6075 m n.p.m.

6075 m n.p.m.

Podróżując po Ameryce Południowej zapuszczaliśmy się w coraz to wyższe góry. Początkowo lekko ponad 4000 m n.p.m., potem coraz bliżej 5000. Boliwia pozwoliła na dość dobrą aklimatyzację i poza lekką zadyszką przy podejściach nie czułem właściwie żadnych objawów wysokości. To sprawiło, że nie wiedzieć czemu zacząłem myśleć o wejściu na jakiś sześciotysięcznik. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że mógłbym chcieć czegoś takiego… tym bardziej, że przecież nie jestem fanem gór; ale jak nie teraz to kiedy ? ;) W La Paz pojawiło się kilka możliwości, ale miałem jeszcze trochę obaw czy moja kondycja na to pozwoli. Dlatego postanowiłem rozejrzeć się za możliwością zdobycia tak wysokiej góry po przejściu trekkingu na Machupicchu. Ten poszedł nad wyraz dobrze, dlatego zaraz po powrocie zacząłem przeglądać strony i sprawdzać możliwości.

Wybór padł na wulkan Chachani górujący nad miastem Arequipa w Peru – jego biały szczyt znajduje się na wysokości 6075 m n.p.m. Trzeba też dodać, że jest to jeden z prostszych sześciotysięczników na świecie, więc amatorzy śmiało mogą próbować tu swoich sił. Jako że nie byliśmy jeszcze w szczycie sezonu, a żaden z bobrów nie chciał się ze mną wybrać, musiałem poczekać 2 dni na skompletowanie minimalnej trzyosobowej grupy. Wyprawę można zrealizować na dwa sposoby: start w okolicach północy i wejście w jeden dzień lub wyjście około dziewiątej rano i powrót kolejnego dnia. Z oczywistych względów wybrałem opcję dwudniową, która daje możliwość dłuższego obcowania z naturą oraz lepszego rozłożenia sił. Firma „Quechua” organizująca wyjście zapewniała cały niezbędny sprzęt, łącznie z kompletem ciepłych ubrań; tych trzeba mieć przynajmniej trzy warstwy, gdyż temperatura na górze może spaść do -25 stopni.

Kolejnego dnia z samego rana spakowaliśmy plecaki (te duże ze stelażem), załadowaliśmy się do jeepa i ruszyliśmy po wyboistych drogach na wysokość 5100 m. W sumie było pięciu turystów i dwóch przewodników. Przejazd trwał kilka godzin, więc mieliśmy trochę czasu na poznanie się. Okazało się, że tylko jedna dziewczyna ma duże doświadczenie z górami i była już na takich wysokościach; dla całej reszty było to dziewicze przeżycie. Po dojechaniu do celu dopakowaliśmy plecaki; mieliśmy pełny zestaw ubrań, zapas jedzenia, śpiwory, wodę, namioty. Muszę przyznać, że nie było lekko, bo całość ważyła około 18 kg i pierwszego dnia nieśliśmy to wszystko na plecach. Na szczęście musieliśmy tylko dojść do obozu znajdującego się na wysokości 5300 m. Przejście miało nam zająć około 2h i faktycznie tyle trwało. Trasa nie była może zbyt wymagająca, chociaż trochę gimnastykowaliśmy się na kamienistej ścieżce, ale plecak dość mocno dawał się we znaki. Rozbiliśmy obóz i podziwiając widoki odpoczywaliśmy przed kolejnym, ciężkim dniem.

Niedługo później zjedliśmy kolację, omówiliśmy strategię i zaraz po zachodzie słońca wszyscy wylądowaliśmy w namiotach. Zrobiło się piekielnie zimno (było około 17:30), a ruszać mieliśmy już o 3 rano. W wysokich górach zwykle chodzi się w nocy, głównie aby uniknąć niebezpieczeństwa lawin śnieżnych, co tu akurat nie było problemem bo pokrywa była tylko na szczycie, oraz aby w razie problemów był jeszcze czas na awaryjne zejście. Standardowo na wejście rezerwowanych jest 8 godzin. Taki jest średni czas podejścia grup turystycznych. Początkowo mieliśmy ruszać o 2 rano, ale przewodnicy stwierdzili, że pierwszego dnia bardzo dobrze nam poszło, więc możemy wszystko przesunąć o godzinę ;) Tej nocy jednak nie pospaliśmy. Wysokość trochę dała się we znaki, zaczął się lekki ból głowy i ogólny dyskomfort. Mi udało się zasnąć koło jedenastej, czyli po prawie 5h leżenia. Skutkiem takiego obrotu sprawy była pobudka po 3h snu ;) Idealnie przed kilkunastogodzinnym marszem, bo przecież trzeba potem jeszcze zejść.

Do przejścia pozostało raptem 775 m w górę. Jest to naprawdę strome podejście, a jak ktoś był, to wie, że na takich wysokościach nie oddycha się lekko. Zabraliśmy kijki (używałem ich po raz pierwszy i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w tym wypadku bez nich raczej nie dałbym rady), plecaki z minimalną ilością jedzenia oraz picia… i wystartowaliśmy. Idziemy gęsiego, planowane przystanki co 40 minut, czołówki włączone, równomierne tempo. Na pierwszym postoju już ledwo zipałem, głowa bolała. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej. Maszerujemy zygzakiem, cały czas pniemy się w górę. Odliczałem minuty do kolejnego przystanku, kiedy w końcu wszyscy usiedliśmy na ziemi, ciężko oddychając, próbowaliśmy zregenerować siły jakimś ciastkiem, łykiem wody. Niestety nie mieliśmy za wiele czasu – przystanki nie mogą być zbyt długie, bo tylko wybija to z rytmu i na dłuższą metę nie pomaga… a więc znów idziemy. Coraz wyżej, coraz trudniej. Muszę przyznać, że nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony. Oczekiwanie na kolejne postoje było nie do wytrzymania. Kilka razy przeszło mi przez myśl, czy może nie zawrócić, po co się tak męczyć. Czasami gdy stawaliśmy, po prostu padałem na glebę aby chwile odsapnąć, nie mając zbytnio siły aby zdjąć plecaka czy choćby się napić. Z czasem zaczęło robić się jasno i na swoje nieszczęście mogłem zobaczyć ile jeszcze zostało do przejścia. Czas mijał, a my byliśmy coraz wyżej i wyżej. Całość stała się dość mechaniczną i powtarzalną czynnością. Krok, krok, jeszcze jeden, skręt i powtórka. Potem usiąść, łyk wody, wstać i maszerujemy dalej. Woda zresztą po jakimś czasie prawie całkowicie zamarzła. Na szczęście było tylko około -10 stopni. Mogło być przecież o wiele gorzej.

Dojście na szczyt dało olbrzymią satysfakcję, tym bardziej, że udało się to całej grupie, a nie jest to typowa sytuacja; zwykle wchodzi około 40-60% osób. Dodatkowo wejście zajęło nam niecałe 5 godzin, co jest ponoć bardzo dobrym czasem… więc może przyczyną tak olbrzymiego zmęczenia było nasze mordercze tempo? Na szczycie masa gratulacji, trochę zdjęć i przyszedł czas na zejście ;) Schodziliśmy bardzo stromą ścianą brodząc prawie po kolana w piachu i kamieniach. Całość przypominała trochę jazdę na nartach, gdzie na zmianę wysuwaliśmy nogi i posuwaliśmy się w dół właściwie zjeżdżając. Gdy dotarliśmy do obozu nie miałem już w ogóle siły. Pozostała godzina na odpoczynek i trzeba było ruszać dalej. Byłem zmęczony do tego stopnia, że miałem problem aby się spakować ;) Tym razem na plecach już trochę mniej bo woda i część jedzenia zostały skonsumowane, ale dwugodzinny powrót do miejsca gdzie czekał samochód był naprawdę ciężki.

Osiągnąłem to co chciałem. Wszedłem na sześciotysięcznik i na górze miałem z tego powodu olbrzymią satysfakcję. Wymęczyłem się przy tym za wszystkie czasy i teraz gdybym miał ponowną okazję, to nie jestem taki pewny czy zrobiłbym to ponownie. Chyba jeden taki wyczyn wystarczy ;) Kolejnego dnia mieliśmy z Martą ruszać na dwudniowy trekking do kanionu Colca, ale Chachani tak się dało we znaki, że musiałem jeszcze jeden dzień odpocząć. Plusem był fakt, że dzięki tym wszystkim trekkingom w ostatnich czasach podejście na Colce było naprawdę proste i śmignęliśmy je w niecałe 2h, a jest to przecież 1200 metrów różnicy poziomów.

 

5 comments

  1. qaz Wrzesień 7, 2015

    Gratulacje – ja nie dałem rady. Zresztą z naszej grupy (czterech facetów) nikt nie dotarł na szczt :( Jeszcze kiedyś tam wrócę po rewanż z Chachani.

    Odpowiedz
  2. CiotkaA Lipiec 9, 2014

    Wysiłek duuuuży, ale jak sam napisałeś warto było, co zresztą widać na zdjęciach :-)
    GRATULACJE !!!!

    Odpowiedz
  3. marion Lipiec 8, 2014

    Stary, ja jako fan gór, chodzenia po górach i wszystkiego co z górami związane wiele bym oddał, żeby móc się tam znaleźć. Mega! Po prostu przezajebiście!

    Odpowiedz
    • Navarone Lipiec 8, 2014

      Marion, po przeczytaniu tego wpisu miałem dokładnie takie same przemyślenia :)

      Odpowiedz
    • panor
      panor Lipiec 9, 2014

      Dzięki :) Satysfakcja ogromna, ale wysiłek masakryczny… może kiedyś jeszcze:)
      W okolicach La Paz w Boliwii, Arequipy i Huaraz w Peru jest masa możliwości wejść na takie góry… więc dajesz:)

      Odpowiedz

Odpowiedz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress