Chińczycy kontra reszta świata?

Chińczycy kontra reszta świata?

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie spostrzeżenia z wyspy Mabul, na której z po raz pierwszy z bliska zetknęłam się z Chińczykami. Było to spotkanie szczególne, dlatego też najbardziej skrajne zachowania postanowiłam spisać, licząc jednak po cichu, że czystym przypadkiem akurat takie osobowości znalazły się na wyspie w tym samym czasie co ja ;-) w końcu dookoła pełno jest skośnookich i wydają się być ok. ;-)

Jakiś czas temu znalazłam informację, że wywodząca się z Państwa Środka klasa średnia zaczyna właśnie odkrywać pojęcie „wakacje”. Wcześniej rodowici Chińczycy jako turyści byli raczej rzadko spotykani, jednak obecnie stają się coraz liczniejszą i bardziej liczącą się grupą.  Póki co najmocniej mogliśmy to zaobserwować właśnie na Mabulu. Już na łodzi, która zabrała nas na wyspę, mieliśmy wszelkie powody by przypuszczać, że na miejscu może być skośno – kiedy jednak dotarliśmy na miejsce przewaga Chińczyków okazała się dużo większa niż nasze przypuszczenia. W noclegowni wuja Changa na jakieś 80-90 osób przebywających tam każdego dnia może 10% stanowili przybysze z innych niż Chiny krajów. Tak przytłaczająca większość jednej grupy nad innymi, niezależnie od tego, czy są to Polacy, Rosjanie czy Włosi, zawsze powoduje, że czuję się trochę zawiedziona – w podróży liczę na mix kulturowy i możliwość nawiązania nowych kontaktów, a przy przewadze jednej narodowości trzymającej się razem, a w dodatku prawie nieznającej angielskiego, jest to dość trudne ;-)

Już starając się wejść na łódź, po zaliczeniu kilku kuksańców i ciosu walizką, postanowiłam poczekać, aż wszyscy chińscy współtowarzysze podróży wejdą pierwsi – rozumiem, że przy takiej liczbie ludzi wejście na przykład do metra może stanowić problem, ale z czarterową łodzią powinno być chyba inaczej ;-) Na łodzi wszyscy karnie założyli kapoki; jak się później okazało niewielu spośród nich potrafi pływać, co oczywiście nie stanowi przeszkody w wybraniu się na snurkowanie, poddaniu się prądowi (no bo przecież nie wiadomo jak z nim walczyć) i czekaniu na wyłowienie przez obsługę spod pomostu czy z innych miejsc, gdzie akurat ich zniesie.

Dorośli Chińczycy, mimo że głośni, posiadający śmieszne etui na telefony, a przy okazji będący strasznymi brudasami (po kolacji, zamiast odnieść brudne talerze na odpowiednie miejsce po prostu zmieniają stolik na czysty) to jedno; to co pamiętasz po pobycie w bliskim sąsiedztwie skośnookich to ich dzieci! Pierwsza dwójka spotkana na łodzi od razu skojarzyła mi się z laleczkami – i to nie tylko ze względu na pomalowane paznokcie i ubranka, które nosiły. Dwie dziewczynki w wieku 8-10 lat były przekładane i układane przez mamy niczym dziecięce manekiny, dosłownie nie musiały ruszyć ręką ani nogą, wystarczył jęk i odpowiednia mina, a mama już wiedziała co ma zrobić: zasłonić przed słońcem, przełożyć nogę na nogę, inaczej ułożyć ręce.

Na miejscu z wielkim zdziwieniem obserwowaliśmy rodzinkę ze spasionym małym Chińczykiem, którym usługiwała babcia (a może niania czy gosposia, w każdym razie kobieta w wieku emerytalnym). Młody siedział przy stoliku, a starsza pani donosiła mu kolejne talerze z jedzeniem, na które dosłownie rzucał się zanim talerz dotknął stołu. Po skończonej uczcie dzieciak z godnością odszedł, za nim podreptali rodzice, a babcia  została, żeby skończyć jeść i posprzątać wszystko ze stołu (co może oznaczać, że kiedyś nie byli takimi syfiarzami i starsza pani czynność tą uznaje za naturalną).

Na tarasie obok stoliczków znajdowały się dwa stanowiska do gry, z którą nie spotkałam się nigdy wcześniej. Z sufitu zwisała żyłka, na której końcu zamocowane było metalowe kółeczko; z kolei w belce oddalonej o jakieś dwa metry tkwił haczyk – chodziło oczywiście o takie wypuszczenie żyłki, żeby kółeczko zawisło na haczyku. Ja poddałam się po kilku próbach, spore sukcesy odnosiła Marta, której udało się zdobyć punkt co najmniej kilkanaście razy, a pewien Argentyńczyk próbował ponad 100 razy, zanim w końcu mu się udało. Chińskie dzieciaki, starając się zabić nudę, również próbowały sił w tej grze, a jak nietrudno się domyślić nie szło im najlepiej. Oczywistą reakcją na niepowodzenia… było psucie zabawki. Wielokrotnie wyciągnięta i pogięta żyłka oraz zniszczone kółko (haczyk był pewnie zbyt dziecioodporny) sprawiały, że zabawka nie nadawała się już do użytku. Obsługa zwracała oczywiście uwagę zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom, jednak ich prośby o interwencję pozostawały bez odpowiedzi. Inną metodą na radzenie sobie z małymi psotnikami było zaczepianie żyłki poza zasięgiem maluchów, ale kiedy to ostatnie okazywało się skuteczne na płaczliwe skargi dziecka przybiegał rodzic i podawał zabawkę z powrotem – latorośl mogła spokojnie dokończyć dzieła zniszczenia bez słowa reprymendy… Nie dziwne więc, że pewien chłopczyk nie widział też problemu w kopaniu ciężarnej kotki – przestraszył się dopiero, jak nasza szalona divemasterka zagroziła mu oddaniem ciosów  ;-)

Bezpośrednią przyczyną takiego rozpasania chińskich dzieci  jest pewnie polityka jednego dziecka, od której na szczęście dla wszystkich Chiny będą wkrótce odchodzić. Ograniczenie rodziny do modelu 2+1 sprawia, że dziecko traktowane jest trochę jak inwestycja na przyszłość. Nie dziwi, że rodzice chcą mu zapewnić wszystko co najlepsze, zastanawia jednak brak ograniczeń i pozwolenie dokładnie na wszystko. Takie wychowanie małych Chińczyków szczególnie mocno rzuca się w oczy w porównaniu z małymi Malajami – a bezpośrednie sąsiedztwo wioski zamieszkanej przez tłumy tych śniadych maluchów dało nam niejedną okazję do obserwowania ich zwyczajów. Rodowici mieszkańcy Mabulu to najczęściej bardzo biedni, a jednocześnie płodni ludzie ;-) Po plażach i wioseczkach biegają całe zgraje dzieciaków; samopas puszczone są nawet takie, które niedawno nauczyły się chodzić. Domyślam się, że dzieci równie szybko zaczynają tam pływać – w drewnianych łódeczkach pełnych wody siedziały zgodne grupki szkrabów w różnym wieku: jedno wiosłowało, drugie wylewało zbierającą się wodę, jeszcze inne robiło słodkie oczy do turystów prosząc o coś do jedzenia albo jakąś pamiątkę. Ich sytuacja nie jest oczywiście godna pozazdroszczenia, ale poziom samodzielności wprawiał w zdumienie. W relacjach między nimi a dorosłymi widać było też, że mają dla nich szacunek, w odniesieniu do nas byli ciekawscy i przyjaźnie nastawieni. Inna sprawa, że morskie stwory nie miały z nimi lekko – złowiona dla zabawy rozdymka przegrała niestety starcie z rozbawioną grupką.

Warto też dodać, że nienajlepsze zdanie o Chińczykach miało wiele osób, z którymi mieliśmy okazję o tym porozmawiać, np. nasza divemasterka Santi albo koleś prowadzący rodzinny pensjonat w Sukau. Ten ostatni stwierdził nawet, że zawsze pyta potencjalnych gości o ich narodowość i jeśli okazują się być Chińczykami (i Hindusami– odpowiada że jego dom jest w pełni zarezerwowany; z tego co wie tak samo robią jego sąsiedzi. O takim podejściu zdecydowała roszczeniowość jego dotychczasowych gości oraz brak zainteresowania i poszanowania dla innej kultury oraz bałaganiarstwo. Santi również zarzekała się, że jeśli kiedyś będzie prowadziła własny biznes, na pewno nie będzie chciała mieć do czynienia z Chińczykami. Ja jednak mam nadzieję, że wraz z otwarciem na świat nasi skośni bracia i siostry zmienią te niepochlebne opinie na swój temat, oraz że większość Chińczyków jest jednak inna niż ci, na których zwracaliśmy uwagę w czasie wypoczynku na wyspach.

 

15 comments

  1. niemen Wrzesień 23, 2013

    trafne spostrzeżenia :)
    mimo, że już rok mieszkam wśród nich, do niektórych rzeczy nadal ciężko przywyknąć. Lunch z chińskimi kolegami nadal bywa wyzwaniem. Życzę udanej aklimatyzacji z Chińczykami, im więcej jej teraz, tym mniej zaskoczą was w Chinach ;)

    Odpowiedz
  2. karola Wrzesień 8, 2013

    Ja dziś zostałam totalnie wyprowadzona z równowagi przez skośny (umysłowo) naród chiński, więc podpisuję się pod obawą o losy tego świata, jeśli to Chińczycy go zdominują. Przerażające jednak, jak niewiele czasu zajmuje rozpoznanie cech przewodnich naszych przyjaciół z Państwa Środka. Heh…

    Odpowiedz
    • Polly Wrzesień 9, 2013

      A co ci sie przytrafiło? Ja szczęśliwie do tej pory wiecej tego typu obserwacji nie poczynilam, ale w sumie nie miałam kiedy ;-) pozdr!

      Odpowiedz
  3. osska Wrzesień 7, 2013

    Super sie czyta ;-)

    Odpowiedz
    • Polly Wrzesień 8, 2013

      Dziękuje :-)

      Odpowiedz
  4. Britka Wrzesień 7, 2013

    Bardzo dobry tekst, buzka

    Odpowiedz
    • Polly Wrzesień 8, 2013

      Gracias bejb :*

      Odpowiedz
  5. Tomasz N. Wrzesień 7, 2013

    Bardzo fajny tekst ! :)

    Odpowiedz
    • Polly Wrzesień 8, 2013

      Miło słyszeć, thx! :-)

      Odpowiedz
  6. HiszpAnka Wrzesień 6, 2013

    Kochana, no nie pisz tak, bo mnie zniechęcisz na dobre do kontynuowania nauki tegoż „pięknego” języka;-) Chociaż z drugiej strony, może właśnie warto liznąć trochę odpowiedniego słownictwa przed pojechaniem tam, żeby w krytycznym momencie móc jakimś „dzing dziang dziong coś tam” zbesztać małego rozwydrzonego Chińczyka;-) Nie?:-p

    Odpowiedz
    • Polly Wrzesień 7, 2013

      Właśnie bardzo sie przydaje i koniecznie kontynuuj – ta nasza divemasterka była w stanie osiągnąć jakikolwiek efekt (krótkotrwały co prawda) właśnie dzięki podstawowej jego znajomosci ;-) a btw – jak idzie? Pzdr

      Odpowiedz
      • HiszpAnka Wrzesień 7, 2013

        Bez rewelacji, ale jeszcze się nie poddaję;-)

        Odpowiedz
  7. Marcinos Wrzesień 6, 2013

    uuu..ostro:)) Polly a gdzie polityczna poprawność ?? tak czy owak trafne spostrzeżenia:)

    Odpowiedz
    • Polly Wrzesień 7, 2013

      No przecież bardzo politycznie ;-) a nawet jeśli nie do końca, to przynajmniej szczerze ;-) trochę sie dzieilismy pewnym zachowaniom, ale na szczęście nie jest to norma!

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress