Bobry w Mordorze

Bobry w Mordorze

Żeby zmienić trochę (na próbę) wygląd postów (i rutynę :-D) na naszym blogu, dzisiejszy wpis będzie miał formę wywiadu. Czy to dobrze czy też źle, trudno ocenić na początku pisania, ale nie chcę znowu tworzyć długiego i zwyczajnego tekstu ;-) Kilka moich poprzednich postów było najdłuższymi i najczęściej pisanymi wypocinami od czasów matury i może lepiej, żeby już bardziej tego nie przekraczać. Pisarzem raczej nie zostanę i po napisaniu może jeszcze jednego, dwóch, no max trzech postów, zakończę pewnie swoją twórczą karierę :-P

Dlatego też dzisiaj sam zadam sobie pytania i sam na nie odpowiem :-D Jeśli uważacie, że zabrakło jakiejś informacji, pytajcie w komentarzach, a ja/my w miarę możliwości czasowych i internetowych (na razie bobry przebiły się z San Pedro de Atacama w Chile do Uyuni i przez Potosi i Sucre jadą dalej, a prędkość netu i działanie wifi póki co nie powala na kolana) odpowiem/y z chęcią na takowe.

Entonses, zaczynamy!

1. Dlaczego zdecydowaliśmy się także na południowa wyspę Nowej Zelandii, skoro w pierwotnych planach była tylko północna?

Gdyż ponieważ kogo na swojej drodze w Australii nie spotkaliśmy, każdy nam mówił, że właśnie południe NZ jest tą najlepszą jej częścią i żebyśmy koniecznie tam zawitali. Już po rekomendacji pierwszych dwóch osób (Julia i Sam, www.whereisjulie.com, którzy ugościli nas w Brisbane) zaczęliśmy na poważnie myśleć o skróceniu pobytu na północy i zobaczeniu południa. Później na naszej drodze spotykaliśmy wielu podróżników i tylko coraz bardziej utwierdzaliśmy się w naszym postanowieniu. Ostatnią osobą, która wręcz kazała nam jechać na południową wyspę, była daleka ciocia Pauliny, Ewa (spędziliśmy u niej w Melbourne kilka dni w przyjemnej, domowej atmosferze). I jak się okazało, zmiana planów była strzałem w dziesiątkę ;-)

2. Jak się tam dostaliśmy i czym się później poruszaliśmy?

Wielkim promem z Wellington do Picton, a następnie busem (wszystkie bilety kupione na www.nakedbus.nz) do Christchurch. W mieście trzęsień ziemi spędziliśmy jedną noc (niestety, a może stety nic nie trzęsło), z samego rana odebraliśmy campera (Wicked Campers) i po ultra krótkim zwiedzaniu miasta ruszyliśmy w trasę. Na południowej wyspie jest masa miejsc, gdzie można zatrzymać się na noc, ale prawie wszystkie są przeznaczone dla kamperów samowystarczalnych (selfcontained – zbiorniki na czystą wodę na trzy dni, toaleta, prysznic, zbiorniki na odpady). Nasz taki niestety nie był i musieliśmy się nieźle naszukać aby mieć gdzie spać. Raz spaliśmy na dziko nad jeziorem, bo nigdzie nie znaleźliśmy tabliczki o zakazie campowania; później okazało się, że gdzieś na drodze minęliśmy znak mówiący o tym, że na tej trasie mogą stawać tylko samowystarczalni. Na szczęście udało nam się uniknąć mandatu, wysokiego mandatu!

3. Czego się spodziewać będąc tam?

WSZYSTKIEGO! Jeśli oglądaliście Władcę Pierścieni i Hobbita, i podobały Wam się pokazane tam krajobrazy, to właśnie takie widoki czekają na Was na tej wyspie. Niesamowite góry, doliny, przełęcze, kolory… Krajobraz zmienia się tam co chwilę, ciężko przejechać dłuższą trasę w rozsądnym czasie i wcale nie z powodu krętych, górskich serpentyn (które też się zdarzają), tylko ze względu na częste postoje na zdjęcia, bo właściwie każdy kolejny zakręt powoduje kolejny opad szczęki z wrażenia :-P Raz są to wielkie skaliste, czarne góry (Mordor z Władcy Pierścieni), a zaraz, dosłownie obok, równie wielkie, ale już łagodniejsze i kolorowe pagórki, idealne do nz_2_165wielogodzinnych wędrówek. Południe NZ to nie tylko góry. Mają też tam niesamowite fiordy (zachód), wydmy i klify (sama północ wyspy) i plaże. No i lodowce :-D Niespotykane nigdzie indziej na wysokości 300 m n.p.m. wielkie jęzory lodowcowe.

A to nie wszystko. Jeśli chcecie zobaczyć foki, pingwiny, delfiny i wieloryby to jest to idealny kierunek na kilkutygodniową podróż. Tylko trzeba dobrze zaplanować termin, bo nie zawsze i nie wszędzie można spotkać te zwierzaki. Wszędzie natomiast, w przytłaczającej ilości, widać owce, które moim zdaniem, zamiast występującego już praktycznie tylko w zoo kiwi, powinny być symbolem Nowej Zelandii. Parzystokopytne są elementem dokładnie każdego widoczku na południowej wyspie (na północnej wyspie też, ale w nieco mniejszej skali).

Spodziewać się też można trochę mniej przyjemnych rzeczy, tzn. w zależności od pory roku dużej ilości deszczu, silnych wiatrów, sporego zachmurzenia i niskich temperatur. Te ostatnie mocno dawały nam się we znaki, szczególnie dlatego, że spaliśmy w namiocie na dachu campera. Na szczęście zabraliśmy z Wicked Campers sporą ilość dodatkowych kocy i spiworów, spaliśmy więc w cieple – ale wystarczyło wystawić tylko rękę albo nos spod przykrycia… Gorzej było wieczorami i o porankach, gdy trzeba było się umyć lub przebrać :-D

4. Podobało Wam się tam?

Teraz odpowiem za siebie. Południowa wyspa NZ to miejsce niesamowite. Nie ma dla mnie drugiego takiego. Może ktoś pamięta jeszcze jak pisałem o Rinjani i o tym, że widok wulkanu mnie zmiażdżył. Tutaj byłem miażdżony co chwilę takimi widokami, że aż trudno mi było w nie uwierzyć. Istny raj dla oczu i nóg. Gdyby nie dalszy plan podróży, ja mógłbym już nigdzie dalej nie jechać, tylko zamieszkać np. w Arrowtown albo Queenstown :-D A co do reszty bobrów to podobało im się baaaardzo, ale chyba nie aż tak jak mi.

5. Co zobaczyliście i gdzie byliście?

Zaczęliśmy od szybkiego zwiedzenia Christchurch, miasta, które w 2010 roku zostało bardzo mocno zniszczone w wyniku potężnego trzęsienia ziemi. Epicentrum tego trzęsienia znajdowało sie w samym centrum miasta i było bardzo płytko. Następnie udaliśmy się na samą północ wyspy, przejeżdżając przez Kaikourę (w jej okolicach można pofocić foki i lwy morskie, a na dalszych wodach wytropić wieloryby i delfiny) i zaliczając nocleg gdzieś niedaleko Picton. Sam czubeczek wyspy to dwa różne światy oddzielone wydmami na półwyspie Farewell Spit. Po jednej stronie spokojna zatoka z masą czarnych łabędzi, a po drugiej wielkie klify, wydmy, foki i wiatr – niesamowite miejsce. Później pojechaliśmy na południe w kierunku fiordów (Milford Sound) zaliczając po drodze dwa lodowce (Fox i Franz Joseph). Po Milford Sound zwiedziliśmy Queenstown i odwiedziliśmy w Arrowtown koleżankę Pauliny Basię i jej chłopaka Filipa, którzy zapewnili nam atrakcje w postaci nauki gry w golfa i jedyną w czasie pobytu w NZ wizytę w restauracji (pyyycha).

I to wszystko :-( Nie starczyło nam czasu żeby zobaczyć pingwiny na południowo-zachodnim wybrzeżu albo najwyższą górę w NZ, czyli Mount Cook. Dla mnie, maniaka nocnego nieba, ta ostatnia wymieniona destynacja jest nie do odżałowania, gdyż za pomocą teleskopów można tam oglądać planety, gwiazdy i inne takie przy praktycznie zerowym zanieczyszczeniu światłem. Panor natomiast nie może sobie darować pingwinów :-)

Niecałe dwa tygodnie, a właściwie półtora tygodnia, to stanowczo za mało, aby wszystko tam zobaczyć, nie spiesząc się przy tym. My praktycznie każdą noc spędziliśmy w innym miejscu i byliśmy naprawdę zmęczeni tym ciągłym przenoszeniem się, składaniem i rozkładaniem namiotu, i godzinami spędzonymi w samochodzie. Ale z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że było warto trochę pocierpieć. Widoki zrekompensowały wszystko!

PS. Jest tam drogo, odwiedzenie czegokolwiek turystycznego i płatnego kosztuje ‚only’ kilkadziesiąt, a częściej kilkaset dolców. Bezpłatne są tylko góry, plaże i klify, a i to pewnie nie wszystkie ;-)

PS 2. Bez wynajętego samochodu nie da się zwiedzić wyspy w żaden sensowny sposób.

PS 3. To znaczy można i bez, ale tylko pod warunkiem, że lubi się podróżować autokarem pełnym nastoletnich, nawalonych i głośnych dzieciaków i spać w śmierdzących dormitoriach. Co, nawiasem mówiąc, też jest mega drogie…

 

1 Comment

  1. CiotkaA Maj 20, 2014

    Bardzo fajna i ciekawa forma postu. Zdjęcia zniewalające :-)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress