Buggy tour śladami Nazca

Buggy tour śladami Nazca

Rysunki z Nazca – geoglify – to linie, które przypominają ludziki, rośliny, zwierzęta, bądź po prostu figury geometryczne. Słynne znaki zostały wykonane między rokiem 300 p.n.e. a 900 n.e. Znajdują się na rozległym obszarze ponad 50 km długości i 14 km szerokości. Najdłuższa linia ma długość ponad 12 km. Powstały w bardzo prosty sposób. Płaskowyż na którym się znajdują pokryty jest czerwonawym żwirem, który pod spodem kryje żółtobiałe, jaśniejsze podłoże. Usunięcie zewnętrznej warstwy odsłania tę jaśniejszą i w ten właśnie sposób zostały stworzone wyraźne ścieżki. Rysunki można oglądać kupując krótki lot samolotem lub wybrać się na wycieczkę samochodem i przyglądać się im z platform widokowych.

Początkowo sądziliśmy, że pojedziemy do Nazca, kupimy lot i zobaczymy legendarne „Nazca Lines” z lotu ptaka. Po krótkim przemyśleniu i zweryfikowaniu budżetu zdecydowaliśmy się na drugą opcję – zwiedzania ich z ziemi ;) Dlaczego? Lot samolotem to wydatek w granicach 80-100$, przy czym leci się ok. 25 minut. Zaczęliśmy więc szukać innej opcji i znaleźliśmy kilkugodzinną wycieczkę, która pozwoliła nam oglądać słynne linie z wysokich, pordzewiałych wieżyczek (gratulacje dla nasca_lima_002Panora, który mimo lęku wysokości wspiął się po schodkach na górę i z taką samą gracją zszedł na dół z lekko drżącymi nogami ;). Oczywiście z tych platform nie można zobaczyć wszystkich linii, tak jak przez okno samolotu, niemniej jednak jakąś ich cząstkę udało nam się dostrzec, a wszystkie inne rysunki obejrzeliśmy sobie na plakatach w małym pomieszczeniu przy punkcie widokowym. Podczas wypadu udało nam się również odwiedzić niewielkie muzeum Marii Reiche, słynnej matematyczki i archeolożki, która poświęciła dużą część swojego życia na odkrywanie tajemnic oraz walkę o ochronę tych znaków.

Kolejną atrakcją, na którą się skusiliśmy, była wycieczka na pustynię, aby odwiedzić dawne miasto Cahuachi zbudowane kilka tysięcy lat temu z niewypalanej cegły oraz cmentarzysko w Chauchilla, gdzie zachowały się czaszki i kości tamtejszej ludności. Wisienką na torcie miała być trzecia część wycieczki – sandboarding – czyli jazda na desce po piaskach pustyni. Wyprawa okazała się strzałem w dziesiątkę, co prawda nie za sprawą tego sportu, a dzięki ekstremalnej jeździe w samochodzie terenowym, przystosowanym do jazdy na piachu… ale o tym za chwilę ;) Sam sandboarding oczywiście też mi się podobał, ale jest to zdecydowanie inne doznanie niż jazda na snowboardzie, którą wręcz ubóstwiam. Różnica jest ogromna… Mimo iż dechę miałam wysmarowaną woskiem od góry do dołu, dość mocno wpięte nogi w wiązania, to sztuka skrętu w którąkolwiek stronę była dla mnie bardzo trudna. Piasek nie jest śliski, a wręcz tępy i jedzie się dość wolno bez możliwości szybkiej zmiany kierunku, co powoduje nieprzyjemny upadek prosto w złote drobinki. Wszędzie piasek: w butach piasek, w buzi piasek, w oczach piasek… a do tego wszystkiego jak już zjedziesz na dół to sam się wdrapujesz na górę z dechą w ręku… Dla mnie najbardziej emocjonujące były nietypowe zjazdy na pupie z podskokami na nierównościach ;P

Tak jak wcześniej wspominałam cała wyprawa odbywała się samochodem buggy. Jazda po wydmach z dużą prędkością w samochodzie bez karoserii to coś zajebistego! Nasz przewodnik-kierowca przed wjazdem na pustynię obowiązkowo spuścił trochę powietrze z opon, żeby samochód miał lepszą przyczepność na grząskim gruncie. Gry ruszyliśmy jedynym co robiła cała nasza czwórka było wydzieranie się w niebogłosy przy kolejnych podjazdach i zjazdach ze stromych wydm. Prędkość z jaką to robiliśmy jeżyła włosy na głowie. nasca_lima_031Nie raz myślałam, że po prostu przewrócimy się na bok i sturlamy gdzieś w nicość ;) Skróciliśmy nawet jazdę na desce, żeby dłużej poszaleć na piachu jeżdżąc samochodem podczas zachodzącego słońca. Co jeszcze nam się udało? Poprowadzić ten niesamowity pojazd… tylko że już po piaszczystej prostej drodze, a nie po wielkich wydmach. Ale co tam! ;) Wszyscy wracaliśmy z bananami na twarzy do czasu kiedy… totalnie zaszło słońce, zrobiło się piekielnie zimno. Brak karoserii powodował, że wiatr wpadał prosto na nas. Przemarzliśmy przeokropnie, szczególnie Panor, który jako jedyny nie miał kurtki chroniącej przed wiatrem, a jedynie bluzę ;) Po niezapomnianych przeżyciach wróciliśmy do hostelu, żeby odpocząć, spakować się i następnego dnia pojechać do Paracas.

Paracas to mała mieścina położona nad oceanem, która słynie z dwóch atrakcji. Jedną z nich jest wycieczka łódką w okolice Islas Ballestas, wysp zwanych przez niektórych „Galapagos dla ubogich”. Można tam zobaczyć różne ptaki, pingwiny, lwy morskie, a po drodze z i do miasteczka wyryty na klifie duży geoglif przypominający kaktusa lub kandelabr. Drugą opcją jest wycieczka do parku narodowego, gdzie można zobaczyć pustynię i ładne plaże. Samo miasteczko nie ma w sobie nic szczególnego. Jest dość drogo, w czasie kiedy my byliśmy było dość wietrznie i pochmurno, a do tego trochę nudno. Wycieczka łódką na oglądanie zwierzaków mocno mnie zawiodła. W przewodnikach i w opiniach czytaliśmy, że można tam zobaczyć setki zwierząt oraz ogromną ilość ptaków. Niestety to co udało nam się ujrzeć to 5 (słownie: PIĘĆ) pingwinów daleko, daleko, SZEŚĆ lwów morskich i kilkadziesiąt ptaków różnych gatunków. Po podobnej wycieczce jaką mieliśmy w Chile w Punta de Choros spodziewałam się czegoś więcej, czegoś na miarę WOW, dlatego że to przecież „Galapagos dla ubogich”! Może już w trakcie tej prawie rocznej podróży za dużo zobaczyłam i teraz co kolejne odwiedzane miejsce oczekuję czegoś więcej, a jak jest mniej to się rozczarowuję?

Rezerwat Narodowy Paracas, który zwiedziliśmy później, to wycieczka mikrobusem w kilkunastoosobowej grupie. Pustynia rozpościera się na kilkaset kilometrów we wszystkie strony, a przepiękne widoki plaż oraz formacji skalnych są wręcz unikalne. Podczas tournée po piaszczystych, ogromnych terenach rezerwatu poznaliśmy parę sympatycznych Polaków z małym szkrabem, z którymi umówiliśmy się na wieczór do pubu na wspólne oglądanie meczu MŚ, picie piwka i pogaduchy!

Na sam koniec podróży po Peru (mojej i Panora) do odwiedzenia pozostało nam największe miasto, a zarazem stolica kraju – Lima.  Miasto jest rzeczywiście ogromne. Po przyjeździe pojechaliśmy taksówką do dzielnicy Miraflores w poszukiwaniu taniego noclegu. nasca_lima_122Po kilku albo za drogich albo zapełnionych hotelach podjechaliśmy pod jeden, który od razu nam się spodobał. Ładne pokoje, z telewizorami (obowiązkowo muszą być z powodu MŚ).  Kiedy przyszło do meldowania i płacenia za owe pokoje okazało się, że cena, którą podał troszkę niemiły pan w recepcji to cena w dolarach, a nie w peruwiańskich solach. Podirytowani, że taką informację podaje dopiero później, szybko wpakowaliśmy się w tą samą taksówkę (ten kurs dostaliśmy za free) w poszukiwaniu kolejnego noclegu, upewniając się przy tym w jakiej walucie podają nam cenę. Wylądowaliśmy w końcu w mało przyjemnym hostelu, ale w pokoju z łazienką i zostaliśmy tam na jedną noc, po to tylko, żeby zwiedzić dzielnicę Miraflores. Kupiliśmy winko, coś do przegryzienia i obejrzeliśmy mecz, omawiając przy tym plan na kolejny dzień.

Następnego ranka spakowaliśmy manatki, zostawiliśmy je w hostelu i wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Szybka kawka w przydrożnej kawiarni, spacer uliczkami w poszukiwaniu oceanu, kilka zdjęć, odpoczynek nad wodą, a później obiad w telepizzy przy kolejnym meczu MŚ ;) Po południu wróciliśmy do hostelu, żeby przemieścić się do centrum Limy i zobaczyć kilka zabytków.

Pojechaliśmy do polecanego w Lonely Planet Hostelu España ;) Jak się później okazało kilka tygodni wcześniej w tym samym hotelu, a nawet pokoju mieszkali nasi bliscy znajomi – Marti, Kaśka, Sawik i Fajfer!!! Trzeba przyznać, że nocleg od razu przypadł mi do gustu ;) Jego wnętrza są po prostu niesamowite – przestronne pokoje, obrazy z pięknymi ramami, rzeźby i ogromne lustra. Do tego wszystkiego w patio mieszkały żółwie, pawie i wielka papuga. Trochę mniej klimatyczny, ale jakże ważny, był telewizor w pokoju, co przyczyniło się do tego, że większość czasu w Limie spędziliśmy właśnie tam. Pogoda nie nastrajała pozytywnie, było pochmurno, od czasu do czasu siąpił deszcz, a o słońcu można było tylko pomarzyć. Na szczęście w trakcie tych kilku dni było dużo meczy, których jako prawdziwi kibice nie przegapiliśmy. Jednego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie zabytków, ale szybko pogoda pogoniła nas z powrotem do pokoju i przed telewizor ;)

Podejrzewam, że w pierwszych tygodniach czy miesiącach wyprawy, mimo deszczu i ponurego nastroju, zwiedziłabym Limę wzdłuż i wszerz, nie omijając żadnego zabytku czy miejsca, które powinno się obejrzeć. Ale jak to w życiu bywa, z czasem trochę zmienia się pogląd na pewne sprawy… Po tych kilku miesiącach niektóre większe miasta wydają się do siebie po prostu podobne (w szczególności w Ameryce Południowej, gdzie w każdym większym jest Plaza de Armas ;) Chociaż są wyjątki jak Cusco, które chyba najbardziej mi się do tej pory podobało i chętnie przeszłabym się jego uliczkami jeszcze raz!

 

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress