Boskie Bali

Boskie Bali

Perspektywa powrotu na Bali cieszyła mnie od chwili, kiedy zaplanowaliśmy wylot na Filipiny właśnie z Denpasar – było wtedy jasne, że trafimy tam chociaż na kilka dni. Pierwszy raz na tę piękną wyspę dotarłam z ludźmi z mojej ówczesnej roboty w ramach wyjazdu integracyjnego (serio!). Jak to przy okazji takich wyjazdów bywa, moje wydatki ograniczały się do zakupu pocztówek, saronga i kilku innych pamiątek – wszystko ponad to pokrywała firma. Przylecieliśmy najlepszą linią lotniczą, przez większość dni jeździliśmy klimatyzowanym busikiem od jednej niesamowitej atrakcji do drugiej, w przerwach sącząc drinki z palemką w basenowym barze jednego z luksusowych hoteli w Nusa Dua. Tym razem było nieco inaczej ;-)

Jeszcze na Jawie, tuż przed przystanią portową, wsiedliśmy do autokaru, który po 5-godzinnej podróży miał nas przywieźć do Denpasar. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że nie uda nam się znaleźć żadnych siedzących miejsc – a teoretycznie było w czym wybierać, bo wewnątrz zamiast standardowych 4 foteli w kilkunastu rzędach było 5 „foteli” w każdym z kilkudziesięciu chyba rzędów. Po chwili jednak dostrzegliśmy jakieś pojedyncze miejscówy – jak się okazało ta, która mi się trafiła była wolna ze względu na wymiociny znajdujące się na podłodze, a które zlokalizowałam po dziwnym poślizgu, jaki załapałam pakując się na miejsce… Dobrze, że nie wpakowałam tam najpierw plecaka, jak zazwyczaj odruchowo robię (poprawka: robiłam ;-). Po tym odkryciu nie przeszkadzało mi już to, że moje nogi są zdecydowanie za długie i nijak nie mogę ich trzymać w pozycji zbliżonej do normalnej, ani to że czeka nas podróż w chmurze papierosowego dymu, bo palić niby nie można, ale to chyba oznacza że właśnie trzeba… Kilka minut później siedziałam wściekła jak osa na podkładzie promu, chwyciłam za swój pamiętniczek (tak, mam taki, analogowy ;-) i sięgnęłam po kosmetyczkę, w której trzymam długopis, kiedy okazało się, że nie mam jej w plecaku. Po wywaleniu wszystkiego nadal nie chciała się pokazać, nie było jej też w plecaku Maćka co oznaczało, że została w samochodzie lub na stacji benzynowej – w obu przypadkach już nie do odzyskania. Nie poprawiło to szczególnie mojego nastroju ;-) Droga autokarem upłynęła jednak niespodziewanie szybko, a to dzięki kierowcy, który wyprzedzał wszystko i w każdych okolicznościach, nierzadko spychając jadące z naprzeciwka skutery i mniejsze samochody na pobocze. Podobnie jak wszyscy w autokarze, włącznie z kolegami szalonego kierownika, obserwowaliśmy kiedy w końcu w coś walniemy – ku ogólnemu zdziwieniu dojechaliśmy jednak bezpiecznie do miasta.

Naszym pierwszym kierunkiem na Bali była miejscowość Ubud, będąca skupiskiem artystów i innych niepokornych dusz. Tutaj szczególnie widoczne jest zamiłowanie Balijczyków do sztuk pięknych – na każdym kroku można znaleźć sklepy z obrazami czy piękną biżuterią, warsztaty rzeźbiarzy czy występy tancerzy wykonujących tradycyjny taniec balijski. ŚwiątyniaDla pozostałych trzech bobrów było to też pierwsze spotkanie z czymś, co wyróżnia Bali spośród innych wysp Indonezji: pięknymi przydomowymi (i nie tylko) świątynkami hinduistycznymi; wszechobecnymi podarunkami dla bogów – pełnymi ryżu, kwiatów, a czasem też pieniędzy i papierosów w małych bambusowych koszyczkach; cudownym zapachem kadzideł unoszącym się w każdym zakątku oraz z nastrojową balijską muzyką graną zamiast popularnych światowych hitów. Ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie do tej pory miejsc właśnie te obrzędy, widoczne na każdym kroku i kultywowane przez zdecydowaną większość mieszkańców wyspy, są dla mnie najbardziej urokliwe, a każda świątynia, mimo tak wielu zobaczonych, zawsze jest ciekawym przeżyciem.

Zanim jednak mogliśmy się dać się ponieść tej niezwykłej atmosferze musieliśmy przedłużyć nasze wizy. Agencja pośrednicząca w tym procederze za swoje usługi liczy sobie okrągły milion rupii, dlatego postanowiliśmy pofatygować się do urzędu i załatwić to na własną rękę. Okazało się to może troszkę upierdliwym (3 krótkie wizyty w Immigration Office), ale za to zdecydowanie bardziej opłacalnym wyborem – wiza kosztowała nas jedynie 250 000 od łba.

Pierwsze kilka dni przeznaczyliśmy na poznanie wyspy, odwiedzając najpierw najbliższą atrakcję, a więc położone w Ubud Monkey Forest Sanctuary. Tuż po wejściu na teren zauważyliśmy zbiegowisko; jak się okazało toczyły się tam walki kogutów. MFSAż do tego momentu nie do końca wiedziałam, dlaczego w wielu krajach są one zakazane, jednak po jednej walce już wiem… Ponieważ rany od dziobów i pazurów nie są zapewne zbyt widowiskowe, do łapek ptaków przyczepia się coś w rodzaju brzytwy – tak uzbrojone koguty nastawia się przeciwko sobie, a następnie, już porządnie wkurzone, puszcza na siebie. Każda walka kończy się śmiercią – nawet jeśli nie od razu, to w „dogrywce”, kiedy zamknięty w wiklinowym koszu zwycięzca wykańcza przegranego. Nie jest to fajny widok :-/

Co do samego sanktuarium to małpy mają tam trochę jak w raju – dokarmiane przez turystów, którzy padają ofiarą zuchwałych kradzieży jedzenia i picia (my straciliśmy butelkę wody), szalejące w zieleni i wśród świątyń. Wpatrując się w te ich małe oczka można pomyśleć, że rozumieją znacznie więcej, niż okazują, w przeciwieństwie do np. spotkanej pary skąpo i odblaskowo odzianych turystów o wyraźnych zamiłowaniach kulturystycznych (gdyby nie brytyjski akcent powiedziałabym, że sąsiedzi ze wschodu), przechadzających się po świątyniach z butelkami browara w rękach – sweet.

Kolejnego dnia, po wspomnianej wizycie w urzędzie, ruszyliśmy do jednej z bardziej charakterystycznych świątyń balijskich – położonej na skale na morzu Tanah Lot. Tanah LotPrzybytek pięknie prezentuje się na zdjęciach, za drobną dotacją panowie stojący u podnóża skały błogosławią przybyszów i wpuszczają na schodki prowadzące do świątyni… a raczej do bramy, która broni do niej dostępu ;-) Niezrażeni tą niespodzianką ruszamy do kolejnej atrakcji na naszej liście, świątyni tym razem położonej w ogrodzie. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że bardziej niezapomnianą, niż sama świątynia, była droga do niej, prowadząca przez maleńkie miejscowości i piękne pola ryżowe totalnie zdewastowana (czy może raczej w permanentnej budowie) ścieżynka. Na szczęście trening w Pacitanie zrobił swoje i obyło się bez jakichkolwiek wypadków ;-)

Na kolejne dwa dni zwiedzania, ze względu na duże dystanse i atrakcje położone w górach, zdecydowaliśmy się jednak wynająć samochód. W ten sposób tylko pierwszego dnia udało nam się odwiedzić plantację kawy, herbaty i kakao, urokliwe tarasy ryżowe, świątynię położoną na jeziorze w kraterze wulkanu i wodospad, a w drodze powrotnej nazbierać pysznych truskawek. Wieczorem w jednym z zabytkowych pałacyków Ubud obejrzeliśmy ciekawy pokaz tańca balijskiego – nie jestem w stanie zrozumieć jak te dziewczyny są w stanie nauczyć się nie tylko skomplikowanych ruchów dłoni i stóp, ale też symultanicznego mrugania oczyma!!

Następnego dnia przejechaliśmy do świątyni, która dla odmiany mieściła się na szczycie góry – prowadziło do niej jedyne 1600 stopni, które pokonaliśmy w rozsądnym czasie, żeby przekonać się, że świątynia jest… no cóż, najbrzydszą świątynią, jaką widzieliśmy. Na osłodę nie mieliśmy nawet pięknych widoków – szczyt tonął w chmurach :-/ ŚwiątyniaJuż w samochodzie postanowiliśmy sprawdzić, dlaczego akurat to miejsce cieszyło się takim uznaniem turystów – okazało się, że chodziło o świątynię u podnóża góry, do której na szczęście również zajrzeliśmy, a ja, jako maniak świątynny nawet weszłam ;-) Kolejna atrakcja już nas nie zawiodła. Niedługo przed zamknięciem dotarliśmy do największego kompleksu świątynnego na Bali – Besakih, na który składają się 23 świątynie, cudem ocalałe z wybuchu pobliskiego wulkanu Agung w 1963 r. Po chwili miałam pewność, że zwiedzałam go również w 2006 roku; lał wtedy największy deszcz, jaki przeżyłam (do tamtej pory oczywiście, teraz wygrywa tegoroczny potop warszawski, mega ulewa w Mulu albo oberwanie chmury na Filipinach, zaledwie parę godzin temu). Tym razem nie padało – dla odmiany wszystko było spowite w gęstej chmurze albo mgle, co sprawiało niesamowite wrażenie, miałam jednak nadzieję, że dla odmiany zobaczę to miejsce w lepszej aurze…

Po czasie zwiedzania przenieśliśmy się do nadmorskiej miejscowości Sanur, w której oddaliśmy się innej pasji – nurkowaniu. Zdecydowaliśmy się nurkować w Dive-Indo, prowadzonej przez Polaka – Mariusza Radyko, który parę lat temu postanowił przenieść się do raju ;-) Przez kolejne kilka dni, w pięknym i różnorodnym otoczeniu, udało nam się zrobić różne kursy – Marta została Advanced Open Water Diver, Panor może nurkować we wrakach, ja natomiast zeszłam na głębokość 41 metrów (i to nie raz), dzięki czemu jestem teraz Deep Diver. Nurkowanie na takiej głębokości wiąże się z większym ryzykiem narkozy azotowej, która objawia się chwilowym ogłupieniem. Aby zobaczyć na czym to polega mieliśmy na palcach pokazywać wynik dodawania – do pokazywanej przez instruktora Krzyśka Sieniawskiego mieliśmy dodać 3. W moim przypadku najmocniejsze uderzenie było kiedy udało mi się powtórzyć sekwencję ruchów Sieniawy (3 x obie ręce i raz jedna), dodając później po jednym paluszku licząc w myślach do trzech. Panor natomiast za pierwszym razem nie wiedział w ogóle o co chodzi, i powtarzał tylko pokazywaną liczbę bez dodawania (podobno zapomniał, a nie że narkoza ;-) W każdym razie już jako certyfikowany nurek przeżyłam najpiękniejsze jak do tej pory nurkowanie – nie dość, że nocne, to jeszcze na wraku, bardziej jednak od otoczenia poraziły mnie pływające tam ryby. Na żywo mogliśmy obserwować sceny polowania wielkich grouper’ów, gigantyczne bumbheady obijające się o ściany statku, dużą murenę szukającą kolacji poza ukryciem, maleńkie i kolorowe krewetki, kraby, ośmiornicę – był to tak niesamowity widok, że na pewno zapamiętam go do końca życia ;-) Następnego dnia również było ciekawie – przeżyliśmy nurkowanie z kilkoma mantami, niektóre z nich były naprawdę duże. Nie udało nam się niestety popływać z mola-mola, ogromną i strasznie brzydką rybą, przypominającą statek kosmiczny albo głowę obcego. Nurkowanie sprawiało mi olbrzymią radość jeszcze z innego, bardzo prozaicznego powodu – przez kilka dni, a w sumie bardziej nocy, zupełnie nieświadoma zagrożenia czającego się w poduszce, wyżywiłam na sobie całkiem sporą kolonię pluskiew, a mokra pianka stanowiła świetny kompres na te okropnie swędzące ugryzienia… Przez tydzień spędzony w Sanurze dałam się ugryźć co najmniej kilkaset razy, aż w końcu z pogarszającą się wysypką (bo wtedy jeszcze wierzyłam w alergię pokarmową) pojechałam do szpitala, gdzie pani doktor poradziła, żebym sprawdziła łóżko i stwierdziła, że na pewno jestem uczulona na jad pluskwy (stąd taka hardcore’owa reakcja…). Bez większych problemów pluskwy zostały namierzone, pokój zmieniony na czysty, a następnego dnia razem z Maćkiem opuściliśmy Bali, płynąc promem na Lombok; z kolei dwa dni po nas Panory wyruszyli na Flores.

Po powrocie na Bali z różnych względów zdecydowaliśmy się zakwaterować w (nie)sławnej Kucie, centrum turystyczno-mieszkalno-imprezowym Kutawyspy. Miejscowość słynie z gigantycznej piaszczystej plaży, mnóstwa naganiaczy na surfing, zakupów czy innych przyjemności (każdy, dosłownie każdy z tych sprzedawców zaczyna wypowiedź od ‘yeeees?’, nie pozostawiając miejsca na ewentualne ‘no’), cudownych zachodów słońca (potwierdzamy) oraz zamachu terrorystycznego z 2004. Nam udało się znaleźć ciche, przyjemne i tanie miejsce do spania – do szczęścia brakowało nam jedynie klimatyzacji, bo w ciągu zaledwie kilku dni pogoda na Bali drastycznie się zmieniła, ale kilka prysznicy na dzień utrzymało nas przy życiu ;-)

Muszę przyznać, że po przyjeździe na Bali, do turystycznego serca Indonezji, w którym liczba białych jest na pewno większa niż miejscowych, brakowało mi serdeczności i szerokiego uśmiechu mieszkańców Jawy, ich żywiołowej reakcji na moje nieudolne wysławianie się w ich języku, ulicznego jedzenia i w ogóle tego specyficznego klimatu miejsca, w którym ktoś inny jest traktowany z pozytywną ciekawością. Przemysł turystyczny na Bali kwitnie w najlepsze, ceny są wyższe niż w innych rejonach kraju, w wielu miejscach można dać się ponieść szałowi zakupów i wydać całą masę kasy na niepotrzebne rzeczy, nie zmienia to jednak faktu, że jest to wyspa cudowna, magiczna, jedyna w swoim rodzaju i, jeśli tylko ma się taką możliwość, koniecznie trzeba ją odwiedzić! Tydzień czy dwa spędzone na Bali z całą pewnością pomogą zapomnieć o trudach pracy czy innych kwestiach, o których nie chcemy myśleć podczas wakacji. Ja na pewno z dziką przyjemnością jeszcze tam wrócę ;-)

 

11 comments

  1. edipab Maj 4, 2015

    Mam nadzieję, że moi przedmówcy mają rację, bo mam zamiar zastosować się do kilku powyższych sugestii. Niezmiernie ciekawa jestem efektów.

    Odpowiedz
  2. anna Czerwiec 16, 2014

    Jej, az milo poczytac o waszym nurkowaniu. Az chcialoby sie wrocic na Bali. Gratuluje na tyle metrow zejsc ;) Ja nurkowalam z Krzysztofem „Sieniawa” :) super instruktor, a przedewszystkim fajny facet. Piekne filmy z nurkowan nam nagral. Zazdroszczę nurkowania na Manta point. Pzdr :)

    Odpowiedz
  3. Seba Październik 26, 2013

    Te małe wredne skur… krwiopijce!!!! Już wolę jak mnie pijawki w dżungli dopadną, bo chociaż z korzyścią dla zdrowia.

    Odpowiedz
    • Polly Październik 28, 2013

      Pijawki zdecydowanie wygrywają w tej konkurencji, pluskwom mówię zdecydowane nie!

      Odpowiedz
      • Pojechana Październik 28, 2013

        Mnie kiedyś podczas jednego (ledwie tygodniowego) wyjazdu dorwały wszelkie krwiopijce- pijawki, giez, komary i pchły… Bleah!

        Odpowiedz
  4. Sheepy Październik 24, 2013

    Matko i córko!, pluskwy?! Bleee! Pluskwom mówimy NIE! A fotki rewelacyjne! I LOVE BALI!
    Aha, u nas dzisiaj też było słoneczko i 19 stopni, a jak :-)

    Odpowiedz
    • Polly Październik 25, 2013

      Uwierz mi, mówiłam im nie, ale nie sluchaly skubańce jedne… ;)

      Odpowiedz
  5. CiotkaA Październik 24, 2013

    W odróżnieniu od pluskwianych pogryzień :-(
    zdjęcia cuuudne :-)
    Te spódnice to miejscowe „must have”?, nawet ciekawie wyglądacie, szczególnie męska połowa bobrów :-)

    Odpowiedz
    • Polly Październik 25, 2013

      Zgadza sie, sarongi obowiązkowe na wejście do większych świątyń, niezależnie od płci. Ja nabylam droga kupna własny, bo można z niego i spódnice, i sukienkę, i kocyk na plaże zrobić – bardzo praktyczna rzecz za jedyne 6,50 pln ;)

      Odpowiedz
  6. Pojechana Październik 24, 2013

    Ależ cudowne fotki! :-) I współczuję pogryzień :-*

    Odpowiedz
    • Polly Październik 25, 2013

      Thx, na szczęście ślad po nich nie pozostał (poza obowiązkowym przeglądem poduszki i materaca przed wyborem pokoju ;)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress