Czerwona planeta

Czerwona planeta

Kolejnym punktem na naszej trasie była Kambodża. Kraj nie był dla nas zupełnie nowy, gdyż przy okazji wizyty w Tajlandii w 2009 roku wpadliśmy również i tam. Nie mieliśmy wtedy zbyt wiele czasu, dlatego zdecydowaliśmy się zobaczyć jedynie główną atrakcję, czyli Angkor Wat w pobliżu Siem Reap. Było to niezapomniane doświadczenie – do dziś porównujemy wszystkie odwiedzanie świątynie właśnie do Angkoru i nie spotkaliśmy jeszcze niczego, co mogłoby dorównać temu kompleksowi świątynnemu. Jeśli ktoś nie był i nie widział – absolutne must see ;)

Ponieważ granicę przekraczaliśmy od strony Laosu, a w pamięci mieliśmy rewelacyjny trekking zrobiony kilka tygodni wcześniej, zdecydowaliśmy się odwiedzić miejscowość Banlung w pobliżu jednego z parków narodowych – Virachay National Park. W okolicy sprzedawanych jest wiele „ściemnionych” treków: przewodnicy przekonują, że chodzi się po parku, podczas gdy faktycznie trekking odbywa się tylko w okolicznych lasach. Aby mieć pewność, że nie zostanie się oszukanym, całość powinno się rezerwować przez oficjalne biuro parkowe. Wiedzieliśmy o tym przed przyjazdem, niestety dojechaliśmy do Banlungu w weekend, kiedy biuro jest zamknięte i z załatwianiem czegokolwiek trzeba by czekać do poniedziałku. W związku z tym podjęliśmy ryzyko wyprawy z jednym z lokalnych biur. Mieliśmy dość silne obawy, więc nie zapłaciliśmy pełnej kwoty i uzgodniliśmy, że jeśli wszystko będzie ok. – drugą połowę zapłacimy po powrocie.

Dzień przed trekkingiem wynajęliśmy motory i zrobiliśmy objazd po okolicznych wioskach, dotarliśmy nad pobliskie jeziorko i położony dalej wodospad. czerwona_planeta_007Jazda po całkowitych bezdrożach była bardzo fajnym doświadczeniem, jednak przemieszczanie się po typowej dla północnej Kambodży glebie koloru czerwonego szybko dało się we znaki. Widoczność była naprawdę słaba, nasze ubrania bardzo szybko zmieniły kolor na rdzawy. Na domiar złego wodospad był dość daleko – zaraz po dojechaniu do niego musieliśmy ruszyć w drogę powrotną, bo w motorze Elmera i Polly nie działało przednie światło, a jak łatwo można się domyślić kambodżańskie drogi nie są w ogóle oświetlone. Do asfaltowej drogi w okolicach miasta dotarliśmy dosłownie w ostatnim momencie – właśnie zaszło słońce i zrobiło się zupełnie ciemno ;) Wymęczeni, ale szczęśliwi, wróciliśmy do hotelu i przygotowaliśmy się na kolejne 2 dni trekkingu.

Kolejnego ranka zostawiliśmy duże bagaże i ruszyliśmy w przejażdżkę tuk tukiem w kierunku rzecznego portu; oczywiście ponownie jechaliśmy nieutwardzoną drogą wiadomego koloru, więc gdy po 1,5 h dotarliśmy do przystani byliśmy już całkowicie brudni i zakurzeni. Po krótkiej chwili wsiedliśmy na łódkę, która na oko mogła pomieścić 4, może 5 małych osób, a siedziała w niej nasza czwórka z plecakami, a do tego jeszcze przewodnik i sternik. Łódź była praktycznie całkowicie zanurzona i tylko kilka centymetrów dzieliło nas od zalania przez wodę. Okolica była bardzo malownicza, przed nami roztaczały się coraz piękniejsze widoki. Dwa razy musieliśmy wysiąść z łódki, która przy takim przeładowaniu nie mogła swobodnie pokonać płytkiego nurtu, a kilka razy woda przelała się do środka, w wyniku czego po wyjściu na suchy ląd część z nas miała przemoczone skarpety i trochę wody w butach – ale na szczęście nie zatonęliśmy.

Po dwugodzinnym rejsie w górę rzeki zaczęliśmy właściwy trekking – szybko przebraliśmy się w suche rzeczy i ruszyliśmy w drogę. czerwona_planeta_046W sumie szliśmy jakieś 4 godziny średnio wymagającą trasą: odwiedziliśmy kilka wiosek i generalnie chodziliśmy po niezbyt gęstym lesie. Pod wieczór doszliśmy do farmy ulokowanej na zboczu góry. Zaraz obok niej płynęła mała rzeczka, w której od razu zażyliśmy kąpieli – w tym czasie nasi przewodnicy przygotowali obiad. Na zachód słońca weszliśmy jeszcze na okoliczną górę aby podziwiać widoki, które były naprawdę wspaniałe. Lokalizacji farmy można tylko pozazdrościć ;-) Znajdowaliśmy się na granicy parku, więc dokładnie tak jak zapowiadał nam organizator. Następnego dnia mieliśmy wejść kawałek w głąb, aby potem udać się w drogę powrotną. Wieczorem spędziliśmy trochę czasu z rodziną mieszkającą na miejscu – popijaliśmy lokalne wino ryżowe przesączane wodą z rzeczki (nareszcie smakowało jak wino, a nie bimber) oraz graliśmy w różne gry typu kółko i krzyżyk. Z rana lekko obolali (spaliśmy na drewnianej podłodze bez materacy) zebraliśmy się w drogę powrotną. Gdy dotarliśmy do wioski, w której mieliśmy wsiąść na łódź, okazało się, że musimy poczekać około 2 godzin. Łódka w końcu dopłynęła, ale ku naszemu zdziwieniu nie była pusta. W środku leżał korpus zabitego dzika (jeszcze z sierścią), którego minionej nocy upolował ktoś z lokalnych. Bardzo usilnie starano się załadować nas do łodzi razem z dzikiem, jednak po krótkiej kłótni przewodnika z miejscowymi w końcu uzgodniono, że możemy się jednak nie zmieścić (na co od początku nie było najmniejszej szansy). Ostatecznie, po usunięciu mięsa, tą samą łodzią wróciliśmy do portu; tym razem jednak woda była trochę mniej spokojna, przez co ja i Marta dotarliśmy całkowicie przemoczeni – wielka fala wody dosłownie wlała się na tył łodzi i przemoczyła nas do suchej nitki ;) Porównując ten trekking do naszego ostatniego w Laosie trzeba powiedzieć, że było to znacznie słabsze doświadczenie. Aby faktycznie zwiedzić park potrzeba co najmniej kilku dni, głównie z racji odległości. Ceny jak na Kambodżę są bardzo wysokie, bo około 30$ za dzień, a standardowo oferowane są wyprawy 7-8 dniowe, na co nie za bardzo mieliśmy czas. Patrząc z perspektywy czasu, spokojnie mogliśmy sobie darować tą wyprawę, ale z drugiej strony dobrze się bawiliśmy i zobaczyliśmy kawałek północnej części kraju ;)

Prosto z Banlungu udaliśmy się autobusem do Phnom Penh. Wstępnie planowaliśmy spędzić w stolicy dzień czy dwa, ale już po pierwszym dniu wiedzieliśmy, że zostaniemy przynajmniej na trzy. Miasto wydało nam się naprawdę ciekawe. czerwona_planeta_047Większość atrakcji jest niestety płatna, co jednak nie zraziło nas i w tym wypadku nie żałowaliśmy pieniędzy. Zwiedziliśmy pałac królewski (bardzo duży i robiący wrażenie kompleks), muzeum narodowe (gdzie można podziwiać część eksponatów z Angkor Wat) oraz kilka okolicznych świątyń. Posnuliśmy się po okolicznych uliczkach, sporo czasu spędziliśmy też na nadrzecznej promenadzie, gdzie kwitnie życie towarzyskie stolicy – jest tam masa barów, pubów, spacerujących ludzi… Ostatniego dnia próbowaliśmy nawet wybrać się na imprezę, jednak klub, w którym chcieliśmy spędzić wieczór, okazał się mocno wylansowany i dość szybko opuściliśmy jego progi ;) Będąc w stolicy Kambodży nie można nie odwiedzić pól śmierci, gdzie można dowiedzieć się dużo o historii kraju i straszliwych rządach reżimu Pol Pota. Warto też udać się do muzeum, które zostało zorganizowane w starej szkole przerobionej w czasach reżimu na przerażające więzienie S-21. Kolejnego dnia, po mocnych i poruszających chwilach z dnia poprzedniego, postanowiliśmy trochę się zrelaksować i pojechaliśmy do oddalonego o 40 km od miasta centrum rehabilitacji zwierząt. Jest to przypominający zoo olbrzymi kompleks, gdzie zwierzęta przechwycone od przemytników czy kłusowników przechodzą rehabilitację, a następnie, jeśli to możliwe, wypuszczane są ponownie na wolność. Zadziwiające jest jak blisko można do nich podejść. Na początku nawet myśleliśmy, że weszliśmy za bramki bezpieczeństwa. Wszędzie biegały małpy, jelenie szturchały rogami, a gdyby ktoś miał ochotę (albo się zagapił) mógłby nawet włożyć rękę w paszczę krokodyla – wystarczyło tylko się pochylić. Zwierzęta były często odgrodzone tylko delikatnymi siatkami. W okolicy było bardzo mało osób i czasem nawet przez kilkanaście minut nie widzieliśmy nikogo poza zwierzętami. Poza wspomnianymi wcześniej, widzieliśmy całą masę ptaków, małp (gibony rządzą!), niedźwiedzi, tygrysów, lwów, wydr… w sumie co tylko dusza zapragnie ;) W centrum rehabilitacji można spędzić praktycznie cały dzień, my jednak po 3 godzinach chodzenia mieliśmy trochę dosyć (mimo że pomiędzy bardziej oddalonymi punktami wewnątrz kompleksu jeździ się tuk tukiem) i wróciliśmy do miasta.

Kolejnego dnia udaliśmy się do Kampot. Miejscowość opisywana jest jako piękne i postkolonialne kambodżańskie miasteczko. Szczerze mówiąc, nie było tam zupełnie nic interesującego. Z pierwotnie zakładanych 2 pełnych dni zrobił się tylko jeden, a w mieście nie zrobiliśmy dosłownie nic – po kilku dniach intensywnego chodzenia postanowiliśmy się zrelaksować i odpocząć ;) Przez chwilę chcieliśmy nawet wjechać na pobliskie wzgórze, gdzie mieści się dość znana stacja górska, w tym celu trzeba było jednak wynająć motory (na co nie mieliśmy za bardzo ochoty, w minionych dniach dość sporo na nich jeździliśmy, a dodatkowo lokalne półautomaty nie są zbyt fajnym środkiem transportu) lub wynająć taksówkę. Taksówkarze nie chcieli się zbytnio targować, a 40$ za przejazd w dwie strony był dla nas zupełnie nie do zaakceptowania ;) Był to kolejny powód, czemu czym prędzej chcieliśmy opuścić miasto.

Po bardzo długiej przerwie od plażowania (ostatni raz w Wietnamie i nie było to zbyt udane doświadczenie) nie mogliśmy się doczekać dotarcia na kambodżańskie wyspy. Za cel obraliśmy wyspę Koh Rong. 3 dni wcześniej udało nam się zabookować bungalow dla 4 osób w cenie 20 $ za noc. Próbowaliśmy też dostać się na sąsiadującą wyspę czerwona_planeta_097Koh Rong Samloem, jednak tam w ogóle nie było nic wolnego, a jeśli już coś się trafiało to oscylowało w okolicach 100 PLN na głowę za noc. Jadąc na jedną z tych dwóch wysp w szczycie sezonu naprawdę radzę rezerwować nocleg z wyprzedzeniem. Bardzo często widzieliśmy ludzi chodzących po wyspie i szukających miejsca do spania. Wszędzie w barach i bungalowach było słychać tylko: „Sorry, the whole island is full”. Baza noclegowa nie jest zbyt duża, a niektóre ośrodki mają wysokie ceny. Koh Rong była dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Jest to typowa rajska wysepka z przerwami w dostawie prądu, brakiem internetu, a co najważniejsze z niespotykanym białym i drobnym piaskiem oraz przejrzystą i czystą wodą. Bez tłumów, wszyscy mega wyluzowani… szczerze mówiąc będąc już w wielu miejscach nie spotkaliśmy do tej pory czegoś takiego. Gdyby ktoś szukał kierunku na plażowe wakacje, jest to wymarzona destynacja. Trzeba tylko zaznaczyć, że targetem są raczej ludzie młodzi, nie widzieliśmy za bardzo starszych osób z dziećmi. Wieczorami z każdego z barów dobiega inna muzyka, co stwarza niezbyt przyjemny mix dźwięków na plaży, ale wystarczy odejść kawałek dalej i można delektować się całkowitą ciszą. Chcący spędzić czas troszkę aktywniej mogą wybrać się na trekkingi w głąb wyspy (jest tam naprawdę dziko, trzeba uważać na węże – są nawet kobry) lub na nurkowania. Skorzystaliśmy z obu opcji ;) Wyspa w głębi jest dość dzika, ale nie widzieliśmy żadnych zwierząt. Po dotarciu na jej drugą stronę wychodzi się na Long Beach, czyli olbrzymią i przepiękną plażę,  dodatku praktycznie pustą. Co do nurkowania, jeśli ktoś jest w okolicy i nie ma nic lepszego do roboty, może próbować – niech nie nastawia się jednak na nic specjalnego. Nurkowanie w okolicy Koh Rong jest naprawdę słabe. Warta wspomnienia jest wyprawa na Koh Prince (około 2-3 h łodzią w jedną stronę). Co jakiś czas można tam spotkać rekiny wielorybie (nam oczywiście się nie udało). Krajobraz podwodny w okolicach jest dość interesujący, bardzo fajne formacje skalne. Dodatkowo po raz pierwszy mieliśmy okazje zobaczyć ryby o nazwie cobia, które z daleka przypominają rekiny ;) Na Koh Rong planowaliśmy spędzić około 5-6 dni, jednak miejsce tak przypadło nam do gustu, że w rezultacie zostaliśmy aż 8. Tak naprawdę po raz pierwszy w trakcie całej podróży spędziliśmy aż tyle dni w jednym miejscu ;-) Ale naprawdę było warto… niesamowity klimat, plażowanie, hamaki, po prostu relaks ;) Na tym też zakończyliśmy naszą przygodę z Kambodżą ;) W końcu trzeba było wracać do rzeczywistości… czyli dalszego podróżowania ;)

 

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress