrzymaną gotówkę kupiliśmy bilety u innego operatora. Po kilkunastu minutach siedzieliśmy na łodzi czekając na start. Po kolejnych 30 minutach byliśmy już na otwartej wodzie; no i faktycznie… ;) bujało strasznie, łódka kołysała się niemiłosiernie i walczyła z falami. Z przodu, gdzie miałem przyjemność siedzieć z Martą, powstała swego rodzaju sekcja „bełtowa”. Większość dziewczyn dość mocno przeżywała podróż i Marta ledwo nadążała z wydawaniem swojego zapasu torebek; finalnie sama też jednej potrzebowała ;) W rezultacie po prawie 2,5h dotarliśmy do północnego portu wyspy słońca (Isla del Sol). Tam czekała już na nas skacowana Polly, która poprzedni wieczór spędziła na „poznawaniu” współmieszkańców hostelu w którym spędziła noc. Na łodzi poznaliśmy też dwójkę polaków – Kasię i Ryśka, prowadzących bloga notogoblog.wordpress.com . Stwierdziliśmy, że stworzymy polską wyprawę i ruszymy wspólnie na trek po wyspie. Mieliśmy przed sobą mniej więcej 4h chodzenia, aby załapać się na łódź powrotną w południowym porcie. Czas ten spędziliśmy na podziwianiu przepięknych widoków oraz na wymienianiu doświadczeń z dotychczasowych podróży. Dostaliśmy masę cennych wskazówek, gdyż Kasia i Rysiek jechali na południe od Ameryki Centralnej, więc byli już w miejscach, które my planowaliśmy odwiedzić w przyszłości. Tak dobrze nam się rozmawiało w trakcie treku, że umówiliśmy się też na kolację i butelkę lokalnego rumu ;)

Powrót z wyspy przebiegał już bez ekscesów i spokojnie dobiliśmy do portu w Copacabanie. Wieczorem mieliśmy jeszcze okazję spróbować jednego z lokalnych przysmaków; grillowane serca wołowe z ziemniaczkami – o dziwo, bardzo dobre ;) Kolejnego dnia ruszaliśmy nocnym autobusem do Peru, a konkretnie do miejscowości Cusco, gdzie 28 maja rozpoczynał się nasz trzydniowy trekking w kierunku Machu Picchu.

 

1 Comment

  1. CiotkaA Czerwiec 4, 2014

    To niewątpliwie CHALLENGE !!!!! Od samego czytania i oglądania zdjęć, skóra cierpnie !!!
    Super tekst i oczywiście zdjęcia, jak zwykle zresztą :-)
    Jezioro bajeczne :-)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress