Boliwijskie abecadło

Boliwijskie abecadło

Po zaledwie jednym dniu spędzonym w Uyuni, perspektywa kolejnych co najmniej dwóch tygodni w miastach nie nastrajała zbyt optymistycznie. Na szczęście szybko okazało się, że obawy były przedwczesne ;) A że Boliwia już dawno za nami, pokusiłam się o podsumowanie tych miejskich klimatów w formie (odrobinę wybiórczego) abecadła Boliwii.

A jak ALMUERZO – czyli tani, zazwyczaj trzydaniowy, często nawet dobry lunch po boliwijsku. Jedzenie w Boliwii jest, podobnie jak w kuchni polskiej, trochę tłuste i ciężkie. Na pierwsze zawsze dostawaliśmy wielgachny talerz zawiesistej zupy warzywnej z wkładką mięsną, na drugie kawałek mięsa (najczęściej kurczak w różnej formie, ale często też wołowe), ryż, frytki, odrobina zieleniny i kompocik albo deser ;) Wegetarianie i fani zdrowej żywności mają w Boliwii naprawdę ciężki żywot…

B jak BOLIWIANO – waluta kraju, który poza własną nazwą w ten sposób uhonorował wyzwoliciela Ameryki Południowej, Simona Boliviara, mocno niedocenionego za życia. Zapasy boliwianów szybko topnieją, zwłaszcza kiedy, tak jak my, korzysta się z większości propozycji wycieczkowych dostępnych w danym miejscu. Mimo wszystko Boliwia jest krajem tanim; koszty jedzenia, zakwaterowania i atrakcji są porównywalne z Azją.

C jak COCHABAMBA – miasto, w którym cochabamba_004spotkaliśmy się z naszym warszawskim gościem z CouchSurfingu, słynące z wielkiej figury Jezusa (przegrywa w konkurencji z tym ze Świebodzina) i równie wysokiego wskaźnika przestępczości. Razem z Fabiem odwiedziliśmy tam knajpeczkę z salteniami o dźwięcznej nazwie „Los Castores”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Bobry” ;) Przypadek?

D jak DROGA ŚMIERCI – zarówno aktualna „stara” droga śmierci, którą można pokonać na rowerach, jak i „nowa”, (jedyna droga łącząca La Paz z północą kraju), w wielu miejscach co najmniej równie przerażająca, są unikatem na skalę światową, i o ile na rowerach ciekawie było sobie zjechać, o tyle z perspektywy autokarowego fotela te głębokie przepaści, od których dzieliło nas w najlepszym razie kilka centymetrów, nie wyglądały najfajniej.

E jak EMPANADA – rodzaj dużego pierożka, nadziewanego serem, szynką, mięsem albo warzywami, baaaardzo pyszny. Nie należy mylić z saltenią o podobnym kształcie i składzie, ale wzbogaconym o zawsze brudzący jedzącego sos.

F jak FRYTKI – absolutna podstawa diety przeciętnego Boliwijczyka (a co za tym idzie również przeciętnego turysty, który żywi się tam gdzie miejscowi). Dodatek nie tylko do drugiego dania – spotykany również w zupach, hot-dogach, a idę o zakład, że gdzieś w Boliwii można też zjeść deser na bazie frytek.

G jak GÓRY – w Boliwii są dosłownie wszędzie, nawet w okolicach stosunkowo płaskiego i tropikalnego Rurrenabaque. Najbardziej dają się we znaki te pagórki, wzgórza i inne nierówności, na których położone są miasta… spacer w górę i w dół na wysokości ponad 3000 m. n.p.m. zawsze kończy się przynajmniej lekką zadyszką i obowiązkowym postojem, w sam raz na zakup ręcznie robionej biżuterii, wełnianej czapki albo sweterka z alpaki.

H jak HISTORIA – głównie związana z Hiszpanią, widoczna w miastach na każdym kroku. Kolonialna architektura starych części miast jest zachwycająca, kościoły i katedry zdumiewają rozmachem (i ilością), obecna w każdym mieście Plaza de Armas (główny plac) to zazwyczaj przyjemnie gwarne miejsce pełne ławeczek i zieleni, jakby żywcem przeniesione z Europy. I żal tylko, że pod ich budowę często niszczono inkaskie i jeszcze wcześniejsze budowle.

I jak INTERNET – dobro rzadko spotykane, a nawet jeśli jest, to jakby go nie było. Każde logowanie się do sieci stanowi idealne ćwiczenie cierpliwości i umiaru; w Boliwii powinni organizować wczasy dla tych zbyt mocno zawieszonych w wirtualnej rzeczywiści, uzależnienie szybko by im przeszło.

J jak JĘZYK – w powszechnym użyciu jest oczywiście hiszpański, jednak zdrobniały do absolutnie niezrozumiałego poziomu. Od czasu wjazdu do Boliwii nie byłam już Paulina, a Paulinita, Marta – Martita, nasze cervezitas (piwka) y empandatitas (empanadki) będą już za momentito, dosłownie ahorita itd., itp. Na szczęście dla nas Boliwijczycy mówią powoli i zrozumiale, więc jak już nauczyliśmy się odcinać -itasy od każdego słowa – można się było bez problemu dogadać ;)

K jak KOKA – nie mylić z kokainą; w czasach inkaskich zastrzeżona tylko dla przedstawicieli najwyższej kasty, później dostępna dla wszystkich i niezbędna przy tradycyjnych obrzędach. Koka była i jest szczególnie pomocna dla wszystkich ciężko pracujących, np. górników czy rolników, ponieważ tłumi uczucie głodu i pragnienia, dodaje sił, łagodzi objawy choroby wysokościowej. Obecnie uprawa i rzucie liści koki jest ważnym elementem tożsamości narodowej i oczkiem w głowie prezydenta Evo Moralesa.

L jak LA PAZ – nieformalna stolica Boliwii, miasto niesamowicie położone w „dziurze” w płaskowyżu, lapaz_014okolone przez położone na górze El Alto. Duże, zatłoczone, pełne nieotynkowanych, czerwonych budynków. „Dzielnica” turystyczna leży wokół targu czarownic, na którym sprzedawane są wysuszone płody lam, zioła i wiele różnych przedmiotów przynoszących szczęście. Baza wypadowa na wyprawy rowerowe na drogę śmierci oraz do Tiwanaku.

M jak MELONIK – obowiązkowy element ubioru każdej szanującej się cholity. Korpulentne, zazwyczaj już wiekowe panie, których strój jest dla mnie esencją „boliwijskości”. Na głowie melonik lub inne, zdecydowanie męskie nakrycie głowy, wiele lat temu podpatrzone u dżentelmenów z Hiszpanii, z niewielkimi kobiecymi dodatkami typu frędzelki. Melonikowi zawsze towarzyszą dwa grube, kruczoczarne warkocze, splątane na dole wspólną ozdobą. Kolejnym nieodzownym elementem garderoby jest pollera, a więc bardzo jadowicie kolorowa i szeroka spódnica, najczęściej przed kolanko, narzucona na masę halek albo innych spódnic – jest tego dużo, bardzo dużo. Uśmiechnięta cholita błyska zazwyczaj złotymi lub srebrnymi zębami, a na plecach nosi wielkie kolorowe zawiniątko z dzieckiem, pamiątkami na sprzedaż albo jedzeniem.

N jak (NIE)BEZPIECZEŃSTWO – wg Lonely Planet jakakolwiek miejska aktywność po zmroku wiąże się z dużym niebezpieczeństwem. Na szczęście, mimo że przed młodocianymi narkomanami z Cochabamby czy La Paz ostrzegali nas zarówno w Potosi, jak i w Sucre, udało nam się uniknąć pobicia, rozboju, a nawet zwykłej kradzieży. Nie znaczy to, że w Boliwii jest super bezpiecznie i na ulicach panuje przyjemny luz – czasem czuliśmy przeciągłe spojrzenia zawieszone na naszych aparatach fotograficznych, a wysiadając w środku nocy z nocnego autobusu (który do celu zawsze docierał za późno lub za wcześnie, wysadzając nas w podejrzanej dzielnicy pomiędzy 3 a 5 rano) staraliśmy szybko ewakuować się do oficjalnej taksówki, ale nie ma co wpadać w paranoje; przy zachowaniu odrobiny zdrowego rozsądku można podróżować bezpieczniej niż po warszawskiej Pradze ;)

O jak OMATKOBOSKO – dla Boliwijczyków religia jest bardzo, bardzo ważna. Niezłe kościoły odziedziczyli po hiszpańskich najeźdźcach, resztę zrobili sobie sami, bardzo pomysłowo zresztą – na autobusach jeździ wymalowany Jezus, deski rozdzielcze zdobią odpustowe ołtarzyki, na karoserii różańcowe naklejanki układają się w wizerunek Matki Boskiej, a w alei Jana Pawła II z księgarnią jego imienia sąsiaduje też stacja benzynowa i pralnia o tej samej nazwie.

P jak POTOSI – najwyżej położone miasto Boliwii (4070 m. n.p.m.), z jeszcze wyżej położoną kopalnią srebra, potosi_013pełne kolorowych, mocno podniszczonych kolonialnych kamienic, kilkudziesięciu kościołów i bardzo ciekawego klasztoru św. Teresy. Ze względu na bogactwo wzgórza Cerro Rico przez długi czas było największym i najbogatszym miastem Ameryki Południowej. W nieludzkich warunkach panujących w kopalni życie straciło ok. 2 mln ludzi, zarówno miejscowych, jak i sprowadzonych z Afryki niewolników. Po wielu latach eksploatacji srebro praktycznie już się skończyło, jednak górnicy pracują tam nadal, w niezmiennie ciężkich warunkach. W pewne piątkowe popołudnie wybraliśmy się tam z Panorem oraz panem przewodnikiem, byłym górnikiem, i poznaliśmy nieco inne oblicze kopalni. Piątek to dzień, kiedy zamiast pracować, górnicy starają się udobruchać diabła, zwanego pieszczotliwie El Tio (wujek). Robią to oczywiście upominkami – alkoholem, papierosami i liśćmi koki, co oznacza, że jest to po prostu świetny moment, żeby w ciemnych korytarzach pić, palić i rzuć na umór. Tradycja nie omija również turystów – z kopalni wychodziliśmy na chwiejnych nogach, wdzięczni za możliwość bezkarnego odlewania alkoholu na rzecz Pachamamy (matki ziemi) ;)

R jak RYTMY – oczywiście boliwijskie. Na początku wydawało nam się, że ichniejsza muza ma coś wspólnego z laotańską, która wpadała w ucho i miała w sobie coś nawet transowego. Nic bardziej mylnego… Po przesłuchaniu trzech utworów masz ochotę wyć, po kolejnych pięciu myślisz o zamordowaniu kierowcy, który jej słucha, aż w końcu sięgasz po słuchawki i odcinasz się na dobre ;) Polska muzyka biesiadna brzmi przy tym naprawdę nieźle!

Q jak QUECHUA – tak, wiem, w polskim alfabecie brak takiej litery, ale nie sposób nie wspomnieć o Indianach, którzy razem z innymi plemieniem, Ajmara, stanowią większość ludności Boliwii, a których język jest nadal w powszechnym użyciu.

S jak SUCRE – oficjalna stolica Boliwii, uznawana (słusznie) za najpiękniejsze miasto Boliwii. Piękna, kolonialna zabudowa utrzymana tylko i wyłącznie w białym kolorze, pośrodku niej gwarna, zielona i bardzo klimatyczna Plaza de Armas – miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia i wyluzowania się przez kilka dni. Spacer bez celu zaprowadził nas na cmentarz, podobno jedną z ładniejszych i ciekawszych nekropolii Ameryki Południowej, z czym również nie sposób się nie zgodzić.

T jak TIWANAKU – największa archeologicznie ciekawostka Boliwii, kamienne miasto pozostawione przez poprzedników Inków. Do dziś nie jest jasne, czy swój kunszt w cięciu kamieni zawdzięczają swojej zaawansowanej technice, czy pomocy kosmitów, ale precyzja naprawdę robi wrażenie.

U jak UYUNI – pośredni cel dla każdego, kto planuje odwiedzić Salar de Uyuni i poznać piękno lagun, wulkanów i pustyń prowadzących do San Pedro de Atacama w Chile (a więc moim skromnym zdaniem obowiązkowo dla każdego, kto kiedykolwiek znajdzie się w Boliwii), ale w samym mieście nie ma nic poza biurami podróży, wiatrem, kurzem i śmieciami (w tym starymi wagonami).

W jak WYSOKOŚĆ – i nie chodzi tu bynajmniej o wzrost Boliwijczyków, bo tego im natura poskąpiła, ale o położenie większości boliwijskich miast. Krótki spacer po mieście dosłownie zapiera dech w piersiach; zapomnisz się i podbiegniesz do autobusu, a będziesz dyszeć przez kolejne kilka minut. Dla wielu osób, przyzwyczajonych do życia na nizinach, brak tchu to i tak przyjemna alternatywa dla dokuczliwej choroby wysokościowej, która objawia się mrowieniem paluszków, potężnym bólem głowy i wymiotami.

Z jak ZIMNO – wszechobecne, wszechogarniające i nie do uniknięcia, kiedy podróżujesz po boliwijskich wysokościach. Szpary w drzwiach i oknach oraz brak ogrzewania w wybieranych przez nas hotelach nie pozwalał wyskoczyć z bluz nawet nocami. Permanentny brak ciepłej wody w kranie (a czasem i pod prysznicem) zdecydowanie nie pomagał ;) Dzięki niemu można za to nacieszyć oczy małymi, rumianymi Boliwijczykami, którzy nie wiedzieć czemu przypominali mi trochę Eskimosów ;)

 

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress