Bobry na deskach

Bobry na deskach

Za radą Sama na lekcje surfingu prosto z Brisbane pojechaliśmy do miejscowości Noosa. Jest to typowe wakacyjne miasteczko z powolnie płynącym czasem, pubami, plażami i ogólnie rozleniwionym towarzystwem. Wiele osób przyjeżdża do Noosy stawiać swoje pierwsze kroki na desce surfingowej, gdyż warunki do nauki są praktycznie idealne. Nie za wielkie fale, niezbyt silny prąd. Pierwszego dnia pobytu z Polly i Maćkiem wykupiliśmy 2h lekcji w jednej z lokalnych szkół surfingowych. Niestety, tak jak się obawiałem, nie jest to prosty sport. Po wspomnianych dwóch godzinach faktycznie można ustać na desce typowej do nauki i nawet złapać kilka fal. Daleko jednak do opanowania sztuki surfowania. O normalnych deskach (jak ta Jamesa w Byron Bay) można w ogóle zapomnieć. Aby faktycznie surfować potrzeba dziesiątek godzin praktyki. Dodatkowo wymagana jest niezła kondycja fizyczna. Jeśli ktoś myśli, że będzie śmigał jak na snowboardzie i po 1-2 dniach sensownie balansował i pływał, to raczej jest w wielkim błędzie. Z wody wyszliśmy wyczerpani, a Polly ledwo stała na nogach ;) australia_part2_02Kolejnego dnia wraz z Maćkiem wypożyczyliśmy deski na następne dwie godziny, aby jeszcze trochę pobawić się i podszlifować swoje umiejętności. Ponownie początki były dość trudne, ale pod koniec mieliśmy już niezłą zabawę i kilka razy złapaliśmy naprawdę fajne fale – przypominam, że było to tylko na olbrzymich deskach treningowych ;) Biorąc pod uwagę czas jaki mieliśmy w Australii (5 tygodni), stwierdziliśmy że chyba nam wystarczy… zresztą po nauce z dnia poprzedniego i kolejnych 2h w wodzie byliśmy wymęczeni ;)

Zadowoleni z osiągniętego celu i spróbowania swoich sił na deskach ruszyliśmy w długą podróż na północ. Niestety ze względu na ograniczony czas (campera musieliśmy oddać za niecały tydzień) i finanse, musieliśmy ominąć jeden z ciekawszych punktów na wschodnim wybrzeżu, czyli Fraser Island. Kolejnym celem było Airlie, gdzie mieliśmy spędzić tylko jedną noc i część dnia na plaży, a następnie ruszyć dalej – kolejnego dnia mieliśmy umówione nurkowania na ponoć najlepszym wraku na świecie – Yongali. Sam bardzo zachwalał nam okolice Airlie Beach, dlatego żałowaliśmy, że nie zdążymy nic zrobić w okolicy. Zaraz po przyjeździe zadekowaliśmy się na najtańszym campingu i ruszyliśmy na plażę ;) Jak się szybko okazało, plaży nie było ;P Były za to baseny z widokiem na zatokę, też bardzo fajnie ;) Pytając w okolicznym biurze, gdzie możemy się zrelaksować, zobaczyliśmy bardzo interesujące oferty oceanicznego raftingu. Szybko kalkulując i licząc, ile czasu potrzebujemy na dojazd do Ayr (miejscowości, z której wypływa się na wrak Yongala) stwierdziliśmy, że wyrobimy się na styk i zdecydowaliśmy się na ten rejsik. W planie wycieczki mieliśmy 2 snurkowania wokół pobliskich wysp oraz odwiedzenie Whitehaven Beach (kolejna plaża… ale co tam, zawsze miło trochę poleniuchować). Z samego rana przeparkowaliśmy samochód i ruszyliśmy w stronę portu. Śmiało mogę powiedzieć, że ocean rafting w Airlie był jedną z fajniejszych rzeczy, jaką zrobiliśmy na tym wyjeździe ;) Mieliśmy naprawdę masę zabawy, gdy szalony kapitan wraz z pomocnikiem podsycali nastroje na wielkim ratowniczym pontonie, którym pływaliśmy. Za namową kobitki sprzedającej nam wycieczkę, usiedliśmy w pierwszych rzędach, licząc na najlepsze wrażenia. Ponton płynął z prędkością około 70 km/h, raz po raz skacząc na falach, wywołując zachwyt i przerażenie u wszystkich pasażerów (na łodzi było kilkanaście osób). Po drodze zobaczyliśmy kilka delfinów, a po dopłynięciu na pierwsze miejsce snurkowe wokół łodzi pojawiła się masa ryb (w tym kilka dużych humpheadów czy tuńczyków). Przejrzystość nie była najlepsza i na początku wydawało się, że nie będzie zbyt fajnie… szybko jednak zmieniliśmy zdanie widząc kilka rekinów, mątwy, żółwie i olbrzymie bumphead parrotfishe ;) Po blisko godzinie w wodzie przepłynęliśmy na drugie miejsce, gdzie znów wyskoczyliśmy oglądać podwodne życie.

Następnym przystankiem była Whitehaven Beach, australia_part2_13po drodze jednak mieliśmy przepłynąć przez „pralkę”. Kilka minut później wiedzieliśmy dokładnie, czemu miejsce pomiędzy wyspami zostało tak nazwane. Fale osiągały tam kolosalne rozmiary, a pontonem rzucało na wszystkie strony. Wśród krzyków i pisków współtowarzyszy dobiegał cichy śmiech załogi… wszyscy mieli niesamowitą frajdę z następnych kilkunastu minut. Gdy w końcu udało nam się wypłynąć z „pralki” szybko ruszyliśmy w kierunku wyczekiwanej plaży. Myśleliśmy, kolejna plaża, znów to samo… można jednak śmiało powiedzieć, że raczej nikt z nas nigdy czegoś takiego wcześniej nie widział ;) Biały piasek rozpościerał się dosłownie po horyzont, do tego różne odcienie błękitu wody, która w niektórych miejscach wdzierała się w piach. Zaraz po wyjściu na ląd okazało się, że większość plaży jest przykryta przez…. małe niebieskie krabiki ;) To odludne miejsce zamieszkiwały dosłownie miliony krabów. Idąc w stronę punktu widokowego trzeba było się nieźle nagimnastykować, aby na jakiegoś nie stanąć. Wszędzie było słychać charakterystyczny dźwięk uciekających skorupiaków. Dodatkowo nad naszymi głowami szybowały przez cały czas orły; czasami miałem wrażenie, że bacznie obserwują co robimy.

Po krótkim spacerze przez las doszliśmy do punktu widokowego na wzgórzu. Widoki z góry potwierdziły tylko to, co wiedzieliśmy już wcześniej, miejsce jest po prostu niesamowite ;) Wróciliśmy do łodzi, na plaży zjedliśmy jeszcze szybki lunch w towarzystwie próbujących ukraść co się da mew i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zobaczyliśmy jeszcze gigantycznego, porośniętego koralami żółwia. Dopływając do portu kapitan poinformował nas, że ma jeszcze mały zapas paliwa i może byśmy chcieli pokręcić trochę bączków ;) Wszyscy z entuzjazmem przystali na propozycję; chwilę później z szaleńczą prędkością wywijaliśmy bączki na wodzie, raz w jedną, raz w drugą stronę ;) Z łodzi wyszliśmy z bananami na twarzach i z wielką satysfakcją, że jednak zdecydowaliśmy się coś zrobić, a nie tylko leżeć plackiem ;) Czym prędzej wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do Ayr.

Już z samego rana byliśmy w bazie nurkowej. Zapowiadał się kolejny dzień pełen wrażeń. Na Yongalę można płynąć z dwóch miejsc. Z Ayr jest mniej więcej 30-45 minut do wraku; drugim miejscem jest Townsville, ale tam rejs w jedną stronę trwa już koło 2-3 godzin. Wrak jest na otwartym oceanie, dlatego ze względu na warunki pogodowe nurkowania są czasami odwoływane. Oczywiście większa szansa na dotarcie do celu jest z Ayr, bo jest po prostu bliżej. Wielką zaletą Yongali jest jej okolica, a właściwie całkowite pustkowie wokół statku. Z tego też względu większość podwodnego życia postanowiła zamieszkać właśnie tam, nie mając w sąsiedztwie innych miejsc do ukrycia się. Czy wrak jest faktycznie tak wspaniały? Nurkowanie z całą pewnością jest bardzo ciekawe, chyba nigdy nie widzieliśmy tylu ryb w jednym miejscu. Czasami przez ogrom małych rybek ciężko nawet było zobaczyć łódź, były ich po prostu setki tysięcy. Smaczku dodaje też możliwość oglądania polowania drapieżników na maluchy zamieszkujące statek. Okolicę wraku przez cały czas patrolują duże ryby takie jak tuńczyki, grupery, cody, humpheady które co i rusz atakują, polują. Przeżycie jest niezapomniane, bo w jednym momencie rozgrywa się podwodny spektakl ataków i ucieczek, a chyba nie muszę mówić, że setki ryb uciekające synchronicznie w jednym kierunku tworzą naprawdę ładny widok. Nie mogę powiedzieć, że było to moje najlepsze nurkowanie (czego trochę się spodziewałem), ale stanowczo będąc w okolicy nie powinno się przegapić Yongali. W sezonie można ponoć zobaczyć też wieloryby pływające w okolicy. Niestety, trochę odstrasza cena… około 800 PLN za dwa nurkowania to  standardowa cena w Australii. Z Ayr wyjechaliśmy zadowoleni. Byliśmy po dwóch chyba najbardziej obfitujących w atrakcje dniach w kraju kangurów.

Kolejnym przystankiem było Cairns (po drodze odwiedziliśmy jeszcze Townsville, ale nie znaleźliśmy nic interesującego w tym mieście, więc po kilku godzinach ruszyliśmy w dalszą podróż), gdzie również zaplanowaliśmy nie lada atrakcje. australia_part2_29Dodatkowo im dalej na północ tym okolica robiła się coraz bardziej zielona, a widoki ładniejsze. Przed nami rozpościerały się przepiękne góry, a po bokach bezkresne pola i uprawy. W Cairns oddawaliśmy naszego pierwszego campera i rozdzielaliśmy się na kilka dni. Ja z Martą płynęliśmy na trzydniowe safari nurkowe na wielką rafę koralową, a Polly z Maćkiem planowali spędzić jeden dzień na rejsie na rafę połączonej z nurkowaniem i snurkowaniem, i trochę poleniuchować. Już o 6 rano odebrał nas samochód z bazy nurkowej i ruszyliśmy na łódź. Przed nami były 3 dni na oceanie i 11 nurkowań. Załoga była bardzo dobrze zorganizowana i wszystko mieli zaplanowane prawie co do minuty. Miłą odmianą było jedzenie ;) Po prawie trzech tygodniach jedzenia najtańszych możliwych posiłków z puszki, mieliśmy na łodzi kucharza, który robił przepyszne 3 posiłki dziennie, a do tego przekąski i ciasta po każdym nurkowaniu ;D Po 2 dniach stwierdziliśmy, że jest to chyba safari „jedzeniowe”, bo więcej jemy niż nurkujemy ;)

Co do samego nurkowania, to mieliśmy kilka mniej lub bardziej zaskakujących punktów. Po pierwsze okazało się, że pływa się samemu, a właściwie tylko z partnerem. Nie ma z nami pod wodą przewodnika (divemastera); nigdy wcześniej z czymś takim się nie spotkaliśmy. Przed każdym nurkowaniem był szczegółowy briefing i wskazówki odnośnie ustawień kompasu (aby trafić w konkretne miejsca). O ile trafić do punktu docelowego nie było ciężko, to z powrotem na łódź różnie bywało. Pod wodą nie wszystko wygląda dokładnie tak, jak na tablicy briefingowej, a dodatkowo jeśli spotka się coś interesującego i trochę odpłynie z kursu, czasem naprawdę ciężko na niego trafić. Podczepiliśmy się pod małą grupkę, gdzie pływała jedna z instruktorek nurkowania, będąca aktualnie na wakacjach. Nie znając jednak miejsc i będąc na nich po raz pierwszy, jej też czasem zdarzało się „zgubić” i wypływaliśmy daleko od łodzi. Trochę dziwna praktyka, ale co tam… mieliśmy okazję poćwiczyć użycie kompasu ;)

Drugim średnio miłym zaskoczeniem był brak pianek. Na początku myślałem, że gość odpowiedzialny za koordynację nurkowania na łodzi żartuje, ale szybko wyprowadził mnie z błędu: „jest przecież lato, woda ma 29 stopni, więc nie używamy pianek”. Dostawaliśmy tylko ochronne kombinezony na meduzy (które w ogóle nie ocieplają). Na szczęście udało się znaleźć jedną piankę dla Marty (na łodzi mieli ich w sumie 4) i po jednym dniu również jedną dla mnie. Większość ludzi jednak nie miała tego szczęścia. O ile można faktycznie raz czy dwa zanurkować w takiej wodzie bez ocieplacza, to 4x dziennie, czasem w odstępach 1,5-2h sprawiało, że część osób albo nie wchodziła do wody z powodu wyziębienia, albo nieźle trzęsła się z zimna.

Co do samych nurkowań… moim zdaniem wielka rafa jest dość mocno przereklamowana. Oczywiście jest masa życia, masa kolorów, żółwie, ośmiornice, można też zobaczyć naprawdę sporo rekinów. Porównując to jednak do miejsc, w których już byliśmy (i może przez to jesteśmy już trochę rozwydrzeni pod tym względem) nie mogę powiedzieć, że jest to coś nadzwyczajnego i co koniecznie chciałbym powtórzyć. W trakcie nurkowań nocnych była interesująca tylko jedna rzecz. Naokoło łodzi były zawsze uruchomione duże lampy, a jak wiadomo światło przyciąga rekiny. Często zdarzało się tak, że już podczas wejścia do wody na powierzchni widać było płetwy grzbietowe tych ryb. W samej wodzie można było się czasem nieźle przestraszyć. Szukając latarkami w totalnej ciemności można było co jakiś czas wypatrzeć przepływającego drapieżnika. Ciekawą sytuacją było, gdy nagle wszyscy płynący naprzeciwko mnie nagle pokazywali palcami w moją stronę. Okazało się, że duży okaz właśnie przepływał zaraz za moimi plecami ;) Poza tym na nocnych nurkowaniach nie było raczej nic interesującego ;) W czasie safari nie dotarliśmy też do dwóch najsłynniejszych miejsc, czyli Cod Hole i North Horn. Aby mieć okazję zanurkować w tych światowej klasy nurkowiskach, w australia_part2_70pierwszym wypadku trzeba wydać około 6 000 PLN na 3 dniowe safari, a w drugim odwiedza się oba spoty, ale niestety trzeba mieć zarezerwowany tydzień i około 10 000 PLN. Stanowczo, nie było to na naszą kieszeń ;)

Po powrocie z safari spotkaliśmy się z Maćkiem i Pauliną, aby następnego dnia, z samego rana, ruszyć wspólnie na wycieczkę do lasu deszczowego. Daintree Rainforest, bo tak się nazywa, znajduje się na północ od Cairns. Naszym przewodnikiem był aborygen, co nie jest zbyt typowe. Aborygeni zostali zepchnięci trochę na margines społeczny. O ile na południu praktycznie w ogóle ich nie widać, to od czasu Townsville można było zobaczyć ich w każdym mieście. Często z problemami alkoholowymi, biedni i zaniedbani snują się po miastach. W trakcie wyprawy do Daintree bardzo chcieliśmy zobaczyć żyjące na wolności krokodyle. Wyprawa zaczynała się właśnie od spływu rzeką. Już na początku sternik wypatrzył niegroźnego węża siedzącego na gałęziach, a zaraz potem znalazł pytona ukrytego w liściach. Chwilę później jeden z pasażerów łódki zauważył malutkiego krokodyla. Wszyscy podekscytowani czekali na kolejne okazy, aby zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej oglądać 2-metrowego krokodyla odpoczywającego na brzegu. Jakby tego było mało spotkaliśmy trzeciego, mającego około metra ;) W ten oto sposób zobaczyliśmy 3 okazy, od młodziutkiego do w pełni dorosłego osobnika.

W dalszej części odwiedziliśmy przylądek Tribulation i Port Douglas. Piękne widoki, ciekawa okolica. Po drodze widzieliśmy również spore wodospady, dla mnie najlepszym punktem były jednak krokodyle ;) Wycieczka zajęła cały dzień, od 7 rano do 7 wieczorem. Ponownie usatysfakcjonowani i trochę zmęczeni wróciliśmy do hostelu, aby kolejnego dnia, znów z samego rana (!), złapać samolot w kierunku Melbourne i rozpocząć podróż po południowej części Australii.

 

6 comments

  1. HiszpAnka Kwiecień 10, 2014

    Hola chicos!!!:-) Y que tal los primeros dias en America Latina???:-))) Seguro que ya habeis tenido oportunidad de hablar en espańol, no?;-) Escribid un poco cómo os va la comunicación con los chilenos;-) Ademas, tened cuidado con los volcanes en erupción, vale?;-) Suerte! Abrazos para todos! „Profe”;-P

    Odpowiedz
    • panor
      panor Kwiecień 19, 2014

      Hola chica :) Generalnie byliśmy dość mocno zapracowani. Dzień po przyjeździe zaczęliśmy tydzień nauki w szkole hiszpańskiego (kurs intensywny). Pozwoliło to nam trochę przypomnieć sobie czego nas nauczyłaś… ale lekko nie było:) Mówią strasznie szybko i trochę słówek mają inaczej. W każdym razie cały czas ćwiczymy i powoli robimy postępy… na podstawowe tematy w miarę się dogadujemy, bo z angielskim tutaj faktycznie jest fatal. Spędzieliśmy w sumie 8 czy 9 dni w Santiago, potem ruszyliśmy na północ do La Sereny.. miasta mają swój klimat, ale jesteśmy już trochę zmęczeni siedzeniem w zatłoczonych miejscach. Dlatego teraz jesteśmy w Pisco Elqui i jest mega… góry, natura, klimatyczne małe miasteczko :) W założeniu kierujemy się na północ… tam gdzie właśnie wulkan i teraz mocne trzęsienia ziemi. Z tego też powodu musimy odbić na wschód w stronę Atakamy (co chcieliśmy też zrobić) i przez Boliwię ominiemy zagrożone tereny:)
      I w wielkim skrócie to mniej więcej tyle:))

      Odpowiedz
      • HiszpAnka Maj 5, 2014

        No bardzo jestem ciekawa jakie będzie Wasze ogólne wrażenie z Ameryki Łacińskiej:-) Mam nadzieję, że będziecie zachwyceni i że namówicie mnie, żebym w końcu przestała zbierać la plata (tak mówią latinos na kasiorę?;-) na kredyt, tylko ruszyła w podróż po Pampie, Andach i Puszczy Amazońskiej;-D. Póki co delektujcie się inną rzeczywistością od polskiej i ćwiczcie espańol;-). Ciekawa jestem waszych doświadczeń z regionalismos czy innych localismos z tamtego regionu świata. Pozdrawiam Was serdecznie i nadal śledzę bloga:-) P.S. My póki co na Pascua udaliśmy się do Aten zgłębiać tajniki Starego Kontynentu:-) Nowy Ląd zostawiamy sobie na za jakiś czas na deser hehe;-) Paaaaa

        Odpowiedz
        • polly
          polly Maj 5, 2014

          Jak na razie wrażenia baaaardzo pozytywne, trasa z Chile do Boliwii absolutnie przepiękna, wiec nie zwlekaj dłużej, bank poczeka, a flamingi niekoniecznie ;) Ale Ateny to też ciekawy kierunek. Buziaki i do zobaczenia już coraz bardziej niedługo!

          Odpowiedz
  2. Sheepy Marzec 27, 2014

    A co to za pajaki na plazy? :-) czuje ze ktos krecil film Inwazja krabow 3 :-)

    Oh, patrzac na fotki jedna mysl przychodzi – znaleźliście swój raj, poprostu raj na ziemi. Zazdroszcze ( o i znowu sie powtarzam)

    Odpowiedz
  3. CiotkaA Marzec 24, 2014

    Czyli atrakcyjnie i różnorodnie spędzony czas :-)
    Zdjęcie jak zwykle piękne :-)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress