Ale Sajgon!

Ale Sajgon!

Od momentu obejrzenia odcinka Top Gear zatytułowanego „Vietnam Special” zapragnęliśmy przejechać Wietnam na motorach. Z takim też zamiarem przylecieliśmy do Sajgonu, gdzie na lotnisku czekał już Jerry, nasz przyjaciel z Warszawy, który dołączył do nas na 3,5 tygodnia. sajgon_32Szybko przemieściliśmy się do backpackerskiej dzielnicy w dystrykcie 1 i zaczęliśmy szukać noclegu. Pierwszy raz spotkaliśmy się z sytuacją, gdy wchodząc do kilkunastu hosteli wszędzie uzyskiwaliśmy identyczną odpowiedź: „we are full”. Po kilkunastu minutach poszukiwań udało się w końcu znaleźć w miarę sensowny cenowo i dostępny nocleg. Następnego dnia rano zjedliśmy typowo polskie śniadanie – ciemny chleb z masłem, kiełbasą, ogórkami, kabanosami (Jerry przywiózł nam niezłe zapasy) i ruszyliśmy na miasto.

Już po chwili spędzonej w mieście wiedzieliśmy, że powiedzenie „ale sajgon” nabiera tu zupełnie nowego znaczenia. Nie chodzi o samą metropolię, która ku naszemu zaskoczeniu okazała się czysta, rozwinięta, wręcz ładna, a wieczorami bardzo imprezowa – jest to jedno z niewielu azjatyckich miast na naszej trasie, które zrobiło tak pozytywne wrażenie. Momentami mieliśmy jednak wrażenie, że znaleźliśmy się w bardziej nowoczesnej i większej wersji Puerto Galera – gdzie nie spojrzeć przechadzały się na wpół roznegliżowane Wietnamki spędzające czas z uradowanymi białasami; tutaj jednak nie było miejsca na domysły jaki jest cel tego spotkania… W części miasta, w której się zatrzymaliśmy, dosłownie roiło się od barów o wiele mówiących nazwach z dziewczynami w tle.

Prawdziwy sajgon można zaobserwować dopiero na ulicach. Jeszcze chyba nigdy nie widzieliśmy takiej ilości motorów i skuterów nadjeżdżających dosłownie ze wszystkich stron. sajgon_01  Proporcje samochód-motor są tu zupełnie odwrócone w stosunku do tego, co do tej pory zaobserwowałem. Mimo pewnego doświadczenia w poruszaniu się po azjatyckich ulicach, tutaj mieliśmy małe problemy z przejściem na drugą stronę jezdni. Do tej pory zwykle wystarczyło po prostu iść przed siebie, a wszystko sprytnie nas omijało. W Wietnamie takie podejście nie wchodzi w grę – tutaj to przechodzień musi zwracać uwagę gdzie jadą motory i przewidywać ich najbliższe manewry, dlatego wychodząc na ulicę trzeba się nieźle nagimnastykować i być naprawdę ostrożnym (np. wczoraj w miejscowości My Tho jeden skuter przejechał mi po klapku ;). Na skrzyżowaniach ciężko się nawet połapać kto ma pierwszeństwo, gdyż wszyscy jadą równocześnie, co ku naszemu zaskoczeniu nie kończy się wielkim karambolem, a nawet być może ma jakiś głębszy sens. Obserwując natężenie ruchu i sposób w jaki Wietnamczycy jeżdżą, a także zupełny brak doświadczenia części z nas na jednośladach, niestety porzuciliśmy pomysł spędzenia najbliższego miesiąca na motorach – mogło by to się okazać fatalne w skutkach.

Pierwszego dnia pobytu postanowiliśmy przejść się po dystrykcie 1, w którym znajduje się większość miejskich atrakcji. Najpierw odwiedziliśmy Pałac Ponownego Zjednoczenia (Reunification Palace), sajgon_12symbol rządu południowego Wietnamu. W budynku panował typowo komunistyczny wystrój – odwiedziliśmy m.in. sale narad i prywatne kino, a największe wrażenie zrobiła piwnica będąca jednocześnie schronem i centrum telekomunikacyjnym. Później przenieśliśmy się do pobliskiego parku, gdzie mogliśmy trochę odpocząć od niesamowitego upału. Zwiedziliśmy również okoliczny bazar i spróbowaliśmy tradycyjnej wietnamskiej zupy Pho Bo. Kolejnego dnia Maciek z Jerrym wybrali się do Muzeum Pozostałości Wojennych (War Remnants Museum). Obrazuje ono skutki wojny, ukazując tragedię lokalnych ludzi w bardzo dobitny sposób. Czasem ciężko nie opuścić sali w której przestawiono np. skutki użycia broni biologicznej w postaci obrazów zdeformowanych dzieci. Poza pałacem, muzeum i parkami mieliśmy okazję odwiedzić kilka miejskich pagód, a także zobaczyć lokalną katedrę Notre Dame.

Wyprawa do Sajgonu, poza rozpoczęciem przygody w zupełnie nowym kraju, była dla nas dość ważnym punktem. Od dawna świtał mi w głowie pomysł zrobienia tatuażu gdzieś na trasie wyprawy… Wcześniej dość intensywnie nurkowaliśmy i siedzieliśmy sporo czasu na plażach, co nie sprzyjało tatuowaniu się, ale najbliższe miesiące spędzimy raczej w głębi lądu, co jest doskonałą okazją na tego typu działania ;) sajgon_16Czytając na ten temat jeszcze na Filipinach miałem jednak spore obawy czy uda się zrealizować ten pomysł. Wiele studiów używa chińskiego atramentu i nie ma zbyt pozytywnych opinii. Korzystając jednak z 8 godzinnej przesiadki w Kuala Lumpur znalazłem bardzo polecane i profesjonalne studio w Sajgonie, do którego udaliśmy się już pierwszego dnia. W moim wypadku bardzo szybko udało mi się dojść do porozumienia odnośnie wzoru i umówiłem się na 10:30 kolejnego dnia. W wypadku dziewczyn nie było to już takie proste. Marta chciała zakryć stary tatuaż tygrysa na prawej łopatce, a Polly zasłonić bliznę na prawym udzie (o czym mówiła już od kilkunastu lat). Po długich negocjacjach i wieczornym studiowaniu stron ze wzorami wszyscy stawiliśmy się rano w studiu. Dziewczyny jeszcze przez jakiś czas omawiały wzory i w końcu zaczęły się nasze męki ;) Polly uporała się ze wszystkim w około 4h. Marta i ja musieliśmy zakończyć około 17:30 ze względu na zmęczenie artystów, aby kolejnego dnia wrócić na dalszy ciąg. W rezultacie w moim wypadku prace zajęły 14h, a Marty w okolicach 8h (na koniec zrobiła sobie jeszcze mały „psiarski” bonus widoczny na zdjęciach). Wszyscy wyszliśmy bardzo zadowoleni i dość mocno zmęczeni. Nie przeszkodziło nam to oczywiście w zwiedzaniu chińskiej dzielnicy już następnego dnia ;)

Jadąc do Sajgonu należy zwrócić uwagę na kwestię bankomatów. Sporo czyta się na temat problemów z wypłacaniem pieniędzy oraz koniecznością zabierania dolarów. Owszem, zdarza się, że, podobnie jak na Filipinach, niektóre banki żądają prowizji (która nie przekracza jednak 3 PLN) i posiadają limity wypłaty (około 300 PLN), jednak nie ma żadnych problemów ze znalezieniem bankomatów w których nie ma prowizji i można wypłacać naprawdę spore sumy (widzieliśmy możliwość wypłaty nawet 1400 PLN). Wietnam jest też pierwszym krajem w czasie naszej podróży, gdzie nie ma w ogóle problemów z internetem. Zasięg 3G jest dosłownie wszędzie, a dodatkowo praktycznie każdy hostel/hotel posiada WiFi z naprawdę szybkim dostępem do sieci (transfery z Polski nawet po 1,5MB/s). Jest to bardzo dobre miejsce do nadrobienia zaległości filmowo/serialowych ;)

 

9 comments

  1. Łukasz Październik 14, 2014

    Ok, pytanie do autora – jak myślisz jak to się dalej potoczy?

    Odpowiedz
    • panor
      panor Październik 21, 2014

      Co masz konkretnie na myśli?

      Odpowiedz
  2. Tomas Listopad 29, 2013

    więcej zdjęć Wietnamek poprosimy :D !

    Odpowiedz
  3. Marcinos Listopad 27, 2013

    ooo..fajniutkie tatuaże – twój Panor-BOMBA!:) Pozdro dla Jerrego i reszty!! Howgh!!

    Odpowiedz
  4. CiotkaA Listopad 27, 2013

    Kochani, dzięki za kolejną, fantastyczną relację i zdjęcia, które choć trochę pozwalają pozwiedzać z Wami te wspaniałe miejsca :-)
    Tatuaże – super :-)

    Odpowiedz
  5. HiszpAnka Listopad 27, 2013

    Wow, ale zaszaleliście z tatuażami!:-D Super! Dziewczyny pięknie!!! Pedro odważnie, po całości i męsko:-). Po naszych głowach też łazi taki pomysł, ale chyba również czekamy na odpowiedni moment i miejsce;-) Powodzenia w dalszej podróży.

    Odpowiedz
  6. ann86 Listopad 26, 2013

    opowieściom*

    Odpowiedz
  7. ann86 Listopad 26, 2013

    Czytam Waszego bloga jak zaczarowana… ogromnie Wam zazdroszczę tej wyprawy i jednocześnie dziękuję, że mogę pozwiedzać dzięki Waszym opowieścią. =) Szerokiej drogi ! =)

    Odpowiedz
    • panor
      panor Listopad 27, 2013

      miło nam to słyszeć, dzięki :)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress