Autostopem przez pustynię

Autostopem przez pustynię

Po nocy spędzonej na oglądaniu gwiazd, zachęceni sukcesem poprzedniego stopa, podzieliliśmy się na grupy i ruszyliśmy łapać transport do La Sereny. Kilka bezowocnych machnięć i w końcu sukces; zatrzymuje się obok nas transit, a w środku… Panory ;) Jak widać podróżowanie razem jest nam przeznaczone! Z La Sereny chcieliśmy jechać już busikiem, ale że nie było po nim ani widu, ani słychu, ruszyliśmy szukać szczęścia na wylotówce z miasta. Dla czwórki nikt się nie zatrzymywał, przeszliśmy więc z Maćkiem kawałek dalej i już po chwili jechaliśmy w towarzystwie Hiszpana od kilku lat pracującego w Chile. Opuściliśmy go jakieś 130 kilometrów dalej, na skręcie do naszej docelowej miejscowości Punta de Choroz, przy kaktusie pośrodku niczego… Nie minęło jednak 5 minut, a już jechaliśmy dalej ;) Panie, które zdecydowały się nas zabrać, jechały co prawda do wcześniejszego miasteczka, jednak ku naszej nieskrywanej radości postanowiły podrzucić nas do końca, 15 km dalej! Panory nie mieli tyle szczęścia i dojechali do nas dopiero wieczornym busikiem.

Punta de Choroz to mała i raczej nieciekawa wioska rybacka, a tym, co przyciąga tam turystów, są położone tuż obok wysepki, na których roi się od różnych zwierzaków. Większość odwiedzających przyjeżdża tu na jednodniowe wycieczki z La Sereny, które są jednak dość drogie – dojeżdżając tutaj na własną rękę i kupując bilet na łódź bezpośrednio oszczędziliśmy całkiem niezłą kaskę… chile_2_002Kilkugodzinny rejs, mimo nie najlepszej pogody, był fantastyczny. Już po kilku minutach wypatrzyliśmy w wodzie małe stada pingwinów, a po chwili do łodzi podpłynęła duża grupa delfinów butlonosych, które eskortowały nas prawie do samej wyspy. Dla mnie towarzystwo tych zwierzaków było spełnieniem marzeń – widziałam je już co prawda kilka razy w Australii, ale tutaj były dosłownie na wyciągnięcie ręki, płynęły tuż przy łodzi i popisywały się swoją niesamowitą zwinnością – RE-WE-LA-CJA! Później też było ciekawie – na wyspie mieszka masa ciekawych stworzeń: małych pingwinów Humboldta, fok, lwów morskich i przeróżnych ptaków. Udało nam się nawet wytropić słonia morskiego! Zawód sprawiły nam jedynie wieloryby, które też tu bywają, ale akurat tego dnia postanowiły się nie ujawniać.

Naszym następnym celem podróży było San Pedro de Atacama, miasteczko położone w samym sercu pustyni Atakama, tysiąc dwieście kilometrów na północ. Ponieważ jedyne dwa busiki opuszczające Punta de Choroz jechały do La Sereny, a więc w przeciwnym kierunku, chcąc nie chcąc musieliśmy znów spróbować szczęścia i liczyć na podwózkę do autostrady. Ponownie zdywersyfikowaliśmy ryzyko, Panory ruszyły pierwsi, my godzinę po nich, ale nasza przebiegłość na niewiele się zdała… Przez ten czas z wioski nie wyjechał żaden samochód :-/ Po kolejnej godzinie bezowocnego czekania opcja powrotu do La Sereny wydawała się coraz bardziej realna, aż w końcu trafił się samochód! Panowie jechali co prawda tylko do kolejnego miasteczka, a więc raptem 15 kilosów dalej, ale to zawsze coś. Tam Panorom szybko się poszczęściło, wielka wywrotka zabrała ich wprost na autostradę, my natomiast znów czekaliśmy i czekaliśmy, i kiedy już zaczynaliśmy tracić resztki nadziei nadjechał pick-up z budowy, a w nim jako pasażerka babeczka, która podrzuciła nas poprzednio! Jechali co prawda w przeciwną stronę, ale chwilę później siedzieliśmy w samochodzie ze współpracownikiem naszej znajomej, który spełniał nietypowe polecenie służbowe – podrzucenie nas na trasę ;)

Przy autostradzie po Panorach nie było już śladu, co odczytaliśmy jako dobrą wróżbę. I rzeczywiście, jakieś pół godziny później siedzieliśmy już w kabinie z Gregiem, sympatycznym kierowcą kilkudziesięciotonowej ciężarówki, palącego papierosy na przemian z jointami i słuchającego muzyki gitarowej wszelkiej maści. Greg jechał aż do Antofagasty, skąd do San Pedro było już jedynie 300 kilometrów, a kiedy okazało się, że autokar z Panorami jedzie inną niż nasza trasą nie było już wyjścia – czekało nas kilka długich godzin w tirze ;) Chwilę po zapadnięciu zmroku, gdzieś na pustyni, pod niesamowicie rozgwieżdżonym niebem, zatrzymaliśmy się na kolację. Greg okazał się nie tylko spoko kolesiem, ale i niezłym kucharzem – zupa w jego wykonaniu była zaskakująco smaczna, a cała sytuacja tak irracjonalna, że za nic nie zamienilibyśmy tego na zwykłą podróż autokarem. Ciężkie chwile jednak nadeszły – kilkugodzinna drzemka naszego kierowcy, zdecydowanie najmocniej chrapiącej osoby, w pobliżu której kiedykolwiek się znalazłam, wydawała się nie mieć końca ;)

Z Gregiem pożegnaliśmy się w przemysłowej, podmiejskiej części Antofagasty, i po przejechaniu do centrum miasta kolejnym, czwartym w trakcie tej podróży stopem, złapaliśmy busa do Calamy, a stamtąd kolejnego do San Pedro, aby po jedynych 27 godzinach w podróży zrzucić bagaże i uspokoić błędnik ;)

San Pedro to chyba najbardziej turystyczne miejsce w Chile – na ulicach pełnych sklepików, biur podróży i restauracji roiło się od gringos*, a większość starych domków zbudowanych z wypalanej na słońcu cegły, chile_2_039błotka i patyków skrywała hoteliki i hostele. Panorom, którzy dotarli do miasta kilka godzin przed nami udało się znaleźć dość tanią jak na tamtejsze standardy opcję noclegową, a chwilę później razem ułożyliśmy plan na kolejne dni.

Kolejny dzień w dużej mierze upłynął na lenistwie i przystosowywaniu się do nieprawdopodobnej suszy panującej w miasteczku (po najsuchszym miejscu na ziemi nie należało spodziewać się niczego innego) oraz do wysokości. Dopiero późnym popołudniem wybraliśmy się na wycieczkę do zachęcająco brzmiących miejsc – Doliny Śmierci i Doliny Księżycowej. Pustynny krajobraz po raz kolejny zaskoczył nas swoją zmiennością i masą intrygujących, jedynych w swoim rodzaju miejscówek. Przechadzaliśmy się w czerwonych i grożących obsunięciem piaskowych wąwozach, przeciskaliśmy przez pełne solnych kryształów jaskinie, aby w końcu w okolicznościach przyrody dosłownie nie z tej ziemi rozkoszować się pięknym zachodem słońca.

Wieczorem pogawędziliśmy chwilę z Marcinem, przedstawicielem grupki Polaków mieszkających z nami w hostelu – niezbyt długo niestety, ponieważ następnego dnia czekała nas wyprawa na gejzery, co wiązało się z pobudką o nieludzkiej 3:30… Na miejsce dotarliśmy tuż przed wschodem słońca i razem z dużą rzeszą turystów niecierpliwie wypatrywaliśmy momentu, kiedy pierwsze promienie oświetlą ziemię – do niewyspania doszło jeszcze przemarznięcie, ponieważ termometry wskazywały -10 stopni!!! Na takie zimno zdecydowanie nie byliśmy przygotowani, i mimo że wtedy gejzery dymią najmocniej, nie byliśmy za bardzo w stanie kontemplować piękna natury ;) Darowaliśmy sobie również kąpiel w źródłach termalnych (perspektywa wyjścia z ciepłej wody na mróz skutecznie nas zniechęciła) i wypatrując kolejnych stadek wikunii i pustynnych lisków przejechaliśmy do opustoszałej wioski z uroczym kościółkiem, aby chwilę później znaleźć się w okolicy porośniętej wielgachnymi kaktusami.

Dzień później Panory postanowili wybrać się na jeszcze jedną wycieczkę, tym razem w stronę pustynnych, różnokolorowych lagun, ja z Maćkiem postawiliśmy natomiast poleniuchować dłużej na naszym przytulnym patio, a wczesnym popołudniem wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w stronę Gardzieli Diabła. Trasa prowadziła w pobliżu ruin starożytnego miasteczka, a następnie w ładnej, zielonej dolince, otoczonej przez pustynne góry. chile_2_048Kilka kilometrów później skręciliśmy w gardło złego, które okazało się niesamowitym wąskim i bardzo krętym wąwozem. Przez kolejnych kilkadziesiąt minut kluczyliśmy wśród niebezpiecznie zwisających mas sklejonego piasku, wśród tuneli i ciekawych, czerwonych cudów natury, aby w końcu wyjechać na szerszą przestrzeń. Pojeździliśmy trochę po solno-piaskowym bezdrożu, wspięliśmy się na wydmę, z której roztaczał się super widok na dolinę… i wtedy zaczęły się schody. Po sprawdzeniu kilku potencjalnych dróg wyjazdu, które prowadziły donikąd zaczęliśmy się zastanawiać, czy w zachwycie nie zapędziliśmy się za daleko. Wszędzie dookoła były ślady rowerów, co jednak nie znaczyło, że prowadzą do wyjścia – w końcu sami robiliśmy kolejne, a bynajmniej nie wiedzieliśmy, czy obraliśmy dobrą trasę. Oczywiście jak zwykle w takich chwilach dzieje się to, co musi się stać… Maciek złapał gumę, a próby napompowania dętki, jak również jej wymiany spełzły na niczym; pompka okazała się zepsuta. Byliśmy więc jakieś kilkanaście kilometrów od domu, zgubieni pośrodku pustyni,z niesprawnym rowerem i nieuchronnie zbliżającym się zachodem słońca  – sweet ;) Po kilku drętwych dowcipach na temat niewystarczającej ilości wody i braku ciepłych ciuchów, postawiliśmy wszystko na jedną kartę, i zamiast wracać tą samą drogą, którą się dostaliśmy, zaczęliśmy przedzierać się korytem wyschniętego strumienia, mocno zarośniętym różnymi kolczastymi krzakami. Jakiś kilometr dalej i kilkaset zadrapań później gdzieś hen przed nami zobaczyliśmy samochód, co dodało nam skrzydeł – tam musi być jakaś cywilizacja, a jeśli nawet nie, to na pewno jest tam droga! I była, co więcej samochód, który widzieliśmy z oddali obwoził jakiegoś Niemca na prywatnej wycieczce. Na nasze szczęście kolega Niemiec chciał mieć film z sobą pokonującym rzekę za kierownicą 4WD, dzięki czemu dogoniliśmy ich, wrzuciliśmy rower Maćka na tył pick-upa, a chwilę później zażywaliśmy kąpieli w naszym przytulnym hoteliku ;)

W San Pedro można spokojnie spędzić jeszcze tydzień więcej, my jednak nie mieliśmy ani tyle kasy, ani czasu – następnego dnia wsiedliśmy więc w busika, po godzinnym oczekiwaniu w kolejce pełnej gringos podstemplowaliśmy paszporty i rozpoczęliśmy jedną z najlepszych wycieczek, jakie zrobiliśmy do tej pory – 3-dniową podróż przez boliwijski płaskowyż.

*Gringo – w Ameryce Południowej to częste, czasem pieszczotliwe, czasem pejoratywne określenie białasa. Wikipedia podaje różne pochodzenia tego słowa, mi jednak najbardziej do gustu przypadło wyjaśnienie pana przewodnika z San Pedro de Atacama. Ów pan twierdził, że mianem tym określani byli żołnierze z USA, którzy w czasie inwazji na Meksyk (nie wiem jak teraz) nosili zielone mundury. Z braku lepszego określenia miejscowi wołali za nimi „Green, go!!” i tak już zostało ;)

 

1 Comment

  1. CiotkaA Maj 20, 2014

    Z wielką przyjemnością czytam i oglądam :)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress